czwartek, 11 września 2014

12

PRZECZYTAŁEŚ = KOMENTUJESZ
LUB
PRZECZYTAŁEŚ = PISZESZ W HASHTAGU #LETTERSFF
+ PRZECZYTAJ NOTATKĘ
Od śmierci Caluma postanowiliśmy zacząć działać. Rodzina Hoodów została poinformowana o jego najprawdopodobniejszym zgonie, a policja już wszczęła poszukiwania ciała, którego na Marvin już nie było. I, tak, w końcu zgłosiliśmy sprawę.
- Najpewniej skończy się to źle - powiedział wtedy Mike. - Ale sami nie damy im rady. Mają nad nami sporą przewagę.
Tego dnia postanowiłam spotkać się z Ruby i Jade. Zaniedbałam je ostatnio przez całą tą sytuację z Michaelem, więc postanowiłam je wtajemniczyć. I może, a może nie, chciałam po prostu to z siebie zrzucić. Wyszłyśmy razem do tej samej kawiarni, w której kilka miesięcy temu przeżywałyśmy pierwszy list, który otrzymałam od Michaela. Wtedy się go bałam, a teraz paradoksalnie miałam wrażenie, że tylko on sprawia, że jestem spokojna. Kawiarnia była prawie pusta, jedynymi klientami byli jakiś mężczyzna w rogu czytający gazetę i mała dziewczynka, która próbowała wmówić kelnerce, że już może pić kawę.
Usiadłyśmy przy stoliku i dziewczyny zaczęły rozmawiać, ale nie za bardzo słuchałam. Układałam w głowie to, jak powiem im o całej tej sytuacji.
- Halo, Ziemia do Di - Ruby pomachała mi dłonią przed oczami, a ja zamrugałam kilka razy, przenosząc swoją uwagę na nią.
- Tak, już jestem, już jestem. O czym mówiłyśmy? - uśmiechnęłam się przepraszająco, a Rubs przewróciła oczami.
- Opowiadałam wam o nowym chłopaku, którego poznałam.
- Oh, to super, Ruby! Jak ma na imię?
Jej twarz nagle pobladła, jakby przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym. Zmarszczyłam brwi patrząc na nią uważnie.
- Nie mogę wam powiedzieć - westchnęła.
- Co? Dlaczego? - zdziwiła się Jade.
- Po prostu nie mogę, okej? Obiecuję, że jeśli to okaże się czymś poważnym, to od razu wam go przedstawię. Na razie zgodziliśmy się tylko na przyjaźń.
- Jak zwykle - skrzywiłam się, a ona uderzyła mnie żartobliwie w ramię. - No co?
- Lepiej mów, co tam u ciebie i Ashtona - Jade przechyliła głowę na bok, patrząc na mnie jak sokół na swoją ofiarę. Podejrzewała, że coś jest nie tak. Obie jednak nie wiedziały o mnie, Michaelu i naszym potajemnym zjadaniu. Czułam się jak pieprzona Julia w dramacie Szekspira. Ale na razie musiało mi to wystarczyć.
- Raczej w porządku, tak myślę? Na pewno lepiej niż gorzej.
Chyba?
- A Michael? Jak sobie z nim radzisz? - spytała Ruby z buzią pełną muffinki. Typowe.
- Całkiem nieźle. Czemu pytasz? - nerwowo przełknęłam ślinę.
- Wiesz, że możesz nam powiedzieć, prawda? - Jade spojrzała na mnie zaciskając wargi, a ja westchnęłam.
- Nie chcecie wiedzieć, co teraz siedzi w mojej głowie. Ale muszę wam powiedzieć coś innego - oświadczyłam.
- Nie będę niańczyć twojego dzieciaka, Dianna, trzeba było uważać - powiedziała od razu Jade, a ja przewróciłam oczami.
- Nie o to chodzi. - Obie więc siedziały w milczeniu, czekając na informację. Poczułam się dość niekomfortowo, więc rzuciłam na jednym wdechu: - Ludzie bliscy mnie i Michaelowi zostają mordowani z niewiadomych powodów i przez niewiadomych sprawców, zostawiając po sobie listy.
Najpierw dziewczyny przyswajały informacje, a ja czekałam na wybuch wulkanu. Cisza przed burzą, co nie?
Jade zakrztusiła się i zaczęła kaszleć, więc poklepałam ją po plecach, a Ruby zamarła z babeczką w dłoni i otwartymi do połowy ustami. Ona oprzytomniała jako pierwsza. Od razu zaczęła zadawać pytania.
- Kogo zabili jak dotąd?
Złapałam palcami nasadę swojego nosa i zamknęłam oczy.
- Trzy osoby. Luke'a, Tinę i chyba Caluma. Nie jestem pewna.
- Myślałam, że Luke popełnił samob... - zaczęła Ruby, jednak nie dane było jej skończyć.
- Jak to Caluma? - Jade wyszeptała z przerażeniem. - On nie... Nie może. On żyje. Musi.
- Nie wiemy, czy tak się stało. Tamara widziała go przy Marvin upadającego na ziemię po strzale pistoletu, ale nie sprawdziła, czy żył, a ciała nie znaleziono. To dość nieprawdopodobne, ale może jest cień szansy...
- Nie obchodzi mnie jakiś pieprzony cień szansy! - krzyknęła i podniosła się z miejsca. - On żyje, okej? Nie może umrzeć. To mój mały chłopiec, mój zagubiony nie-azjata... - zacisnęła wargi i wyglądała, jakby była bliska płaczu. Zabrała torbę i wyszła bez słowa, pewnie nawet nie wiedząc, w jakim kierunku.
Obie z Rubs siedziałyśmy w milczeniu, obserwując oddalającą się od nas Jade. Naprawdę jej współczułam. Nie chciałabym, żeby coś takiego stało się Ashtonowi albo Michaelowi. Z drugiej strony, przeżyłam to samo dwa lata temu z Luke'iem. Dlatego mogłam jej współczuć, bo wiedziałam, co czuła.
- Przykro mi - powiedziała cicho Ruby, a ja rzuciłam jej pytające spojrzenie. - No wiesz, znałaś każde z nich, bardziej lub mniej, ale nadal. I przykro mi z powodu Luke'a. Jak to się stało, że Michael cię okłamał, ponownie?
- Nie tyle okłamał, co on sam o tym nie wiedział. Poza tym, to tylko nasze domysły. Skoro pisali, że to jeszcze nie koniec, że wracają... To najpewniejsza wersja tego wszystkiego - skinęłam głową, jakby utwierdzając samą siebie w tych słowach. Żenujące.
- Cóż. Skoro tak sądzisz. Chyba powinnam poszukać Jade. Kto wie, co może się z nią teraz stać - wstała i zdjęła swój mały plecak z oparcia krzesła. - Bądź ostrożna, Di, okej? Nie chcę, żebyś na tym ucierpiała. I proszę, nie daj się zabić - dorzuciła pół-żartem, więc uśmiechnęłam się lekko.
- Dziękuję - wyszeptałam i przytuliłam ją mocno. - Mam nadzieję, że nic ci się nie stanie, Ruby. Ty też powinnaś uważać. Pamiętaj, że wszystkich zamordowanych...
- Rozumiem - odsunęła się ode mnie i posłała mi jeden z tych uśmiechów, który powinien wyglądać jak prawdziwy, ale zbyt dobrze znasz tą osobę, więc wiesz, że taki nie jest. - Do jutra, Dianna.
- Do jutra - powiedziałam cicho, po czym Rubs opuściła kawiarnię. Nie minęła sekunda, kiedy poczułam wibrację telefonu. Wyjęłam go i zobaczyłam dwie wiadomości od Tamary. Zmarszczyłam brwi. Co ona...?
Tamara: Jakiś koleś za mną idzie pomocy Dianna co mam robić
Tamara: Jestem kilka przecznic od Marvin
Zaklęłam pod nosem i zadzwoniłam do niej natychmiast.
- Halo? - pisnęła.
- Słuchaj uważnie. Jeśli zrozumiesz cokolwiek, co potem powiem, to zacznij pieprzyć coś o zakupach dla mamy, jeśli mam wytłumaczyć bardziej, to wspomnij o twoim samochodzie w warsztacie. Rozumiesz?
- Nie jestem pewna, czy mogę. Muszę zrobić zakupy dla mamy - usłyszałam w odpowiedzi.
- Dobrze. Mam nadzieję, że wiesz, w którą stronę od ciebie jest Marvin.
- Tak, tak. Ten sklep po lewej stronie od mojego domu. - dodała szczególny nacisk na słowo lewej, więc zrozumiałam szyfr.
- Skręcaj w każdą możliwą uliczkę w prawo i idź na czwarty zauważony przez ciebie przystanek. Napisz mi wiadomość z rogiem, na którym się znajdujesz. Jasne?
- Nie, moje auto jest w warsztacie. Dlaczego aż cztery osoby? - rzuciła. Tak szybko załapała mój szyfr, że aż miałam ochotę ją pochwalić, jednak postanowiłam zrobić to odrobinę później.
- Musisz się oddalić od Marvin, okej? Cztery przystanki. I nie odwracaj się za siebie. Jeśli będzie chciał coś ci zrobić, krzycz, że się pali. Wtedy ludzie przybiegną, żeby sprawdzić, o co chodzi. Nikt już nie reaguje na pomocy. - westchnęłam.
- W porządku. W sumie mogę pojechać autobusem na te zakupy.
Uśmiechnęłam się z ulgą.
- Powodzenia, Tamara.
- Do zobaczenia później.
Rozłączyła się, a ja natychmiast wybiegłam z kawiarni, kierując się w stronę mieszkania Birdsal, w którym obecnie mieszkał Michael.
---
Zapukałam trzy razy i nie czekając na odpowiedź weszłam do mieszkania.
- Michael? Michael! - krzyknęłam, jednak nie uzyskałam odpowiedzi.
Wsłuchałam się uważnie w ciszę i usłyszałam jednostajny szmer. Bierze prysznic. Otworzyłam drzwi do łazienki, w ogóle nie krępując się nagością Clifforda i siłą wyciągnęłam go spod wody. W innych okolicznościach mogłoby się to wydawać nawet komiczne, jednak wtedy nie było.
- Co, do cholery, Dianna?! - obruszył się Mike, wciąż ociekający wodą.
Zignorowałam go, po czym zaciągnęłam go do jego pokoju, popchnęłam na łóżko i rzuciłam mu w twarz jakieś spodnie, które znalazłam na ziemi, po chwili to samo zrobiłam z szarą bluzą. Wyjęłam czystą parę bokserek z szuflady (mimo wszystko z niemałym obrzydzeniem) i powiedziałam szybko:
- Jedziemy po Tamarę.
- Co? Gdzie ona jest?
- Do kurwy nędzy, zakładaj te pieprzone bokserki albo zaraz cię wykastruję i nie będziesz już miał co w nie włożyć - syknęłam, a on otworzył szeroko oczy i zaczął się ubierać. Dobrze.
Mój telefon zawibrował.
Tamara: Valley Village
- Wiesz, gdzie jest Valley Village? - spytałam Michaela, zabierając jego klucze z komody. On sam właśnie skończył wiązać buty i wyszedł tuż za mną. Zakluczyłam drzwi i zbiegłam po schodach.
- Dziesięć minut drogi stąd.
- Jedziemy. Mamy pięć minut - rzuciłam.
- W porządku, może być i pięć - wyjął kluczyki do samochodu z kieszeni spodni i już po chwili sunęliśmy po ulicach zdecydowanie szybciej, niż określały to przepisy drogowe. Otrzymałam kolejną wiadomość. Drżącymi rękami wyjęłam go z torby.
Nieznany: Co się dzieje, że Tamara przede mną ucieka? Czyżby się mnie bała...?
- Cholera - zaklęłam pod nosem, ale kiedy podniosłam wzrok, byliśmy już niedaleko Marvin.
Jeszcze tylko kilka przecznic...
Kiedy na horyzoncie zauważyłam przystanek i siedzącą na ławce dziewczynę o kruczoczarnych włosach, omal nie wypadłam z samochodu. Zatrzymaliśmy się obok niej z piskiem opon. Wybiegłam do niej, biorąc ją w ramiona. Tamara zapłakała gorzko, ciasno obejmując mnie rękami.
- Shh... Już dobrze - wyszeptałam i pogłaskałam ją po plecach w pokrzepiającym geście.
Byłam wdzięczna Michaelowi, bo mimo że nie wiedział, o co właściwie chodziło, nie zadawał zbędnych pytań. Wiedział, że jego przyjaciółka była w kiepskim stanie i to, co właśnie miało miejsce, nie było dla niej przyjemne - bo przecież to wiedział każdy głupi.
- Zabierzcie mnie do domu - poprosiła, odsuwając się ode mnie i wycierając mokre policzki. - Proszę...
Nie trzeba było powtarzać nam dwa razy. Natychmiast wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. W drodze panowała dość komfortowa cisza, dlatego nikt z nas nie chciał jej przerywać. Mimo to złapałam rękę Michaela i posłałam mu uśmiech, który zobaczył kątem oka. Wyszeptałam tak, żeby tylko on mógł mnie usłyszeć. To słowo było niemal tak intymne jak wyznanie. Kryło w sobie tyle moich uczuć... Jedno, proste słowo. A tak wiele znaczące.
- Dziękuję.
----------------------
No właśnie. Dianna powiedziała to, co tak bardzo chciałam wam przekazać ja. Ja, jako autorka Letters, Studniowej i Sparkle (ale o tym później). Ja, jako twitterowiczka. Ja, jako pisarka. Ale też i ja, jako osoba. Dziękuję jest jednym z tych słów, które w szarej codzienności zanikają. Jak często jesteśmy wdzięczni innym za to, co dla nas robią? Kiedy ostatnio podziękowaliśmy mamie za to, że poświęciła swój czas, żeby przygotować obiad, albo tacie, który pomógł nam w zadaniu domowym z matematyki?
W tym momencie chciałabym oficjalnie wam podziękować - za wszystko, co dla mnie robicie. Sprawiacie, że dążę do rozwijania swojej pasji, którą jest pisanie, że mam motywację, że wierzę, faktycznie wierzę, że może mi się kiedyś udać. Dziękuję za każdy pojedynczy komentarz (nie na wszystkie odpisuję, ale staram się odpowiadać przynajmniej na pytania), za każdy głos, każde wyświetlenie. Czy ktokolwiek zaczynając czytać Letters pomyślał, że może okazać się ono numerem czternastym w kategorii Mystery (tak, swego czasu było, jednak przez brak rozdziału spadły statystyki, smutno) i dziewięćdziesiątym pierwszym w kategorii Fanfiction? Ja sama nawet nie pomyślałam, że się przyjmie. Dlaczego? No właśnie.
Samo Letters powstało jako odskocznia od Studniowej Kuracji Antymiłosnej, mojego wcześniejszego ff o Calumie (btw. bardzo przepraszam wszystkie Konie, które czekają na część - pracuję nad nią, bo chcę, żeby była idealna) i tak naprawdę miało się skończyć tak, że Dianna zabijała Michaela, wyrównując rachunki za Luke'a. Potem coraz więcej ludzi znikąd zaczynało to czytać, a ja "zainwestowałam" w reklamę, bo, hej, czemu nie? I potem pooooszłoooo... I jesteśmy tutaj, dzisiaj, z Letters dobijającym do 4 tysięcy wyświetleń, 130 komentarzami i 385 głosami. To piękne.
Jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie robicie, jest to największy skarb, jaki otrzymałam w życiu. To, kiedy ktoś podrzuci gdzieś komuś linka albo napisze do kogoś, że nie może rozmawiać, bo czyta Letters i doda hashtag... To wszystko sprawia, że moje dni są o wiele, wiele lepsze, naprawdę!
Teraz jeśli już przetrwaliście te wywody to tylko krótka, malutka prośba:
Jeśli już głosujesz, czyli masz konto na Wattpadzie, napisz komentarz. Jest on o wiele bardziej motywujący niż gwiazdka (ale gwiazdkujcie też, hahah)

Do następnego! xx
Autorka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz