TŁITUJEMY W HASZTAGU #LETTERSFF, ALE TYM RAZEM TAK MASOWO,
PRZY KAŻDYM MOŻLIWYM MOMENCIE, KTÓRY RZUCIŁ SIĘ WAM W
OCZY/SPODOBAŁ/ROZBAWIŁ/ZASMUCIŁ/SPOWODOWAŁ FANGIRLING CZY IDK CO
---------------------------
-
Szkoda, że tak się stało. Że Luke nie żyje, że się od siebie
odsunęliśmy, że jesteś z Ashtonem. Pewnie nigdy nie zrozumiesz, dlaczego
wziąłem na siebie jego śmierć. W każdym razie, dwa lata w więzieniu nie
były gorsze od tej tortury, kiedy widzę cię codziennie, mogę cię
dotknąć, przytulić i, cholera, czasem nawet pocałować. Ale nie mogę
nazwać cię moją. Mogę jedynie słuchać, jak robi to Ashton. I nie wiem,
czy wiesz, ale to zabija mnie od środka, każdego dnia coraz bardziej i
bardziej. Kocham cię, Dianna. Szkoda, że nie możesz tego wiedzieć.
Moje
serce zatrzepotało, a na twarz wkradł się ogromny uśmiech, kiedy
przypomniałam sobie wyznanie Michaela. Nie powiem, że nic do niego nie
czuję, bo skłamałabym. Nadal jest dla mnie ważny. Tak bardzo, jak
chciałam temu zaprzeczyć, kiedy dostałam od niego jeden z pierwszych
listów, tak muszę przyznać, że miał rację.
Cholera.
Przygryzłam
wargę i spróbowałam skupić się na nauczycielce zapisującej jakieś
zawiłe, matematyczne wzory na tablicy, jednak nie potrafiłam. Spojrzałam
błagalnie na Ruby siedzącą za mną, a ona przewróciła oczami i spojrzała
na zegarek.
- Siedem minut.
- Super - mruknęłam pod nosem i uderzyłam głową w ławkę.
- Hej, Shenan, coś nie tak? - spytał Ben, szturchając mnie łokciem, a ja tylko jęknęłam przeciągle.
- Pozwól miiiii umrzeeeeeć...
- Przed chwilą uśmiechałaś się sama do siebie, masz okres czy co - zaśmiał się, a ja rzuciłam mu mordercze spojrzenie.
- Spierdalaj.
Podniósł dłonie w obronnym geście i wrócił do gryzdania w swoim zeszycie. Klasyka.
Mój telefon zawibrował, więc prawie pisnęłam z radości i wyjęłam go dyskretnie z kieszeni spodni, sprawdzając nadawcę.
Michael: Następna przerwa, najwyższe drzewo na terenie szkoły. Weź... Hm, w sumie tylko swoje palce.
Już miałam odpisać mu coś na temat nieobściskiwania się w szkole, kiedy dostałam drugą wiadomość.
Michael: Bez podtekstów seksualnych okay
Uśmiechnęłam się. Jak on mnie zna.
- Widzisz? Znowu sama się do... Oh - Matt kiwnął głową ze zrozumieniem patrząc na mój telefon. - Chłopak?
- Przyjaciel - sprostowałam.
- Tak się teraz mówi - przewrócił oczami.
To przyjaciel, prawda?
Którego całowałaś już dwa razy i który cię kocha...
Oh, zamknij się już.
Michael's POV
- Calum? Co ty tutaj, do kurwy nędzy, robisz?! - syknąłem, kiedy zobaczyłem Hooda zmierzającego w moją stronę.
- Mam wiadomości. Matt stwierdził, że uśmiechała się, kiedy z tobą esemesowała - wyszczerzył się, a ja uniosłem jedną brew.
- No i?
- No i chyba masz się cieszyć, idioto - przewrócił oczami. Grzeczniej, frajerze.
- Super. Łu-hu. Teraz spieprzaj, umówiłem się z nią.
- Jezu, stary, uspokój się, okej? Weź jakieś antydepresanty czy coś - poklepał mnie po ramieniu.
- Jak antydepresanty mają mnie uspokoić? - uderzyłem się otwartą dłonią w czoło, a on wzruszył ramionami.
- Kto cię tam wie, może masz depresję.
- Odwal się, Hood.
Zobaczyłem
rudą grzywę zmierzającą w moim kierunku, więc momentalnie kopnąłem
Caluma w tyłek, a on zrozumiał aluzję i uciekł szybko. Oh, asshole, you better do.*
- Hej - uśmiechnąłem się, a ona zmarszczyła brwi.
- Czy to nie był...?
- Nie - przerwałem jej, poklepując miejsce na ławce koło siebie.
- Ale jestem prawie pewna, że wi...
Pocałowałem ją krótko, żeby powstrzymać ją od mówienia, ale to wystarczyło, żeby rozbudzić moje wnętrze. Cholera, tak bardzo ją kocham.
Ale muszę przestać.
- Cóż, widzę, że przyniosłaś palce - podniosłem jej dłoń, a ona zachichotała. - Więc idziemy na łąkę.
- Mamy piętnaście minut, Michael - pokręciła głową, a ja westchnąłem.
- Widzisz ten trawnik przed wejściem do szkoły? - wskazałem palcem na miejsce, a ona skinęła. - Oto twoja łąka.
- Oh... Oh.
- Lubię, kiedy mówisz oh. Moja wyobraźnia pracuje - rzuciłem, zanim zdążyłem o tym pomyśleć, a ona rzuciła mi mordercze spojrzenie.
- Dupek.
- Też cię kocham.
Cholera, nie powiedziałem tego.
- Chodź, idziemy - wstałem szybko i podałem jej rękę niecierpliwym gestem. Boże, Michael, wyluzuj.
Przeszliśmy
na trawę. Była pusta, bo zbliżała się chłodna pora w Californi, więc
większość ludzi spędzało czas wolny w budynku. Usiedliśmy na samym
środku, a tuż po tym zacząłem zrywać jak najdłuższe stokrotki. Albo
jakieś inne gówno. Boże, skąd mam wiedzieć, co to były za kwiaty. Jestem
tylko facetem, okej?
- Co robisz? - zaciekawiła się Dianna.
- Co ty robisz? Powinnaś zrywać kwiatki!
- Co? Po co? - zmarszczyła brwi.
- Robisz wianek.
- Dlaczego?
- Bo lubię patrzeć na to, jak się skupiać. I lubię ciebie we wiankach. To słodkie - wzruszyłem ramionami, a ona uśmiechnęła się.
- Więc uważasz, że jestem słodka, hę?
-
Nie zaczynaj, Dianna - zgromiłem ją wzrokiem, a ona zaśmiała się. Po
niedługiej chwili Di splatała ze sobą kwiaty tworząc wianek. Patrzyłem,
jak jej małe palce pracują, a ona sama minimalnie wystawia język tak,
jak zawsze, kiedy się mocno skupia. Uśmiechnąłem się na ten widok. Była
taka piękna.
Cholera. Przestań, Michael.
- Więc...
- Więc - zaśmiałem się, a ona spojrzała na mnie krótko.
- Muszę ci coś powiedzieć.
- Już się boję - spoważniałem, a ona nadal splatała ze sobą kwiaty. No mów, kobieto.
- Pamiętasz, kiedy zostałeś u mnie kilka dni temu? Czekałeś aż zasnę, tak myślę.
Odgrzebałem w głowie wspomnienia tej nocy i skinąłem. Wtedy powiedziałem jej, że ją kocham. Wyrzuciłem to z siebie. W końcu.
- Cóż... Nie zasnęłam. Słyszałam, co mówiłeś - wyszeptała, nie odrywając wzroku od wianka.
Ja pierdolę. Chyba sobie żartujesz.
- Nie. Spałaś. Nie mogłaś tego słyszeć - pokręciłem głową, przekonując bardziej siebie niż ją.
- Słyszałam.
W końcu odłożyła splot i spojrzała na mnie, wzdychając.
- Powiedziałam coś zaraz po tym, jak wyszedłeś.
Przysięgam, że moje serce zaraz eksploduje z niepewności. Oh, no powiedz mi już. Po co te wstępy, Dianna?
- Co takiego?
- Że nigdy nie byłam jego.
Zamarłem.
Oh. Nigdy nie była jego. Wcale nie mam fiesty w sercu i nie strzelam
confetti, a mój żołądek nie urządził sobie szalonej potańcówki z wątrobą
czy co tam jeszcze jest w środku. Pieprzyć biologię.
- Więc...
Miałaś to na myśli? - przygryzłem wargę. Skinęła niepewnie, a ja wziąłem
głęboki oddech. - Ale nadal z nim jesteś - zauważyłem. Ponownie
skinęła.
- Nie miałabym się podziać, gdybym z nim zerwała. To
teoretycznie jego mieszkanie. Zależy mi na nim, ale jedynie jak na
kumplu. Tego jednak nie mogę mu powiedzieć.
- Jesteś taka popieprzona - pokręciłem głową, a ona wstała, otrzepując swoje spodnie. Podniosła prawie skończony wianek z ziemi.
- Wiem.
Związała
ze sobą końce splotu i założyła mi go na głowę, a przynajmniej
próbowała, bo tuż po tym, jak wylądował na moich włosach, wziąłem go w
dłonie i odłożyłem na trawę, wstając.
- Jestem mężczyzną, nie noszę wianków.
- Jesteś też mięczakiem, a mięczaki noszą wianki - uśmiechnęła się szeroko, a ja złapałem jej dłonie.
- Kocham, kiedy mnie cytujesz.
- Kocham, kiedy starasz się mnie podrywać, ale ci nie wychodzi - wystawiła język.
- Kocham, kiedy pokazujesz mi język - odgryzłem się, a ona przekręciła głowę na bok.
- Kocham, kiedy mnie przytulasz.
- Kocham, kiedy jesteś blisko - powiedziałem cicho, a ona zadrżała.
- Kocham, kiedy... Cholera, skończyły mi się pomysły - przygryzła wargę, a ja zbliżyłem się do niej.
-
Podpowiedzieć ci? - skinęła ledwo zauważalnie - Kocham cię -
wyszeptałem i złożyłem na jej ustach pocałunek. Był inny niż wszystkie
poprzednie. One miały w sobie tylko agresję, minimum uczucia, jedynie
fizyczny dotyk. Tutaj czułem dokładnie, że to jest rzecz, na której
robieniu chcę spędzić resztę życia. Mógłbym całować ją do końca życia. I
jeszcze dłużej. To po prostu wydawało się takie odpowiednie.
Odpowiednie osoby w odpowiednim miejscu i czasie.
Odsunęła się pierwsza i przymknęła oczy, ciężko oddychając.
- Więc? - ponagliłem ją, chcąc usłyszeć od niej te same słowa. Proszę, powiedz, że mnie kochasz.
-
Mike, nie - pokręciła głową. - Nie mogę. To nie ma prawa bytu, okej?
Jestem z Ashtonem. Mogę cię ko... Może mi na tobie zależeć, ale jestem z
Ashtonem. Sprawiam wrażenie zakochanej w nim. Nie mogę angażować się w
ciebie.
Ała?
- Dianna, nie rób mi tego - złapałem jej twarz,
desperacko szukając czegoś w jej oczach. - Proszę, nie. Nie przeżyję
tego. To... To mnie złamie, okej?
- Musisz dać sobie radę. Bądź szczęśliwy, proszę.
- Nie mogę, nie bez ciebie. Jesteś moim szczęściem. Nie odbieraj mi go. Nie, Di, nie...
Nagle w mojej głowie pojawiło się pytanie.
- Dlaczego tak bardzo bronisz się przed powiedzeniem, że mnie kochasz?
Dianna odwróciła wzrok.
- To słowa, które mają dla mnie ogromne znaczenie...
- Nie pieprz, Di. Mówisz to Ashtonowi, którego nie kochasz.
Westchnęła, a ja zmarszczyłem brwi. Jest taka trudna.
- Straciłam matkę przez te słowa, w porządku? Nie mogę tego mówić, bo to sprawia mi ból. Szczególnie do ciebie.
- Ja... Di, przepraszam.
Przytuliłem
ją ciasno, chcąc obronić ją przed całym złem tego świata. Ona była
jedynym dobrem w nim, więc musiałem ją chronić za wszelką cenę.
- Może znajdziemy zastępstwo za słowo kocham? - wymamrotałem w jej włosy.
- Okej. Co powiesz na zjadam? - zaśmiała się smutno.
- W porządku. W takim razie zjadam cię, Dianna.
Chwilę zwlekała z odpowiedzią.
- Myślisz, że możemy spotykać się potajemnie?
Odsunąłem się od niej, patrząc na nią z szeroko otwartymi oczami.
- Nie boisz się?
- Oczywiście, że się boję.
- Mnie?
- Nie. Ciebie nie. Ufam ci - spojrzała na mnie z nadzieją.
- Możemy spróbować - uśmiechnąłem się, a ona odwzajemniła gest. Wziąłem ją w ramiona i pocałowałem, krótko, ale intensywnie.
- Hej, Michael - powiedziała po chwili cichego wpatrywania się w siebie nawzajem.
- Hm?
- Zjadam cię - wyszeptała z szerokim uśmiechem, a ja wiedziałem, że to koniec.
Już nie ma odwrotu.
*
Oh, lepiej to rób, dupku. Uznałam, że lepiej zabrzmi w wersji po
angielsku, przynajmniej dla tych, którzy potrafią to przeczytać.
Rozumiecie ten ból, kiedy fajnie wam coś brzmi po angielsku, ale po
polsku wychodzi jak pół dupy zza krzaka, nie?
------------------
Dobra, nie do końca mi się podoba, ale jest. Jest już północ, więć trochę oszukałam, ale shhh
Mam nadzieję, że jesteście szczęśliwi i że Team Diashton mnie nie zabije :')
Tylko
napomknę, że możecie brać poprawkę na tweety roleplayers - nie, Ashton
NIE zostawi Dianny dla Ruby. Nie, Dianna NIE będzie chciała popełnić
samobójstwa. Nie, Ashton NIE trafi do szpitala i nie ma raka mózgu (w
ogóle wtf, co jest z wami, no halo, ahhahahah).
Pozdrawiam moją
przyjaciółkę Marcysię, której dzisiaj opowiedziałam fabułę Letters i
która stwierdziła, że musi mi znaleźć faceta, bo nie mam życia, lmao XD
No więc, komentujesz = motywujesz i takie tam
nie ogarniam już, co się dzieje, jestem tak zjarana i śpiąca i w ogóle
Dobranoc wszystkim (albo dzień dobry, ok) x
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz