PRZECZYTAŁEŚ = KOMENTUJESZ
LUB
PRZECZYTAŁEŚ = PISZESZ W HASHTAGU #LETTERSFF
+ PRZECZYTAJ NOTATKĘ
Od
śmierci Caluma postanowiliśmy zacząć działać. Rodzina Hoodów została
poinformowana o jego najprawdopodobniejszym zgonie, a policja już
wszczęła poszukiwania ciała, którego na Marvin już nie było. I, tak, w
końcu zgłosiliśmy sprawę.
- Najpewniej skończy się to źle - powiedział wtedy Mike. - Ale sami nie damy im rady. Mają nad nami sporą przewagę.
Tego
dnia postanowiłam spotkać się z Ruby i Jade. Zaniedbałam je ostatnio
przez całą tą sytuację z Michaelem, więc postanowiłam je wtajemniczyć. I
może, a może nie, chciałam po prostu to z siebie zrzucić. Wyszłyśmy
razem do tej samej kawiarni, w której kilka miesięcy temu przeżywałyśmy
pierwszy list, który otrzymałam od Michaela. Wtedy się go bałam, a teraz
paradoksalnie miałam wrażenie, że tylko on sprawia, że jestem spokojna.
Kawiarnia była prawie pusta, jedynymi klientami byli jakiś mężczyzna w
rogu czytający gazetę i mała dziewczynka, która próbowała wmówić
kelnerce, że już może pić kawę.
Usiadłyśmy przy stoliku i
dziewczyny zaczęły rozmawiać, ale nie za bardzo słuchałam. Układałam w
głowie to, jak powiem im o całej tej sytuacji.
- Halo, Ziemia do Di - Ruby pomachała mi dłonią przed oczami, a ja zamrugałam kilka razy, przenosząc swoją uwagę na nią.
- Tak, już jestem, już jestem. O czym mówiłyśmy? - uśmiechnęłam się przepraszająco, a Rubs przewróciła oczami.
- Opowiadałam wam o nowym chłopaku, którego poznałam.
- Oh, to super, Ruby! Jak ma na imię?
Jej twarz nagle pobladła, jakby przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym. Zmarszczyłam brwi patrząc na nią uważnie.
- Nie mogę wam powiedzieć - westchnęła.
- Co? Dlaczego? - zdziwiła się Jade.
-
Po prostu nie mogę, okej? Obiecuję, że jeśli to okaże się czymś
poważnym, to od razu wam go przedstawię. Na razie zgodziliśmy się tylko
na przyjaźń.
- Jak zwykle - skrzywiłam się, a ona uderzyła mnie żartobliwie w ramię. - No co?
-
Lepiej mów, co tam u ciebie i Ashtona - Jade przechyliła głowę na bok,
patrząc na mnie jak sokół na swoją ofiarę. Podejrzewała, że coś jest nie
tak. Obie jednak nie wiedziały o mnie, Michaelu i naszym potajemnym
zjadaniu. Czułam się jak pieprzona Julia w dramacie Szekspira. Ale na
razie musiało mi to wystarczyć.
- Raczej w porządku, tak myślę? Na pewno lepiej niż gorzej.
Chyba?
- A Michael? Jak sobie z nim radzisz? - spytała Ruby z buzią pełną muffinki. Typowe.
- Całkiem nieźle. Czemu pytasz? - nerwowo przełknęłam ślinę.
- Wiesz, że możesz nam powiedzieć, prawda? - Jade spojrzała na mnie zaciskając wargi, a ja westchnęłam.
- Nie chcecie wiedzieć, co teraz siedzi w mojej głowie. Ale muszę wam powiedzieć coś innego - oświadczyłam.
- Nie będę niańczyć twojego dzieciaka, Dianna, trzeba było uważać - powiedziała od razu Jade, a ja przewróciłam oczami.
-
Nie o to chodzi. - Obie więc siedziały w milczeniu, czekając na
informację. Poczułam się dość niekomfortowo, więc rzuciłam na jednym
wdechu: - Ludzie bliscy mnie i Michaelowi zostają mordowani z
niewiadomych powodów i przez niewiadomych sprawców, zostawiając po sobie
listy.
Najpierw dziewczyny przyswajały informacje, a ja czekałam na wybuch wulkanu. Cisza przed burzą, co nie?
Jade
zakrztusiła się i zaczęła kaszleć, więc poklepałam ją po plecach, a
Ruby zamarła z babeczką w dłoni i otwartymi do połowy ustami. Ona
oprzytomniała jako pierwsza. Od razu zaczęła zadawać pytania.
- Kogo zabili jak dotąd?
Złapałam palcami nasadę swojego nosa i zamknęłam oczy.
- Trzy osoby. Luke'a, Tinę i chyba Caluma. Nie jestem pewna.
- Myślałam, że Luke popełnił samob... - zaczęła Ruby, jednak nie dane było jej skończyć.
- Jak to Caluma? - Jade wyszeptała z przerażeniem. - On nie... Nie może. On żyje. Musi.
-
Nie wiemy, czy tak się stało. Tamara widziała go przy Marvin
upadającego na ziemię po strzale pistoletu, ale nie sprawdziła, czy żył,
a ciała nie znaleziono. To dość nieprawdopodobne, ale może jest cień
szansy...
- Nie obchodzi mnie jakiś pieprzony cień szansy! -
krzyknęła i podniosła się z miejsca. - On żyje, okej? Nie może umrzeć.
To mój mały chłopiec, mój zagubiony nie-azjata... - zacisnęła wargi i
wyglądała, jakby była bliska płaczu. Zabrała torbę i wyszła bez słowa,
pewnie nawet nie wiedząc, w jakim kierunku.
Obie z Rubs
siedziałyśmy w milczeniu, obserwując oddalającą się od nas Jade.
Naprawdę jej współczułam. Nie chciałabym, żeby coś takiego stało się
Ashtonowi albo Michaelowi. Z drugiej strony, przeżyłam to samo dwa lata
temu z Luke'iem. Dlatego mogłam jej współczuć, bo wiedziałam, co czuła.
-
Przykro mi - powiedziała cicho Ruby, a ja rzuciłam jej pytające
spojrzenie. - No wiesz, znałaś każde z nich, bardziej lub mniej, ale
nadal. I przykro mi z powodu Luke'a. Jak to się stało, że Michael cię
okłamał, ponownie?
- Nie tyle okłamał, co on sam o tym nie
wiedział. Poza tym, to tylko nasze domysły. Skoro pisali, że to jeszcze
nie koniec, że wracają... To najpewniejsza wersja tego wszystkiego -
skinęłam głową, jakby utwierdzając samą siebie w tych słowach. Żenujące.
-
Cóż. Skoro tak sądzisz. Chyba powinnam poszukać Jade. Kto wie, co może
się z nią teraz stać - wstała i zdjęła swój mały plecak z oparcia
krzesła. - Bądź ostrożna, Di, okej? Nie chcę, żebyś na tym ucierpiała. I
proszę, nie daj się zabić - dorzuciła pół-żartem, więc uśmiechnęłam się
lekko.
- Dziękuję - wyszeptałam i przytuliłam ją mocno. - Mam
nadzieję, że nic ci się nie stanie, Ruby. Ty też powinnaś uważać.
Pamiętaj, że wszystkich zamordowanych...
- Rozumiem - odsunęła się
ode mnie i posłała mi jeden z tych uśmiechów, który powinien wyglądać
jak prawdziwy, ale zbyt dobrze znasz tą osobę, więc wiesz, że taki nie
jest. - Do jutra, Dianna.
- Do jutra - powiedziałam cicho, po czym
Rubs opuściła kawiarnię. Nie minęła sekunda, kiedy poczułam wibrację
telefonu. Wyjęłam go i zobaczyłam dwie wiadomości od Tamary.
Zmarszczyłam brwi. Co ona...?
Tamara: Jakiś koleś za mną idzie pomocy Dianna co mam robić
Tamara: Jestem kilka przecznic od Marvin
Zaklęłam pod nosem i zadzwoniłam do niej natychmiast.
- Halo? - pisnęła.
-
Słuchaj uważnie. Jeśli zrozumiesz cokolwiek, co potem powiem, to
zacznij pieprzyć coś o zakupach dla mamy, jeśli mam wytłumaczyć
bardziej, to wspomnij o twoim samochodzie w warsztacie. Rozumiesz?
- Nie jestem pewna, czy mogę. Muszę zrobić zakupy dla mamy - usłyszałam w odpowiedzi.
- Dobrze. Mam nadzieję, że wiesz, w którą stronę od ciebie jest Marvin.
- Tak, tak. Ten sklep po lewej stronie od mojego domu. - dodała szczególny nacisk na słowo lewej, więc zrozumiałam szyfr.
-
Skręcaj w każdą możliwą uliczkę w prawo i idź na czwarty zauważony
przez ciebie przystanek. Napisz mi wiadomość z rogiem, na którym się
znajdujesz. Jasne?
- Nie, moje auto jest w warsztacie. Dlaczego aż
cztery osoby? - rzuciła. Tak szybko załapała mój szyfr, że aż miałam
ochotę ją pochwalić, jednak postanowiłam zrobić to odrobinę później.
-
Musisz się oddalić od Marvin, okej? Cztery przystanki. I nie odwracaj
się za siebie. Jeśli będzie chciał coś ci zrobić, krzycz, że się pali.
Wtedy ludzie przybiegną, żeby sprawdzić, o co chodzi. Nikt już nie
reaguje na pomocy. - westchnęłam.
- W porządku. W sumie mogę pojechać autobusem na te zakupy.
Uśmiechnęłam się z ulgą.
- Powodzenia, Tamara.
- Do zobaczenia później.
Rozłączyła
się, a ja natychmiast wybiegłam z kawiarni, kierując się w stronę
mieszkania Birdsal, w którym obecnie mieszkał Michael.
---
Zapukałam trzy razy i nie czekając na odpowiedź weszłam do mieszkania.
- Michael? Michael! - krzyknęłam, jednak nie uzyskałam odpowiedzi.
Wsłuchałam
się uważnie w ciszę i usłyszałam jednostajny szmer. Bierze prysznic.
Otworzyłam drzwi do łazienki, w ogóle nie krępując się nagością
Clifforda i siłą wyciągnęłam go spod wody. W innych okolicznościach
mogłoby się to wydawać nawet komiczne, jednak wtedy nie było.
- Co, do cholery, Dianna?! - obruszył się Mike, wciąż ociekający wodą.
Zignorowałam
go, po czym zaciągnęłam go do jego pokoju, popchnęłam na łóżko i
rzuciłam mu w twarz jakieś spodnie, które znalazłam na ziemi, po chwili
to samo zrobiłam z szarą bluzą. Wyjęłam czystą parę bokserek z szuflady
(mimo wszystko z niemałym obrzydzeniem) i powiedziałam szybko:
- Jedziemy po Tamarę.
- Co? Gdzie ona jest?
-
Do kurwy nędzy, zakładaj te pieprzone bokserki albo zaraz cię
wykastruję i nie będziesz już miał co w nie włożyć - syknęłam, a on
otworzył szeroko oczy i zaczął się ubierać. Dobrze.
Mój telefon zawibrował.
Tamara: Valley Village
-
Wiesz, gdzie jest Valley Village? - spytałam Michaela, zabierając jego
klucze z komody. On sam właśnie skończył wiązać buty i wyszedł tuż za
mną. Zakluczyłam drzwi i zbiegłam po schodach.
- Dziesięć minut drogi stąd.
- Jedziemy. Mamy pięć minut - rzuciłam.
-
W porządku, może być i pięć - wyjął kluczyki do samochodu z kieszeni
spodni i już po chwili sunęliśmy po ulicach zdecydowanie szybciej, niż
określały to przepisy drogowe. Otrzymałam kolejną wiadomość. Drżącymi
rękami wyjęłam go z torby.
Nieznany: Co się dzieje, że Tamara przede mną ucieka? Czyżby się mnie bała...?
- Cholera - zaklęłam pod nosem, ale kiedy podniosłam wzrok, byliśmy już niedaleko Marvin.
Jeszcze tylko kilka przecznic...
Kiedy
na horyzoncie zauważyłam przystanek i siedzącą na ławce dziewczynę o
kruczoczarnych włosach, omal nie wypadłam z samochodu. Zatrzymaliśmy się
obok niej z piskiem opon. Wybiegłam do niej, biorąc ją w ramiona.
Tamara zapłakała gorzko, ciasno obejmując mnie rękami.
- Shh... Już dobrze - wyszeptałam i pogłaskałam ją po plecach w pokrzepiającym geście.
Byłam
wdzięczna Michaelowi, bo mimo że nie wiedział, o co właściwie chodziło,
nie zadawał zbędnych pytań. Wiedział, że jego przyjaciółka była w
kiepskim stanie i to, co właśnie miało miejsce, nie było dla niej
przyjemne - bo przecież to wiedział każdy głupi.
- Zabierzcie mnie do domu - poprosiła, odsuwając się ode mnie i wycierając mokre policzki. - Proszę...
Nie
trzeba było powtarzać nam dwa razy. Natychmiast wsiedliśmy do samochodu
i ruszyliśmy. W drodze panowała dość komfortowa cisza, dlatego nikt z
nas nie chciał jej przerywać. Mimo to złapałam rękę Michaela i posłałam
mu uśmiech, który zobaczył kątem oka. Wyszeptałam tak, żeby tylko on
mógł mnie usłyszeć. To słowo było niemal tak intymne jak wyznanie. Kryło
w sobie tyle moich uczuć... Jedno, proste słowo. A tak wiele znaczące.
- Dziękuję.
----------------------
No
właśnie. Dianna powiedziała to, co tak bardzo chciałam wam przekazać
ja. Ja, jako autorka Letters, Studniowej i Sparkle (ale o tym później).
Ja, jako twitterowiczka. Ja, jako pisarka. Ale też i ja, jako osoba. Dziękuję jest
jednym z tych słów, które w szarej codzienności zanikają. Jak często
jesteśmy wdzięczni innym za to, co dla nas robią? Kiedy ostatnio
podziękowaliśmy mamie za to, że poświęciła swój czas, żeby przygotować
obiad, albo tacie, który pomógł nam w zadaniu domowym z matematyki?
W
tym momencie chciałabym oficjalnie wam podziękować - za wszystko, co
dla mnie robicie. Sprawiacie, że dążę do rozwijania swojej pasji, którą
jest pisanie, że mam motywację, że wierzę, faktycznie wierzę,
że może mi się kiedyś udać. Dziękuję za każdy pojedynczy komentarz (nie
na wszystkie odpisuję, ale staram się odpowiadać przynajmniej na
pytania), za każdy głos, każde wyświetlenie. Czy ktokolwiek zaczynając
czytać Letters pomyślał, że może okazać się ono numerem czternastym w
kategorii Mystery (tak, swego czasu było, jednak przez brak rozdziału
spadły statystyki, smutno) i dziewięćdziesiątym pierwszym w kategorii
Fanfiction? Ja sama nawet nie pomyślałam, że się przyjmie. Dlaczego? No
właśnie.
Samo Letters powstało jako
odskocznia od Studniowej Kuracji Antymiłosnej, mojego wcześniejszego ff o
Calumie (btw. bardzo przepraszam wszystkie Konie, które czekają na
część - pracuję nad nią, bo chcę, żeby była idealna) i tak naprawdę
miało się skończyć tak, że Dianna zabijała Michaela, wyrównując rachunki
za Luke'a. Potem coraz więcej ludzi znikąd zaczynało to czytać, a ja
"zainwestowałam" w reklamę, bo, hej, czemu nie? I potem pooooszłoooo... I
jesteśmy tutaj, dzisiaj, z Letters dobijającym do 4 tysięcy wyświetleń,
130 komentarzami i 385 głosami. To piękne.
Jestem wdzięczna za
wszystko, co dla mnie robicie, jest to największy skarb, jaki otrzymałam
w życiu. To, kiedy ktoś podrzuci gdzieś komuś linka albo napisze do
kogoś, że nie może rozmawiać, bo czyta Letters i doda hashtag... To
wszystko sprawia, że moje dni są o wiele, wiele lepsze, naprawdę!
Teraz jeśli już przetrwaliście te wywody to tylko krótka, malutka prośba:
Jeśli już głosujesz, czyli masz konto na Wattpadzie, napisz komentarz. Jest on o wiele bardziej motywujący niż gwiazdka (ale gwiazdkujcie też, hahah)
Do następnego! xx
Autorka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz