niedziela, 28 września 2014

15

Dianna's POV
- Masz klucze? - krzyknął Michael z łazienki.
- Tak - odpowiedziałam i poprawiłam swoje włosy w lustrze. Miałam na sobie czarną sukienkę i czółenka tego samego koloru. To wszystko było proste. Nie zamierzałam stroić się na pogrzeb Ashtona. I również nie zamierzałam na nim płakać.
A jednak to zrobiłam.
Kiedy jego ciało w trumnie zostało praktycznie wrzucone do ziemi, naprawdę płakałam. Płakałam nad losem chłopaka, który wcale nie był zły. Który pomógł mi, kiedy tego potrzebowałam. Który był przy mnie, kiedy tego potrzebowałam. Dał mi wszystko to, co miał. I kochał mnie wszystkim, co miał. Po prostu zgubił swój kompas i zszedł na złą drogę, która zaprowadziła go prosto w przepaść.
Michael trzymał mnie w ramionach cały pogrzeb i szeptał, żebym nie marnowała na niego łez, ale to sprawiało, że szlochałam jeszcze głośniej. On wcale nie był zły. Zrozumcie to wszyscy!
A jednak próbował mnie zamordować.

PÓŹNIEJ.

Tristan's POV
- Powiedz mi, co naprawdę wiesz. Jak wyglądała prawdziwa wersja wydarzeń? - spytała Ruby.
Nie mogłem jej okłamać, nie mogłem powiedzieć jej prawdy. Westchnąłem i pokręciłem bezradnie głową. Spojrzałem na stary, ogromny budynek przed nami i otworzyłem jej drzwi do środka.
- Więc to dlatego tu jesteśmy? Żebym poznała prawdę?
- Tak. To nie ja jestem tym, który powinien ci to wyjaśnić.
Ruby zatrzymała się gwałtownie w miejscu.
- Chyba nie mówisz o...?
- Poczekaj tutaj. Pójdę pierwszy.
Jade's POV
Nie wiesz, jakie to uczucie, kiedy zawodzisz wszystkich, których kochałeś. Nie masz pojęcia, jak wygląda twoja miłość w momencie, kiedy celujesz w nią z pistoletu. Nie wiesz i najpewniej nigdy się nie dowiesz. Szczęściarz. Ja to przeżyłam. I wszystko przez Michaela. Pieprzony manipulant.
Kiedy byłam tylko piętnastoletnią, zakochaną dziewczyną, nie myślałam o zależnościach. O tym, że ktoś może mieć dług wobec kogoś innego. Widziałam tylko Caluma mówiącego mi, że nie może być ze mną, bo Michael, któremu winny jest pewną lojalność, nie pozwolił mu na to. I wściekłam się niesamowicie.
Postanowiłam wykorzystać Ashtona beznadziejnie wzdychającego do Dianny, dziewczyny Luke'a, który był najlepszym przyjacielem Michaela. Zaproponowałam, żeby go zdjąć. Dowiedziałam się, że i tak planował samobójstwo, więc myślałam, że pójdzie gładko. Ash się zgodził. Wszystko zaplanowaliśmy. Rozmowy. Śmierć. Wtedy Michael wziął na siebie jego winę... Naszą winę. Dianna znienawidziła go i poznała Ashtona, który "przez przypadek" wpadł na nią na ulicy. Powiedział, że mnie zna i że dużo mu o niej opowiadałam. I żyli długo i szczęśliwie.
Przejechałam palcami po szorstkiej ścianie mojej celi i zacisnęłam pięści.
- Happy endy nie istnieją - syknęłam sama do siebie.
- Prawda? - usłyszałam w odpowiedzi. Odwróciłam się i zobaczyłam Tristana. Uśmiechnęłam się gorzko. Spodziewałam się go tutaj. Ten szczur prędzej czy później i tak przyszedłby do mnie z podkulonym ogonem.
- Wsypałeś nas - stwierdziłam, a on wzruszył ramionami.
- Wcale nie musiałem. Twój wspólnik chciał zamordować Diannę. A teraz sam wącha kwiatki od spodu.
Zamarłam. Nie możliwe. Przecież obiecał trzymać się planu i...
- Nie żyje? - wyszeptałam.
- Nie, został florystą - przewróciłam oczami.
- Co tutaj robisz?
- Niektórzy chcieliby poznać prawdę, a ja nie zamierzam jej ujawniać.
- Dlaczego? Pochwal się, jakim genialnym informatorem byłeś dzięki głupocie mojej kuzynki.
- Dzięki - powiedziała sucho Ruby, a ja wzniosłam oczy ku niebu.
- Zaczyna się.
- Nic się nie zaczyna, Jade. Wszystko się dla ciebie kończy. Nie masz już rodziny, nie masz już przyjaciół. Nie masz nawet Caluma. Nikt cię tu nie chce, wiesz?
Odwróciłam się,  próbując odgonić łzy.
- Chcesz znać prawdę? W porządku.
---
- Dianna zamieszkała z Ashtonem, a Calum nie chciał mnie znać. Znalazł sobie jakąś inną, której nawet nigdy nie poznałam. Wtedy chciałam wrócić do tej formy szantażu, ale Ash nie. Był szczęśliwy z Dianną i nie chciał tego psuć. Wtedy wrócił Michael, a Di zaczęła zachowywać się dziwnie. Ashton poczuł się zagrożony, a kiedy dowiedział się, że Dianna idzie na bal z Mike'iem, zgodził się na moją propozycję. Calum zapytał mnie kilka dni wcześniej, czy to ja będę mu towarzyszyć, ale wiedziałam, że chce tylko przyjaźni. Znaleźliśmy kogoś, kto nienawidził ich obojga tak mocno, jak my. Elenę. Nie mogła znieść córki kochającej psychola. Zaplanowaliśmy cały system: Tina, Tamara, Ruby, Tristan, Dianna i Michael. To wszystko, żeby oboje mogli jedynie patrzeć, jak umierają ich najbliżsi. Kiedy Calum uciekł, wiedziałam, że to koniec. Że prędzej czy później nas znajdą. I tak się stało. A teraz ja tkwię tutaj, a Ashton nie żyje. Nie było warto - przyznałam.
- A co z Tristanem? - spytała Ruby. - Co on ma wspólnego z tym wszystkim?
- Był naszą wtyką. Przyjaźnił się z tobą tylko dla informacji. Przynajmniej na początku. Potem stwierdził, że naprawdę zależy mu na twojej przyjaźni.
Ruby odsunęła się szybko od Tristana na bezpieczną odległość, jednak tego nie skomentowała.
- Podobno nie mieliście zabijać Caluma.
- Nie. To moja zachcianka. Niech cierpi, skoro mnie oszukał i ze mną pogrywał. Potem dowiedziałam się, że Calum jest w szpitalu, a teraz jestem tutaj - zastukałam w kratę i uśmiechnęłam się gorzko. - Jedzenie jest ohydne.
- Wiesz, co powiedział Michaelowi? Że byłaś jedyną dziewczyną, którą kiedykolwiek kochał.
To zabolało, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Ups - wzruszyłam ramionami i pomachałam im ostentacyjnie.
Zrozumieli aluzję i odeszli.
I w ten sposób kończy się nasza historia.
Dianna i Michael są w związku i mieszkają razem. Jego mieszkanie zostało już wyremontowane, a pokój gościnny przerobiony na sypialnię Di. Mike niedługo wyjeżdża do college'u, ale oboje mają się dobrze. Ona szuka pracy, żeby utrzymywać się bez pomocy Michaela. Wcześniej robił do Ashton.
Tristan i Ruby są najlepszymi przyjaciółmi. Rubs wybaczyła Trisowi po tym, jak wyjaśnił jej całą zaistniałą sytuację. Ostatnio często imprezują z Tamarą i Benem, który ostatnio znowu zaczął interesować się Rubs.
Elena została zamknięta do tego samego więzienia co ja i czasami widzimy się na obchodach. Twierdzi, że nie żałuje.
Tina i Ashton nie żyją. Zostali pochowani po przeciwnych stronach cmentarza, żeby Tina nie czuła się znieważona jego obecnością w jej pośmiertnym życiu. Żenada.
Skąd wiem to wszystko, skoro jestem wiecznie zamknięta? Ktoś jednak nadal mnie odwiedza.
Calum wyzdrowiał. Przychodzi co jakiś czas, ale zawsze patrzy na mnie z pogardą i jedynie mówi mi, jak szczęśliwi są nasi... jego przyjaciele.
Bo ja gniję w kiciu i będę w nim gnić jeszcze przynajmniej czternaście lat.
Jak widać, nie wszystkie historie kończą się happy-endem. Włączając w to moją.

KONIEC

-----------------
CZY WY TO CZUJECIE

koniec Letters
czujecie to?
bo ja nie
okej
zaczęłam tego fanfica jakieś kurczę kilka dni temu, a tutaj koniec
omg
chciałabym podziękować:
* wszystkim, którzy pomogli mi ułożyć fabułę (aka Marcysi, Kornelii, Karolinie, Ali, Eli i Krzysi)
* wszystkim roleplayer'om - naprawdę mi pomogliście, bo dzięki wam natchnienie do pisania przychodziło samo
* wszystkim komentującym - dzięki wam Letters dotarło do końca!
* wszystkim gwiazdkującym, czyli leniuchom, którym się nie chce komentować, lel XD
* wszystkim piszącym w hashtagu (btw. zapraszam do napisania w nim po raz ostatni, bo hash do drugiej części będzie inny) - mój banan w momencie czytania waszego jarania się/płakania/krzyczenia/wtfnięcia/innych to po prostu życie
* wszystkim, którzy czytali, ale przestali - to też się dla mnie liczy
I PRZEDE WSZYSTKIM
* wszystkim WAM, którzy dotrwali do samego końca i przeczytali ostatni rozdział Letters!

nie, nie będzie epilogu
ALE BĘDZIE DRUGA CZĘŚĆ, PAMIĘTAJCIE
DON'T PANIC
dodatkowo chciałabym wymienić w notatce Krzysię (@irwinxangelx) i Sylwię (@nakedcolumn, nie pamiętam twojego nowego usera, pf), bo was lubię, lmao XD

Odpowiem na wszystkie pytania :)

PO RAZ OSTATNI W TEJ KSIĄŻCE,
PO RAZ OSTATNI W LETTERS,
PO RAZ OSTATNI...

autorka

poniedziałek, 22 września 2014

14

PRZEŻYWAJCIE ROZDZIAŁ W HASHTAGU - W JEDNEJ KARCIE OTWARTY ROZDZIAŁ LETTERS, A W DRUGIEJ TWITTER - NAPRAWDĘ MI ZALEŻY
I HALO, TO MASTER CHAPTER, CHYBA MI SIĘ NALEŻY CNIE



Ruby's POV
- Wiesz, naprawdę dobrze się dzisiaj bawiłam - przyznałam i uśmiechnęłam się do Trisa, który wydawał się promienieć z radości.
- Ja też. Zapomniałem o tym wszystkim, co się dzieje.
- Zamierzasz im powiedzieć, że wiesz?
Tristan przygryzł wargę i spojrzał na mnie z niepewnością. Wiedziałam, że to jedyne, o czym marzył, ale nie mógł tego zrobić, nie mógł ich martwić. Przynajmniej według niego.
- Słuchaj, trwa postępowanie na policji, a twoje informacje dużo pomogą, okej? Musisz im powiedzieć.
Chłopak westchnął, a ja jęknęłam.
- Chodź tutaj - wzięłam go w objęcia i nic więcej nie mówiłam.
- Ruby, może to tylko moje podejrzenia? Wiesz, Tina była mi bliska i w ogóle, ale może to zrobił ktoś zupełnie inny? Ktoś, kogo nawet nie podejrzewam?
- Jak ja? - rzuciłam, a on przewrócił oczami.
- Oczywiście, że nie ty. Ale może to była Dianna w swojej własnej osobie? Rubs, ja już naprawdę nie wiem...
- Ale nie zaszkodzi się z nimi podzielić tym, co myślisz. Nieprawda?
- Prawda - skinął, a ja uśmiechnęłam się lekko. - Dlaczego zawsze musisz mieć rację?
- Tak to już jest z nami geniuszami - zaśmiałam się, a on pokręcił głową z niedowierzaniem.
Dianna's POV
- Dianna, musicie... - wychrypiał, ale zignorowałam go i już zaczęłam dzwonić po karetkę. - Musicie uciekać...
- Och, zamknij się, Hood. Ratuję ci dupę - mruknęłam i wsłuchiwałam się w irytujące pikanie po drugiej stronie słuchawki.
- Boże, naprawdę, Di? Która karetka przyjedzie ci na dach cholernego wieżowca?! - krzyczał zdenerwowany Michael. Chodził w jedną i w drugą stronę szukając wszystkiego, co nada się na opatrunek, bo ten, który obecnie miał na sobie Calum, zdążył już przesiąknąć krwią.
- Nie wiem, co mam zro... - przerwałam, kiedy ktoś wyrwał mi telefon. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się z sercem na ramieniu. - Mama? - wyszeptałam z niedowierzaniem. Jaja sobie chyba ze mnie robicie.
- Cześć, Dianno. Och, i cześć, Michael! Kopę lat! - wyrzuciła rękę w górę w entuzjastycznym geście, a potem wybuchnęła śmiechem. Naprawdę dużo kosztowało mnie wtedy, żeby jej nie spoliczkować.
- Co ty tutaj robisz? - syknęłam, a ona gwałtownie wciągnęła powietrze i wypuściła je powoli, formując ten sam diaboliczny uśmieszek, co zwykle. Uh.
- Co TY tutaj robisz, Dianno? Psujesz mój misterny plan...
- Daruj sobie. Zabiłaś Luke'a i Tinę? - wyrzuciłam bez skrupułów, a ona spojrzała na mnie urażona.
- Jak możesz mnie o to oskarżać... Czekaj, Tinę? - powiedziała bez tchu. - Pielęgniarkę?
- Nie, cholera, tęczowego kosmonautę pracującego w kopalni. Rusz głową, Elena! - krzyknęłam. Mama wyglądała, jakby zobaczyła ducha. Nigdy wcześniej nie powiedziałam do niej po imieniu.
- Nie wiedziałam, że ją zabili. Nie mieli jej zabijać, cholera - powiedziała szybko, a ja otworzyłam szeroko oczy.
- Jak to "nie mieli jej zabijać"? Oni?
- Jest ich dwoje - przyznała, a ja zacisnęłam dłonie w pięści. Tyle już wiemy. - Ale nie mogę ci powiedzieć, kim są. Zostałam zobowiązana.
Wtedy już nic mnie nie powstrzymywało. Spoliczkowałam ją tak mocno, jak tylko potrafiłam. Mama skuliła się i zaczęła masować obolały policzek. Szkoda, że to już nie była mama.
Cholera.
- Dianna, nie chcę wam przerywać - odezwał się Michael, który owijał sporym kawałkiem swojej koszulki ranę Caluma. - Ale chyba trzeba mu pomóc.
- Masz komórkę? Zadzwonię po karetkę. Zniesiemy go na dół do niej.
- Padła - skrzywił się.
- Oddaj mi telefon - rzuciłam głosem przepełnionym jadem w stronę Eleny. Nadal kucała i wydawało się, że płacze.
- Wydaje mi się, że nie mogę tego zrobić.
Och, więc tylko mi się wydawało.
- Oddaj. Mój. Pieprzony. Telefon.
- Nadal jestem twoją matką, Dianno. Wyrażaj się.
- Przestałaś nią być, kiedy wyrzuciłaś mnie z mojego własnego domu! - wrzasnęłam i odwróciłam się, odchodząc od tego wszystkiego.
Miałam dość.
Podeszłam do krawędzi i spojrzałam w dół. Daleko. Wyciągnęłam mój przetrwańczy zestaw, który nosiłam w kieszeni tylko na nagłe wypadki - pojedynczy papieros i zapalniczka. Sprawnym ruchem odpaliłam końcówkę i zaciągnęłam się, czując, jak mój organizm się rozluźnia. Obiecałam sobie dawno temu, dzień przed wyborem sukienki, że nie będę paliła do balu. A od tamtej pory minęło już tyle czasu...
- Daj mi - powiedział Michael, który niespodziewanie pojawił się koło mnie. Podałam mu papierosa, a on po chwili przypatrywania się mu, wypuścił go i pozwolił mu spaść. Nie zwrócił uwagi na ludzi idących pod nami, na ruchliwe Los Angeles pod naszymi stopami. Nie pomyślał, że ten papieros mógł kogoś podpalić, wywołać pożar, poparzyć.
- Dlaczego to zrobiłeś? - wyszeptałam.
- Nie mogę stracić też ciebie, okej? Wiem, że robiłaś to dwa lata temu, ale nie myślałem, że nadal. Przestań - zarządził i odszedł, zostawiając mnie samą.
Jeszcze raz spojrzałam w dół, rozważając opcję skoku, jednak pokręciłam głową i z drżącym oddechem wróciłam do Caluma, Eleny i Michaela.
- Okej, wyrażę się po raz ostatni - wycelowałam palec w matkę. - On potrzebuje pomocy lekarza. Jest naprawdę ranny.
- Jeśli nie dowiedzą się, że umarł, wrócą po więcej. Dlatego go tu przyniosłam - oświadczyła Elena.
- Kto wróci po więcej? - próbowałam ją podejść.
- Przestań Dianna, nie urodziłam się wczoraj.
Przyłapałam się na myśli, że po raz drugi w ciągu kilku minut ktoś powiedział mi, żebym przestała.
- Idę na dół - zakomunikowałam Michaelowi, a on skinął.
Otworzyłam szybko drzwi prowadzące do klatki schodowej i wind, i równie szybko zostały one zamknięte tuż przed moim nosem.
- Nie pozwolę ci na to - warknęła Elena, a ja w przypływie adrenaliny mocno kopnęłam ją w nogę. Zwinęła się na ziemię z jękiem, więc szybko wypadłam przez drzwi i pobiegłam do windy modląc się, żebym zdążyła dojechać do recepcji przed nią.
- No dalej, otwórz się...
Zadzwonił ten irytujący dzwoneczek, a ja wpadłam do środka i natychmiast wcisnęłam przycisk parteru. Kiedy drzwi się zamykały, zobaczyłam biegnącą w moją stronę Elenę, ale nie zdążyła.
Ruby's POV
- Może zadzwoń jeszcze raz? - zasugerowałam, a on potrząsnął głową.
- Musi mieć wyłączony telefon, bo przekierowuje mnie od razu na sekretarkę.
- Och, cholera! Dlaczego akurat dzisiaj nie wzięłam ze sobą telefonu? - mruknęłam i kopnęłam jakiś kamyk, który leżał mi na drodze.
- Może to sygnał, że mam im nie mówić?
- Och, przestań pieprzyć, Tristan.
- Więc co mam zrobić?
Zmarszczyłam brwi.
- Możemy pójść do mieszkania Michaela albo Dianny...?
Tristan wzruszył ramionami.
- Czemu nie?
Dianna's POV
- Tak, jest na dachu!
- W porządku, już dzwonię. Rana postrzałowa czy kłuta? - spytała ta irytująca recepcjonistka, a ja miałam ochotę ją przytulić. Krzesłem. W twarz.
- Cholera jasna, kobieto, tam wykrwawia się człowiek, a ty mnie pytasz, jaka to rana? Czy ja ci wyglądam na pieprzonego anestezjologa?!
- Może, gdyby założyć pani fartuch...
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - spojrzałam na nią z niedowierzaniem, więc tylko spuściła głowę i wykręciła odpowiedni numer. Westchnęłam zirytowana i pokręciłam głową, tupiąc niecierpliwie nogą.
- Myślałaś, że tak szybko się mnie pozbędziesz? - powiedziała Elena wychodząc z windy. Zerknęłam na recepcjonistkę, żeby upewnić się, że rozmawiała już z pogotowiem. Rozmawiała. Uśmiechnęłam się i rzuciłam matce zwycięskie spojrzenie. - I co potem? Wiesz, kogo potem zamordują? Nie wiedziałam, że zamierzają zabić Tinę, więc równie dobrze mogą zrobić to samo z kolejną osobą. Może to będzie Ruby? Albo Michael?
- Zamknij się! Po prostu się zamknij!
- Już jadą, proszę pani - usłyszałam recepcjonistkę, więc rzuciłam się do windy, żeby pojechać na górę.
- Nie będzie kolejnego razu - syknęłam, a Elena westchnęła.
- Mam nadzieję, że masz rację.
---
Znieśliśmy Caluma, który stracił przytomność w windzie, do sanitariuszy czekających na parterze. Od razu zapakowali go do karetki i odjechali na sygnale. Westchnęłam przeciągle i oparłam głowę o ramię Michaela, który objął mnie ramionami. Elena zniknęła zanim wróciliśmy. Może to i dobrze.
Kiedy wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w bliżej nieokreślonym kierunku, a cisza stała się niekomfortowa, podjęłam rozmowę.
- Czemu to wszystko jest takie pokręcone, co?
- Żebym to ja wiedział, Di. Żebym to ja wiedział... Jak się czujesz po spotkaniu z mamą?
- Nie gorzej, niż bym się spodziewała, ale wolałabym tego uniknąć.
- Co zamierzasz zrobić teraz?
- Chyba wrócę do domu, już ciemno - zauważyłam, a on skinął i złapał moją rękę.
- Powinnaś się przespać. To wszystko naprawdę nie wpływa na ciebie dobrze.
Michael odprowadził mnie pod samiutkie drzwi, upewniając się, że nic mi nie grozi. Pocałował moje czoło i uśmiechnął się pocieszająco, po czym odszedł. Stałam przez chwilę przed kamienicą i patrzyłam na jego oddalającą się sylwetkę, całą napiętą. Wydarzenia ostatnich tygodni odbiły się nie tylko na mnie, ale i na nim.
Pokręciłam głową i weszłam do mieszkania.
Michael's POV
Powiedziałem jej, że tak jak ona pójdę do domu, jednak udałem się do szpitala. Dowiem się, kto go zranił, kto zabił Luke'a i Tinę, kto śledził Tamarę. Nie chciałem jej powiedzieć, bo upierałaby się, żeby iść ze mną.
Popchnąłem szklane drzwi i podszedłem do recepcjonistki.
- Moje nazwisko Hood, przyszedłem do Caluma Hooda.
- A pan jest...?
- Bratem.
Oh, jestem taki genialny.
- Zaraz spytam, czy można go odwiedzić. - pobiegła do doktora, który podszedł do mnie i podał mi rękę. Zignorowałem ją.
- Obudził się?
- Pół godziny temu. Został już opatrzony, na szczęście rana była kłuta, więc nie musieliśmy szukać w jego organizmie ciał obcych tak jak w przypadku postrzałowej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to Calum dojdzie do siebie w przeciągu dwóch tygodni.
- Mogę go odwiedzić?
- Jest wycieńczony...
- To naprawdę ważne. Muszę wiedzieć, kto to zrobił. Myślę, że to ludzie, którzy już są podejrzani o dwa morderstwa.
Lekarz westchnął i rzucił mi pouczające spojrzenie.
- Pięć minut.
- I ani chwili dłużej - obiecałem.
- Trzecie drzwi, pierwsze piętro, po lewej stronie.
- Dziękuję - rzuciłem w biegu i chwilę później wszedłem po cichu do sali. Calum był podpięty do tego wszystkiego, te linki, igły, parametry...
Zadrżałem.
- Hej - powiedziałem cicho, a on przeniósł swój wzrok na mnie.
- Cześć.
- Słuchaj, wiem, że to nie odpowiedni moment, ale musisz mi powiedzieć, kto to był.
Hood odwrócił głowę w stronę ściany i mruknął:
- Nie mogę jej tego zrobić.
- Jej? Calum, wiesz, że zatajenie informacji dotyczących śledztwa jest karalne - powiedziałem ostro, a on spojrzał mi w oczy.
- Posłuchaj sobie, Michaelu Gordonie Cliffordzie. Masz sobie Diannę, razem będziecie szczęśliwi, a ona urodzi wam gromadkę rudych dzieci, które szybko wyłysieją przez gen od strony ojca. Ale ja tak nie mogę, wiesz? Jedyna dziewczyna, na której kiedykolwiek mi zależało, którą naprawdę kochałem, jest mordercą, rozumiesz to? Chciała mnie zabić, strzeliła do mnie, ale chybiła. To on mnie przebił. Ale kiedy myśleli, że umarłem, zostawili mnie. A ja uciekłem.
- Kto to był, Hood? Proszę, powiedz mi.
- To Jade - wyszeptał, a ja otworzyłem szeroko oczy.
- Nie może być. Dianna mówiła, że była bliska płaczu, kiedy usłyszała, że najprawdopodobniej nie żyjesz.
Calum uśmiechnął się krzywo.
- Jest niesamowitą aktorką. Uwierzyłem nawet, że mnie kochała, więc taka rola to dla niej nie problem.
- A on? Kim on był?
- Wściekniesz się, Mike. - powiedział cicho, a ja przewróciłem oczami. I tak już byłem wściekły.
- Po prostu mi powiedz.
Calum przełknął głośno ślinę.
Dianna's POV
- Ash? Jesteś? - spytałam ściągając buty i odkładając torebkę na małym stoliku koło drzwi.
- W sypialni! - usłyszałam w odpowiedzi.
Weszłam do jego pokoju, który, niespodzianka, miał więcej wspólnego z polem walki po III Wojnie Światowej, i usiadłam na łóżku. Właśnie grał w fifę i wolałam mu nie przeszkadzać, więc siedziałam cicho. I to on podjął rozmowę.
- Co jest, mała?
- Nie wiem, Ashton. Już sama nie wiem - pokręciłam głową. Ash spojrzał na mnie kątem oka i zatrzymał grę.
- Połóż się - powiedział, a ja wykonałam polecenie. Po chwili ułożył się tuż obok mnie i przytulił do swojego boku. - Teraz powiedz, co ci siedzi w głowie.
- Pamiętasz, że Luke został zamordowany, prawda?
- A nie popełnił samobójstwa?
- To długa historia - westchnęłam, a on ścisnął moją dłoń, jakby pokazując, że rozumie. - Ci sami ludzie zabili Tinę, pielęgniarkę z naszej szkoły.
Ash spiął się po moich słowach.
- I myślałam, że Caluma, chłopaka Jade też...
- Oni nie są razem - rzucił, a ja spojrzałam na niego z wyraźnym pytaniem w oczach. - Mówiłaś, że ciągle upierają się, że są tylko przyjaciółmi.
- Mniejsza - przewróciłam oczami. - Znaleźliśmy go rannego dzisiaj z Michaelem, na dachu wieżowca. I wiesz, kto go tam przyniósł? Moja matka.
- Woah woah woah. Jak to? Czy ona nie...?
- Tak, ona tak. I za wszelką cenę nie chciała, żeby przyjechała po niego karetka.
- Dlaczego?
- Mówiła coś o tym, że oni znajdą inną ofiarę i że może to być ktoś cenniejszy dla mnie niż on... Ash, ja już naprawdę nie mogę - wyszeptałam, a on objął mnie ciaśniej.
- Powinnaś się przespać - stwierdził.
O, ironio, że mój drugi chłopak powiedział to samo, wtrąciła moja irytująca podświadomość.
- Zaśpiewaj mi.
- Co? - zdziwił się.
- Zaśpiewaj mi coś do snu.
- Może być coś, czego nie znasz?
- Cokolwiek - wyszeptałam i poczułam, że skinął głową.
- Życie może być takie trudne by oddychać, kiedy jesteś zamknięta w pudełku
Czekasz na wolność aż przybędzie, zawsze przychodzi za późno
Jesteś na krawędzi, gubiąc się i droga zaczyna kołysać
Za każdym razem gdy strona się odwraca, jest szansa by to naprawić.
Wsłuchiwałam się w jego kojący głos, tak jak kilka godzin temu w głos Michaela. Moje powieki zrobiły się ciężkie i postanowiłam je zamknąć. Oddychałam spokojnie.
- Och, Słońce wzejdzie jak zapłoną płomienie...
Mogłabym być w tych ramionach zaw...
- We're not done 'till we say it's over. - wyszeptał, a ja wstrzymałam oddech nagle rozbudzona.
Niemożliwe. Nie.
Wszyscy, każdy człowiek na całym świecie, tylko nie on.
Nie chłopak, który piecze mi ciastka bez okazji.
Nie chłopak, który całował moje blizny.
Nie chłopak, który byłby w stanie oddać mi wszystko, co miał, żebym tylko była szczęśliwa.
Nie Ashton.
- Żegnaj, Dianno. - powiedział, a ja usłyszałam dźwięk noża obijającego się o coś metalowego. Co, do...
Cholera jasna!
Zaczęłam się szarpać, a on zacieśnił uścisk na mojej talii. Nawet w ciemności widziałam ostrze w jego ręce wiszące tuż nad moim sercem.
- Stój! - ktoś krzyknął i po chwili usłyszałam strzał pistoletu. Michael!
Ręka Ashtona omsknęła się i nóż spadł na moją twarz, przecinając mój policzek. Krzyknęłam z bólu. Przerażony puścił mnie, więc sturlałam się z łóżka i wpadłam pod nie, kurczowo trzymając się desek, żeby nie mógł mnie stamtąd wyciągnąć. Bałam się oddychać, jakbym za wszelką cenę nie chciała, żeby mnie usłyszał. Zamknęłam oczy i zaczęłam modlić się w duchu. Jeszcze nie dzisiaj, proszę, jeszcze nie chcę umierać...
- Spodziewałem się po tobie czegoś więcej, Ashton. Nie byłeś taki - rzucił Michael i po chwili padł drugi strzał.
Usłyszałam głuchy łoskot upadającego ciała Irwina i po chwili poczułam pod sobą coś mokrego. Jego krew spływała po panelach i dotarła aż do mnie. Natychmiast wyskoczyłam spod łóżka jego drugą stroną i podbiegłam do Michaela, rzucając mu się w objęcia. Dałam upust emocjom. Płakałam, a moje słone łzy dostawały się do otwartej rany na policzku. To jednak nie bolało tak mocno, jak uczucie zdrady, którego doznałam przed chwilą. Ufałam mu. Cholera, ufałam mu.
- Kto jeszcze? - wyszeptałam drżącym głosem, nadal go nie puszczając. Szlochałam tak głośno, że myślałam nawet, że mnie nie usłyszał.
- Jade.
Zapłakałam gorzko i uścisnęłam go jeszcze mocniej, o ile było to możliwe.
- Ćśś... - pogłaskał mnie po głowie i zaczął się bawić moimi włosami. - Już po wszystkim, Dianna.
Już po wszystkim, powtórzyłam w głowie.
Teraz będzie tylko lepiej.
------------------------------
OH, TAK, WSZYSCY ZGADLI ASHTONA, ALE NIKT NAWET NIE POMYŚLAŁ O JADE.
N I K T
ROZUMIECIE TO?
NIKT.
mamy nawet Elenę, cóż za zaszczyt, fiu fiu
Przed nami ostatni rozdział Letters!
Jezus maria, czy tylko ja się tak trzęsę na tę myśl?
Chyba tak, lmao XD
po rozdziale piętnastym wszystko się wyjaśni i będziecie wiedzieli już o co kaman, jakie były motywy itede itepe
CZYTASZ = KOMENTUJESZ, BO TO BARDZO DŁUGI ROZDZIAŁ I WYMAGAŁ ODE MNIE NIESAMOWICIE DUŻO WYSIŁKU
see ya, mother fuckers

joł, Wifi taka gangsta XDD

tsa

wtorek, 16 września 2014

13

SPAMUJEMY W HASHTAGU #LETTERSFF, BO IM WIĘCEJ BĘDZIECIE SPAMOWAĆ, TYM SZYBCIEJ DODAM ROZDZIAŁ 14

CZYTASZ = KOMENTUJESZwow, ja i szantaż

Michael's POV

Wróciliśmy do domu z roztrzęsioną Tamarą. Dianna ciągle szemrała coś pod nosem o uzależnieniach i przymusie, jednak niewiele z tego zrozumiałem, więc postanowiłem nie wnikać. Tam zaś próbowała opowiedzieć nam, jak wyglądał mężczyzna, który ją śledził, jednak na próżno. Zawsze to wszystko opuszczało jej usta tak nieskładnie, że ani ja, ani Di nie mogliśmy zrozumieć, o co tak właściwie jej chodzi.

- Może zrobię ci herbatę? - zaproponowała w końcu Dianna, a Tammy westchnęła i rzuciła się plecami na łóżko.

- Jestem beznadziejna.

- Co? Dlaczego? - podszedłem do niej i usiadłem obok. Wyglądała inaczej niż Tamara, którą znałem. Ta była wypluta z energii, smutna, miała worki pod oczami. Wycieńczona jak nigdy. Cholera.

- Nie wiem, ja... - urwała nagle i spojrzała mi w oczy. - Michael, czy ty w końcu wiesz, kto zapłacił twoją kaucję?

- Ja... Nie. Tamara, przerażasz mnie, o co chodzi?

- To był Ashton.

- Czekaj. Znałeś Ashtona wcześniej? - Dianna, która nadal stała w progu, zmarszczyła brwi.

- Nie zawsze był z tobą tak szczery, jak myślisz. - wzruszyłem ramionami. - Powiedzmy, że miał interesy z, umm... - Cholera, nie powiem jej przecież, że z Calumem! - Z moim kumplem.

- Jakim kump...

- Mogę tą herbatę? Źle się czuję... - przerwała jej Tamara, a ja posłałem jej wdzięczne spojrzenie.

- Umm... Tak, jasne. Tak - Di wyszła i po chwili usłyszeliśmy dźwięk otwieranych szafek i gotującą się wodę w czajniku.

- Jak to Ashton?! - zapytałem tym charakterystycznym, teatralnym szeptem.

- No Ashton. Spiknęłam się kilka razy z dziewczyną, której ojciec był mundurowym. Włamała się do akt. - usiadła i skrzyżowała nogi. - Nie wiem, dlaczego, ale zamierzam się dowiedzieć.

Nie ty jedna, Tam. Nie ty jedna.

---

- I co? - spytała Dianna, kiedy wreszcie wyszliśmy z mieszkania i postanowiliśmy się przejść.

- Co co?

- Czegoś się dowiedziałeś?

- Nic, czego byśmy dotąd nie wiedzieli - kaptur, zacieniona twarz, szybki krok.

- Myślisz, że wróci? - spytała cicho, a ja wzruszyłem ramionami.

Spojrzałem na nią z góry i pomyślałem o tym, jak daleko od siebie nawzajem byliśmy zaledwie kilka miesięcy temu. Teraz zwierzamy się sobie ze swoich sekretów, ufamy sobie wzajemnie. Kochałem ją cały czas, ona mnie chyba też, ale musiała sobie to uświadomić.

- Wróćmy na chwilę, Dianna - rzuciłem i zawróciłem, a ona zmarszczyła brwi i rzuciła mi pytające spojrzenie. - Wezmę gitarę i zabiorę cię w takie jedno miejsce - uśmiechnąłem się.

- W porządku.

Tak więc zrobiliśmy - zabrałem Gertrudę (Tamara wybrała to imię, żeby było jasne), ulotniłem się cicho z mieszkania i dołączyłem do Di, która czekała na mnie przed kamienicą.

- To co? Gdzie idziemy? - spytała.

- Niespodzianka.

Przeszliśmy przez ulicę i podeszliśmy do wysokiego budynku. Otworzyłem przed nią drzwi i sam wszedłem. Wcisnąłem przycisk windy i gestem ręki pokazałem Di, żeby poszła za mną. Wcisnąłem guzik z numerem 29, który zawieźć miał nas na najwyższe piętro. W windzie panowało niesamowite napięcie, nie mogłem temu zaprzeczyć. I cholernie nie podobało mi się, że nie mogłem nic z tym zrobić. Chociaż...

- Michael, cz...

Przywarłem do niej całym ciałem, przyciskając ją do ściany. Wzięła urywany oddech i pocałowała mnie łapczywie. Uśmiechnąłem się lekko i położyłem dłonie po obu stronach jej głowy. Ona swoje palce wplotła w moje włosy.

- Lubię, kiedy przejmujesz kontrolę - wyszeptałem i zjechałem pocałunkami w dół jej szyi. Dianna pisnęła cicho i w tym momencie zadzwonił ten irytujący dzwoneczek, który oznajmił nam, że jesteśmy na miejscu.

- Zjadam cię - uśmiechnęła się i złapała mnie za rękę. I, o matko, jeśli to nie była najsłodsza rzecz na świecie, to nie wiem, co nią jest. Jestem takim mięczakiem.

Pokręciłem głową i pociągnąłem ją za rękę.

Dianna's POV

Kiedy wchodziliśmy po schodach, już wiedziałam, że zmierzamy na dach. Oh, to takie banalne, a jednocześnie takie oryginalne.

Michael otworzył metalowe drzwi. Zimny powiew wiatru sprawił, że zadrżałam, więc podał mi swoją kurtkę, którą przyjęłam z wdzięcznością. Podeszliśmy do krawędzi budynku i usiedliśmy tak, że nasze nogi zwisały nad jedną z ruchliwych ulic Los Angeles. Było już ciemno, gwiazdy świeciły mocno na niebie, a moje serce biło jak szalone przez pewnego białowłosego chłopaka po mojej lewej stronie.

Mike chwycił gitarę i wyjął ją z pokrowca razem z kapodasterem i kostką. Sprawdził szybko, czy instrument jest nastrojony i zaczął grać, patrząc mi w oczy. Bez zbędnych słów. Tylko gra i jego śpiew.

- I may say it was your fault because I know you could have done more...*

Wybuchnęłam śmiechem i pokręciłam głową z niedowierzaniem. On potrafił zepsuć naprawdę każdy romantyczny moment.

- Oh, you're so naive yet so - zaśpiewałam razem z nim, a on się uśmiechnął.

Skończyliśmy całą piosenkę, śmiejąc się i wtórując sobie nawzajem. Westchnęłam i oparłam głowę o jego ramię.

- Teraz coś ładnego, poproszę.

- To nie było ładne? - oburzył się, a ja zachichotałam.

- Okej, okej. Już gram.

Na początku nie rozpoznałam piosenki, ale kiedy zaczął śpiewać, uśmiechnęłam się i poprawiłam się na jego barku.

- The front pages are your pictures, they make you look so small...**

Miał taki idealny głos. Nie mogłam się mu oprzeć pod żadnym względem. I, cholera, tak mocno go kochałam.

- Diana, let me be the one to light a fire inside your eyes.

- You don't know me, you don't even know me...

- But I can hear you crying.

Uwielbiałam z nim śpiewać. To był ten moment, kiedy nie wstydziłam się tego, jak brzmię, czy tego, że może nie do końca znam tekst. Jego i tak to nie obchodziło.

Zagrał ostatnie akordy i już miał odstawić gitarę, kiedy złapałam jego rękę.

- Jeszcze jedną. Ostatnią. Taką od serca.

Mike spojrzał na mnie z wahaniem i westchnął.

- Jest taka jedna, sam ją napisałem...

- To na co jeszcze czekasz? Chcę ją usłyszeć!

- Um... No dobra. Niech będzie. Ale powstała dwa lata temu, kiedy jeszcze Luke...

- Po prostu graj - pokręciłam głową.

Wsłuchiwałam się w tekst i zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie kiedyś naprawdę musiałam go ranić tym, że byłam z Luke'iem.

Tej nocy znikamy szybko

Ja tylko chciałem sprawić, że to przetrwa

Gdybym mógł powiedzieć słowa, które chcę powiedzieć

Znalazłbym sposób byś została

Nigdy nie pozwoliłbym ci odejść

Złapałbym cię we wszystkich grach, w które graliśmy

Idź śmiało, rozerwij mi moje serce, pokaż mi o co chodzi w miłości

Idź śmiało, rozerwij mi moje serce, bo przecież o to chodzi w miłości

Chcę żebyś pragnęła mnie w ten sposób

I potrzebuję żebyś potrzebowała mnie bym został

Jeśli powiesz, że nic nie czujesz

Jeśli nie wiesz...

Pozwól mi odejść.

Jeśli nie wiesz po prostu pozwól mi odejść.

Zapomnijmy o przeszłości

Przyrzekam, sprawimy, że to przetrwa

Bo pamiętam smak twojej skóry dziś w nocy

I sposób, w jaki na mnie patrzyłaś, miałaś te oczy

Pamiętam w jaki sposób czułaś się w środku

I tytuły piosenek, które doprowadzały cię do płaczu

Krzyczałabyś, walczylibyśmy

Nazwałabyś mnie szalonym, ja śmiałbym się

Byłaś zła, ale zawsze mnie przytulałaś

I koszulę, którą ty zawsze pożyczałaś

Kiedy się obudziłem zniknęła, nie było jutra.

Idź śmiało, rozerwij moje serce

Jeśli myślisz, że o to chodzi w miłości

Idź śmiało, rozerwij moje serce

Chcę żebyś pragnęła mnie w ten sposób

I potrzebuję żebyś potrzebowała mnie bym został

Jeśli powiesz, że nic nie czujesz

Jeśli nie wiesz...

Pozwól mi odejść.

Jeśli nie wiesz po prostu pozwól mi odejść

- Mike, ja... - odsunęłam się od niego, jednak mi przerwał.

- Nic nie mów, Di. Nic nie mów. Jesteś teraz ze mną, tylko to się liczy. Zapomnijmy o przeszłości, słyszałaś? - spojrzał na mnie, a ja skinęłam i znowu się do niego przytuliłam, bo to wydawało się takie odpowiednie.

- Jesteś dla mnie bardzo ważna, wiesz?

- Wiem. Ty dla mnie też. Sprawiasz, że zapominam o tym całym gównie związanym z Luke'iem, Tiną i Calumem.

- To chyba dobrze?

- Bardzo dobrze.

- Myślisz, że...

Coś poruszyło się głośno za naszymi plecami.

- O matko, co to było? - pisnęłam przerażona, przylegając do Michaela jeszcze ciaśniej.

- Nie mam pojęcia.

Wtedy ktoś wychrypiał cicho, jakby ostatkiem sił:

- Pomocy...

Wstałam i pobiegłam za głosem, o mało nie potykając się o ciało na ziemi. Mężczyzna leżał na brzuchu i nawet w takiej ciemności mogłam zobaczyć plamę krwi na jego plecach. Odwróciłam go tak, żeby zobaczyć jego twarz i krzyknęłam przerażona. Michael podszedł do mnie z telefonem, oświetlając ciało i sprawiając, że zbladłam jeszcze bardziej i osunęłam się na kolana.

Niemożliwe.

- Calum? - wyszeptałam.

------------

OKEEEEEJ, KTO SIĘ SPODZIEWAŁ TAKIEGO OBROTU SPRAW, HĘ?

no dobra, połowa z was pewnie tak, lel XD

JAKO ŻE kalóm hód żyje, to już naprawdę, naprawdę niedługo (aka w następnym rozdziale) poznamy morderców!

2 rozdziały do końca! :D

czwartek, 11 września 2014

12

PRZECZYTAŁEŚ = KOMENTUJESZ
LUB
PRZECZYTAŁEŚ = PISZESZ W HASHTAGU #LETTERSFF
+ PRZECZYTAJ NOTATKĘ
Od śmierci Caluma postanowiliśmy zacząć działać. Rodzina Hoodów została poinformowana o jego najprawdopodobniejszym zgonie, a policja już wszczęła poszukiwania ciała, którego na Marvin już nie było. I, tak, w końcu zgłosiliśmy sprawę.
- Najpewniej skończy się to źle - powiedział wtedy Mike. - Ale sami nie damy im rady. Mają nad nami sporą przewagę.
Tego dnia postanowiłam spotkać się z Ruby i Jade. Zaniedbałam je ostatnio przez całą tą sytuację z Michaelem, więc postanowiłam je wtajemniczyć. I może, a może nie, chciałam po prostu to z siebie zrzucić. Wyszłyśmy razem do tej samej kawiarni, w której kilka miesięcy temu przeżywałyśmy pierwszy list, który otrzymałam od Michaela. Wtedy się go bałam, a teraz paradoksalnie miałam wrażenie, że tylko on sprawia, że jestem spokojna. Kawiarnia była prawie pusta, jedynymi klientami byli jakiś mężczyzna w rogu czytający gazetę i mała dziewczynka, która próbowała wmówić kelnerce, że już może pić kawę.
Usiadłyśmy przy stoliku i dziewczyny zaczęły rozmawiać, ale nie za bardzo słuchałam. Układałam w głowie to, jak powiem im o całej tej sytuacji.
- Halo, Ziemia do Di - Ruby pomachała mi dłonią przed oczami, a ja zamrugałam kilka razy, przenosząc swoją uwagę na nią.
- Tak, już jestem, już jestem. O czym mówiłyśmy? - uśmiechnęłam się przepraszająco, a Rubs przewróciła oczami.
- Opowiadałam wam o nowym chłopaku, którego poznałam.
- Oh, to super, Ruby! Jak ma na imię?
Jej twarz nagle pobladła, jakby przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym. Zmarszczyłam brwi patrząc na nią uważnie.
- Nie mogę wam powiedzieć - westchnęła.
- Co? Dlaczego? - zdziwiła się Jade.
- Po prostu nie mogę, okej? Obiecuję, że jeśli to okaże się czymś poważnym, to od razu wam go przedstawię. Na razie zgodziliśmy się tylko na przyjaźń.
- Jak zwykle - skrzywiłam się, a ona uderzyła mnie żartobliwie w ramię. - No co?
- Lepiej mów, co tam u ciebie i Ashtona - Jade przechyliła głowę na bok, patrząc na mnie jak sokół na swoją ofiarę. Podejrzewała, że coś jest nie tak. Obie jednak nie wiedziały o mnie, Michaelu i naszym potajemnym zjadaniu. Czułam się jak pieprzona Julia w dramacie Szekspira. Ale na razie musiało mi to wystarczyć.
- Raczej w porządku, tak myślę? Na pewno lepiej niż gorzej.
Chyba?
- A Michael? Jak sobie z nim radzisz? - spytała Ruby z buzią pełną muffinki. Typowe.
- Całkiem nieźle. Czemu pytasz? - nerwowo przełknęłam ślinę.
- Wiesz, że możesz nam powiedzieć, prawda? - Jade spojrzała na mnie zaciskając wargi, a ja westchnęłam.
- Nie chcecie wiedzieć, co teraz siedzi w mojej głowie. Ale muszę wam powiedzieć coś innego - oświadczyłam.
- Nie będę niańczyć twojego dzieciaka, Dianna, trzeba było uważać - powiedziała od razu Jade, a ja przewróciłam oczami.
- Nie o to chodzi. - Obie więc siedziały w milczeniu, czekając na informację. Poczułam się dość niekomfortowo, więc rzuciłam na jednym wdechu: - Ludzie bliscy mnie i Michaelowi zostają mordowani z niewiadomych powodów i przez niewiadomych sprawców, zostawiając po sobie listy.
Najpierw dziewczyny przyswajały informacje, a ja czekałam na wybuch wulkanu. Cisza przed burzą, co nie?
Jade zakrztusiła się i zaczęła kaszleć, więc poklepałam ją po plecach, a Ruby zamarła z babeczką w dłoni i otwartymi do połowy ustami. Ona oprzytomniała jako pierwsza. Od razu zaczęła zadawać pytania.
- Kogo zabili jak dotąd?
Złapałam palcami nasadę swojego nosa i zamknęłam oczy.
- Trzy osoby. Luke'a, Tinę i chyba Caluma. Nie jestem pewna.
- Myślałam, że Luke popełnił samob... - zaczęła Ruby, jednak nie dane było jej skończyć.
- Jak to Caluma? - Jade wyszeptała z przerażeniem. - On nie... Nie może. On żyje. Musi.
- Nie wiemy, czy tak się stało. Tamara widziała go przy Marvin upadającego na ziemię po strzale pistoletu, ale nie sprawdziła, czy żył, a ciała nie znaleziono. To dość nieprawdopodobne, ale może jest cień szansy...
- Nie obchodzi mnie jakiś pieprzony cień szansy! - krzyknęła i podniosła się z miejsca. - On żyje, okej? Nie może umrzeć. To mój mały chłopiec, mój zagubiony nie-azjata... - zacisnęła wargi i wyglądała, jakby była bliska płaczu. Zabrała torbę i wyszła bez słowa, pewnie nawet nie wiedząc, w jakim kierunku.
Obie z Rubs siedziałyśmy w milczeniu, obserwując oddalającą się od nas Jade. Naprawdę jej współczułam. Nie chciałabym, żeby coś takiego stało się Ashtonowi albo Michaelowi. Z drugiej strony, przeżyłam to samo dwa lata temu z Luke'iem. Dlatego mogłam jej współczuć, bo wiedziałam, co czuła.
- Przykro mi - powiedziała cicho Ruby, a ja rzuciłam jej pytające spojrzenie. - No wiesz, znałaś każde z nich, bardziej lub mniej, ale nadal. I przykro mi z powodu Luke'a. Jak to się stało, że Michael cię okłamał, ponownie?
- Nie tyle okłamał, co on sam o tym nie wiedział. Poza tym, to tylko nasze domysły. Skoro pisali, że to jeszcze nie koniec, że wracają... To najpewniejsza wersja tego wszystkiego - skinęłam głową, jakby utwierdzając samą siebie w tych słowach. Żenujące.
- Cóż. Skoro tak sądzisz. Chyba powinnam poszukać Jade. Kto wie, co może się z nią teraz stać - wstała i zdjęła swój mały plecak z oparcia krzesła. - Bądź ostrożna, Di, okej? Nie chcę, żebyś na tym ucierpiała. I proszę, nie daj się zabić - dorzuciła pół-żartem, więc uśmiechnęłam się lekko.
- Dziękuję - wyszeptałam i przytuliłam ją mocno. - Mam nadzieję, że nic ci się nie stanie, Ruby. Ty też powinnaś uważać. Pamiętaj, że wszystkich zamordowanych...
- Rozumiem - odsunęła się ode mnie i posłała mi jeden z tych uśmiechów, który powinien wyglądać jak prawdziwy, ale zbyt dobrze znasz tą osobę, więc wiesz, że taki nie jest. - Do jutra, Dianna.
- Do jutra - powiedziałam cicho, po czym Rubs opuściła kawiarnię. Nie minęła sekunda, kiedy poczułam wibrację telefonu. Wyjęłam go i zobaczyłam dwie wiadomości od Tamary. Zmarszczyłam brwi. Co ona...?
Tamara: Jakiś koleś za mną idzie pomocy Dianna co mam robić
Tamara: Jestem kilka przecznic od Marvin
Zaklęłam pod nosem i zadzwoniłam do niej natychmiast.
- Halo? - pisnęła.
- Słuchaj uważnie. Jeśli zrozumiesz cokolwiek, co potem powiem, to zacznij pieprzyć coś o zakupach dla mamy, jeśli mam wytłumaczyć bardziej, to wspomnij o twoim samochodzie w warsztacie. Rozumiesz?
- Nie jestem pewna, czy mogę. Muszę zrobić zakupy dla mamy - usłyszałam w odpowiedzi.
- Dobrze. Mam nadzieję, że wiesz, w którą stronę od ciebie jest Marvin.
- Tak, tak. Ten sklep po lewej stronie od mojego domu. - dodała szczególny nacisk na słowo lewej, więc zrozumiałam szyfr.
- Skręcaj w każdą możliwą uliczkę w prawo i idź na czwarty zauważony przez ciebie przystanek. Napisz mi wiadomość z rogiem, na którym się znajdujesz. Jasne?
- Nie, moje auto jest w warsztacie. Dlaczego aż cztery osoby? - rzuciła. Tak szybko załapała mój szyfr, że aż miałam ochotę ją pochwalić, jednak postanowiłam zrobić to odrobinę później.
- Musisz się oddalić od Marvin, okej? Cztery przystanki. I nie odwracaj się za siebie. Jeśli będzie chciał coś ci zrobić, krzycz, że się pali. Wtedy ludzie przybiegną, żeby sprawdzić, o co chodzi. Nikt już nie reaguje na pomocy. - westchnęłam.
- W porządku. W sumie mogę pojechać autobusem na te zakupy.
Uśmiechnęłam się z ulgą.
- Powodzenia, Tamara.
- Do zobaczenia później.
Rozłączyła się, a ja natychmiast wybiegłam z kawiarni, kierując się w stronę mieszkania Birdsal, w którym obecnie mieszkał Michael.
---
Zapukałam trzy razy i nie czekając na odpowiedź weszłam do mieszkania.
- Michael? Michael! - krzyknęłam, jednak nie uzyskałam odpowiedzi.
Wsłuchałam się uważnie w ciszę i usłyszałam jednostajny szmer. Bierze prysznic. Otworzyłam drzwi do łazienki, w ogóle nie krępując się nagością Clifforda i siłą wyciągnęłam go spod wody. W innych okolicznościach mogłoby się to wydawać nawet komiczne, jednak wtedy nie było.
- Co, do cholery, Dianna?! - obruszył się Mike, wciąż ociekający wodą.
Zignorowałam go, po czym zaciągnęłam go do jego pokoju, popchnęłam na łóżko i rzuciłam mu w twarz jakieś spodnie, które znalazłam na ziemi, po chwili to samo zrobiłam z szarą bluzą. Wyjęłam czystą parę bokserek z szuflady (mimo wszystko z niemałym obrzydzeniem) i powiedziałam szybko:
- Jedziemy po Tamarę.
- Co? Gdzie ona jest?
- Do kurwy nędzy, zakładaj te pieprzone bokserki albo zaraz cię wykastruję i nie będziesz już miał co w nie włożyć - syknęłam, a on otworzył szeroko oczy i zaczął się ubierać. Dobrze.
Mój telefon zawibrował.
Tamara: Valley Village
- Wiesz, gdzie jest Valley Village? - spytałam Michaela, zabierając jego klucze z komody. On sam właśnie skończył wiązać buty i wyszedł tuż za mną. Zakluczyłam drzwi i zbiegłam po schodach.
- Dziesięć minut drogi stąd.
- Jedziemy. Mamy pięć minut - rzuciłam.
- W porządku, może być i pięć - wyjął kluczyki do samochodu z kieszeni spodni i już po chwili sunęliśmy po ulicach zdecydowanie szybciej, niż określały to przepisy drogowe. Otrzymałam kolejną wiadomość. Drżącymi rękami wyjęłam go z torby.
Nieznany: Co się dzieje, że Tamara przede mną ucieka? Czyżby się mnie bała...?
- Cholera - zaklęłam pod nosem, ale kiedy podniosłam wzrok, byliśmy już niedaleko Marvin.
Jeszcze tylko kilka przecznic...
Kiedy na horyzoncie zauważyłam przystanek i siedzącą na ławce dziewczynę o kruczoczarnych włosach, omal nie wypadłam z samochodu. Zatrzymaliśmy się obok niej z piskiem opon. Wybiegłam do niej, biorąc ją w ramiona. Tamara zapłakała gorzko, ciasno obejmując mnie rękami.
- Shh... Już dobrze - wyszeptałam i pogłaskałam ją po plecach w pokrzepiającym geście.
Byłam wdzięczna Michaelowi, bo mimo że nie wiedział, o co właściwie chodziło, nie zadawał zbędnych pytań. Wiedział, że jego przyjaciółka była w kiepskim stanie i to, co właśnie miało miejsce, nie było dla niej przyjemne - bo przecież to wiedział każdy głupi.
- Zabierzcie mnie do domu - poprosiła, odsuwając się ode mnie i wycierając mokre policzki. - Proszę...
Nie trzeba było powtarzać nam dwa razy. Natychmiast wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. W drodze panowała dość komfortowa cisza, dlatego nikt z nas nie chciał jej przerywać. Mimo to złapałam rękę Michaela i posłałam mu uśmiech, który zobaczył kątem oka. Wyszeptałam tak, żeby tylko on mógł mnie usłyszeć. To słowo było niemal tak intymne jak wyznanie. Kryło w sobie tyle moich uczuć... Jedno, proste słowo. A tak wiele znaczące.
- Dziękuję.
----------------------
No właśnie. Dianna powiedziała to, co tak bardzo chciałam wam przekazać ja. Ja, jako autorka Letters, Studniowej i Sparkle (ale o tym później). Ja, jako twitterowiczka. Ja, jako pisarka. Ale też i ja, jako osoba. Dziękuję jest jednym z tych słów, które w szarej codzienności zanikają. Jak często jesteśmy wdzięczni innym za to, co dla nas robią? Kiedy ostatnio podziękowaliśmy mamie za to, że poświęciła swój czas, żeby przygotować obiad, albo tacie, który pomógł nam w zadaniu domowym z matematyki?
W tym momencie chciałabym oficjalnie wam podziękować - za wszystko, co dla mnie robicie. Sprawiacie, że dążę do rozwijania swojej pasji, którą jest pisanie, że mam motywację, że wierzę, faktycznie wierzę, że może mi się kiedyś udać. Dziękuję za każdy pojedynczy komentarz (nie na wszystkie odpisuję, ale staram się odpowiadać przynajmniej na pytania), za każdy głos, każde wyświetlenie. Czy ktokolwiek zaczynając czytać Letters pomyślał, że może okazać się ono numerem czternastym w kategorii Mystery (tak, swego czasu było, jednak przez brak rozdziału spadły statystyki, smutno) i dziewięćdziesiątym pierwszym w kategorii Fanfiction? Ja sama nawet nie pomyślałam, że się przyjmie. Dlaczego? No właśnie.
Samo Letters powstało jako odskocznia od Studniowej Kuracji Antymiłosnej, mojego wcześniejszego ff o Calumie (btw. bardzo przepraszam wszystkie Konie, które czekają na część - pracuję nad nią, bo chcę, żeby była idealna) i tak naprawdę miało się skończyć tak, że Dianna zabijała Michaela, wyrównując rachunki za Luke'a. Potem coraz więcej ludzi znikąd zaczynało to czytać, a ja "zainwestowałam" w reklamę, bo, hej, czemu nie? I potem pooooszłoooo... I jesteśmy tutaj, dzisiaj, z Letters dobijającym do 4 tysięcy wyświetleń, 130 komentarzami i 385 głosami. To piękne.
Jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie robicie, jest to największy skarb, jaki otrzymałam w życiu. To, kiedy ktoś podrzuci gdzieś komuś linka albo napisze do kogoś, że nie może rozmawiać, bo czyta Letters i doda hashtag... To wszystko sprawia, że moje dni są o wiele, wiele lepsze, naprawdę!
Teraz jeśli już przetrwaliście te wywody to tylko krótka, malutka prośba:
Jeśli już głosujesz, czyli masz konto na Wattpadzie, napisz komentarz. Jest on o wiele bardziej motywujący niż gwiazdka (ale gwiazdkujcie też, hahah)

Do następnego! xx
Autorka

sobota, 6 września 2014

11

Tamara's POV:

- Hej - uśmiechnęłam się do Dianny siedzącej w naszej kuchni. - Jak tam?

- Jakoś się trzymam - wzruszyła ramionami. Usiadłam na przeciwko niej i spojrzałam na nią ze zrozumieniem.

- Facet?

- Też.

- Tak właściwie, to co jest między tobą a Michaelem? Wiesz, zawsze szipowałam Dikey, ale co to właściwie jest?

Zakrztusiła się i rzuciła mi zdezorientowane spojrzenie.

- Dikey? Co to jest, do cholery?!

- No Dianna i Mikey.  Proste - przewróciłam oczami.

- Oh, okej. No cóż, to o wiele bardziej skomplikowane niż myśliż - przygryzła wargę. Spojrzałam na nią podejrzliwie.

- Okeeej, dowiem się, o co chodzi, czy nie?

- O co chodzi z czym? - spytał Michael, który dołączył do nas w samym ręczniku i z mokrymi włosami. Szybko przerzuciłam wzrok na Diannę, która zarumieniła się i odwróciła wzrok dosłownie rzując swoją dolną wargę.

- Oh, no weź. Wszyscy zebrani w tym pomieszczeniu wiedzą, że go pragniesz, okej? Nie musisz tego ukrywać - rzuciłam, a ona uderzyła mnie lekko w ramię.

- Mam siedemnaście lat, geniuszko.

- W twoim wieku to ja już na dziwki chodziłam nawet - zażartowałam, jednak żadne z nich nie uważało tego za śmieszne.

- Ha-ha - burknął Michael i pociągnął Diannę za rękę.

- Tylko zamknijcie drzwi! Nie chcę słuchać waszych jęków.

Mike pokazał mi środkowy palec, więc uśmiechnęłam się szeroko i napisałam wiadomość do Amandy. A może to była June? Nie wiem.

Mysterious POV

Ocknąłem się w bardzo ciemnym pomieszczeniu. Dłonią wyczułem, że było tu brudno i mokro. Chciałem wstać, ale coś pociągnęło mnie w dół i po chwili poczułem pieczenie w lewym nadgarstku. Zmarszczyłem brwi. Kajdanki?

Wolną ręką dotknąłem swoich oczu. Wcale nie było ciemno. Po prostu byłem związany.

- Zobacz, kto to. Księżniczka się obudziła - prychnął ktoś za moimi plecami. Mężczyzna. I, cholera, znałem ten głos.

- Nie na długo - odrzekła jakaś kobieta, a ja zamarłem, kiedy zdjęła mi opaskę z oczu. Niemożliwe. Nie ona. - Witaj, kochanie.

Dianna's POV

Kiedy wróciłam do domu, Ashton siedział z Benem w salonie i grali w fifę. Pocałowałam krótko Asha, a on gestem ręki pokazał mi, że mam się odsunąć, bo grał. Zaśmiałam się cicho i przeszłam na kanapę, opadając na nią.

- Ciężki dzień? - spytał Ben, a ja jęknęłam.

- Ciężkie życie. Co ty tu w ogóle robisz?

- Właściwie przyszedłem do ciebie po notatki z francuskiego, ale Ashton okazał się być beznadziejny w fifę, a mnie bawią jego próby ogrania mnie - rzucił i zdobył bramkę w tym samym momencie jakby dla potwierdzenia swoich słów.

- Idiota - mruknął Irwin, a ja zaśmiałam się głośno. Byli tacy uroczy.

Wtedy też poczułam to cholerne poczucie winy, bo Ash nie wiedział, że jestem z nim tylko fizycznie i naprawdę należę do Michaela. Cholera.

- Kochanie? - spytał Irwin, który stał teraz przede mną. Potrząsnęłam głową i spojrzałam na niego wyczekująco. - Skończyliśmy mecz  pięć minut temu, a ja nadal nie dostałem mojego pocałunku przegrańca - wydął wargi. Uśmiechnęłam się lekko i delikatnie cmoknęłam jego usta, ale przyciągnął mnie do siebie i pogłębił pocałunek. Przerwało nam chrząknięcie. Odsunęłam się od niego momentalnie.

- Zanim wessacie nawzajem swoje twarze, mogę dostać te notatki? - spytał Ben z ironicznym uśmieszkiem. Wyciągnęłam kartki z torby i podałam mu je. - Dzięki. A tak na marginesie - jeśli wpadniecie, ogę zostać chrzestnym?ę - rzucił ze śmiechem, a ja palnęłam bez namysłu:

- Co wy macie ze mną uprawiającą seks?!

Ash spojrzał na mnie zszkowany, a Ben powiedział tylko cicho, że wychodzi i zamknął drzwi mieszkania.

- Co ma znaczyć to, co powiedziałaś? Kto jeszcze rzucał ci uwagi o seksie? Ze mną? - pytał jak najęty, a ja podniosłam dłoń, próbując zachowywać się naturalnie.

- No ta... No... Jak jej tam... Ah, no tak, Tamara. Ona jest, um... lesbijką i... - cholera, muszę przestać się jąkać. - I Jade powiedziała mi, że pewnie chętnie by się ze mną przespała.

- Jade, tak? - spytał podejrzliwie, a ja skinęłam, głośno połykając ślinę. - W porządku. Spaghetti? - uśmiechnął się. Zmarszczyłam brwi. Okej...?

---

Wyszłam z mieszkania pod pretekstem ochoty na spacer. Skierowałam swoje kroki do Michaela i zapukałam trzy razy, żeby wiedział, że to ja. Otworzył drzwi i uśmiechnął się. Mój żołądek wykonał przewrót w tył.

- Hej - powiedział, ale ja zostałam cicho. Uniósł brwi, jednak wpuścił mnie do środka. Przeszłam do jego pokoju, a kiedy tylko zamknął za nami drzwi, wybuchnęłam:

- Czy ty na pewno mnie nie okłamujesz?

Michael uniósł brwi.

- Nie, dlaczego...

- Nie, Michael. Jestem poważna. Czy to ty zabiłeś Tinę?

- Di, ty naprawdę myślisz, że mógłbym zabić człowieka? - wyszeptał, a ja się zawahałam.

- Właściwie... Nie, przestań. Miałam być asertywna. Dlaczego akurat ty znalazłeś ciało Tiny? Z listem?

- Wiem, jak to wygląda. Ale to naprawdę nie ja. Nie mógłbym jej zabić. Nie po tym, jak straciliśmy Luke'a...

- Więc jego też zabiłeś?! - krzyknęłam. Jego twarz poczerwieniała ze złości i już wiedziałam, że to był błąd.

- Próbowałem być z tobą w porządku, mówiłem ci wszystko, wszystko, co powinnaś wiedzieć, a wzamian ty nawet nie potrafisz mi zaufać! - syknął.

- Wszystko? Na pewno wszystko?

- Nie! Nie powiedziałem ci, że twój chłopak planował samobójstwo, ale ktoś go uprzedził! Jesteś taką egoistką, Dianna! Na litość boską, zrozum, że lepiej jest, kiedy nie znasz całej prawdy!

- Ah, więc to tak? - stałam teraz tylko kilka centymetrów od niego. - Jstem egoistką, bo chcę wiedzieć, co stało się z moim zamordowanym chłopakiem?! Pomyśl, Michael! Co zrobiłbyś na moim miejscu?!

- Nie wiem, cholera - zamknął oczy i potarł swoje skronie. Kiedy w końcu na mnie spojrzał, zobaczyłam w jego tęczówkach coś innego niż zwykle. I nie do końca potrafiłam to określić. - To nieodpowiednie w tym momencie, ale mam ochotę sprawić, że zapomnisz o tym wszystkim i jedyne, o czym będziesz myśleć to moje palce - wydyszał, a ja wzięłam urywany oddech i przyciągnęłam go do siebie w namiętnym pocałunku.

- Więc to zrób - wyszeptałam między pocałunkami.

Nagle w pokoju rozległo się pukanie i do środka wpadła zdyszana Tamara.

- Calum - rzuciła i rozpłakała się.

Otworzyłam szeroko oczy. O nie... Nie, nie, nie!

- Tamara, weź głęboki oddech, uspokój się i wszystko nam opowiedz - Mike złapał ją za ręce.

- J... Ja... O matko - jęknęła. - Szłam sobie Marvin, wiesz, to ta ulica ćpunów, kiedy usłyszałam, że ktoś woła o pomoc. Cicho otworzyłam drzwi do lokalu, z którego dochodził krzyk i wtedy ktoś strzelił z pistoletu, i ta sama osoba wrzasnęła, i tylko... - zaszlochała. - Tylko zobaczyłam opadające ciało Caluma... On mnie widział. Ona nie, ale on... Wybiegł za mną, ale wskoczyłam do jakiegoś zakątka Marvin, gdzie koło ćpania odbywało sesję i było zbyt na haju, żeby pytać... Kiedy odszedł, wróciłam do domu. To wszystko. Nawet nie upewniłam się, że żyje - pisnęła i rozpłakała się jeszcze mocniej. Prztuliłam ją, sama trzęsąc się na myśl o martwym Calumie.

Spojrzałam na Michaela, który z kamienną miną oznajmił:

- Więc jest ich dwoje.

Potem przeniósł wzrok na mnie i szepnął:

- Siedmiu murzynków.

--------

Znowu krótko, tak myślę, ale to rozdział kluczowy i myślę, że będzie się wam podobał ;)

GŁOSUJESZ = KOMENTUJESZ = PISZESZ W HASHTAGU #LETTERSFF

NADAL POSZUKUJEMY ROLEPLAYERS, CHĘTNYCH ZAPRASZAM DO HASHTAGU :)

do następnego! xx

ps. niesprawdzany bo siedze w skm-ce na mecz i publikuje rozdzial, lmao XDD

wtorek, 2 września 2014

10

Mysterious POV
Podłoga była śliska od świeżej krwi, więc kilka razy niemal upadłem, uciekając co sił w nogach z lokalu. Tina tam była. Martwa. Odwróciłem się na moment, żeby upewnić się, że nadal tam leży, ale tak nie było. Otworzyłem szeroko oczy i stanąłem w miejscu. Poczułem dłoń na swoim ramieniu i zamarłem z przerażeniem. Ktoś przyciągnął mnie do siebie bliżej i po chwili poczułem oddech mężczyzny na karku.
- We're not done 'till we say it's over...* - usłyszałem szept mężczyzny, a potem coś splamiło moją koszulkę. Spojrzałem w dół i ujrzałem ostrze wystające z mojej piersi. Nie mogłem wziąć oddechu, czułem, że nie mogę zapanować nad gruntem osuwającym się spod moich stóp...
Krzyknąłem i usiadłem prosto. Byłem w moim pokoju, w moim łóżku. Wszystko okazało się w porządku. A jednak... Oddychałem jak po przebiegnięciu maratonu. Nie mogłem na to pozwolić. Nie mogłem. Musiałem komuś powiedzieć. Może Michael'owi. Może Diannie...?
Nie. Na pewno mają mnóstwo swoich problemów. Mike ledwo co wyszedł z więzienia. Na pewno nie obchodzą go jakieś listy, które dostaję.
Z drugiej strony, Tina była blisko z Dianną. Westchnąłem ciężko.
Cholera.
Michael's POV
- Jesteś pewien, że to było ciało Tiny? - zapytała rzeczowo Dianna. Skinąłem, patrząc jej głęboko w oczy. Było w nich coś, czego dawno nie widziałem. Niepewność. Wahanie. Nie była pewna mnie. Tego, co mówiłem. Nie dziwię się. Sam pewnie bym nie był.
- I tak po prostu znalazłeś kartkę w swoim starym mieszkaniu? - pokręciła głową analizując całą sytuację.
- List - poprawiłem ją. - Krótki, ale nadal. To musiał być ktoś, kto mnie zna. Wie, że to mój ulubiony sposób komunikacji. Najpewniej to się jednak zmieni. - skrzywiłem się, a ona złapała moją dłoń.
- Jestem z tobą, okej? Możesz na mnie liczyć, jeśli będziesz potrzebował kogoś do obstawiania tyłów...
- O nie. Na pewno nie będziesz się w to mieszać, zrozumiano? Za bardzo cię kocham, żeby coś ci się stało.
- Zjadam - rzuciła od niechcenia, a ja zmarszczyłam brwi. - Jeśli już to za bardzo mnie zjadasz. Pamiętasz?
- Oczywiście, że tak - uśmiechnąłem się lekko, a ona wstała.
- Miałam spytać cię, czy idziesz ze mną do Luke'a, ale to chyba nie najlepszy pomysł w tym momencie.
- Właściwie... Wręcz przeciwnie. - chwyciłem bluzę i gestem ręki poprosiłem ją, żeby poszła za mną. Wyszliśmy z mojego domu i ruszyliśmy do mojego samochodu. Już miałem jechać, kiedy zobaczyłem, że Dianna nie wsiadała.
- Coś nie tak?
- Właściwie... - usiadła na siedzeniu pasażera i spojrzała na mnie z wahaniem. - Nie jestem pewna, czy wszystko mi mówisz.
- Dlaczego miałbym nie? - uśmiechnąłem się, a ona spojrzała na mnie kpiąco. Odwróciłem wzrok. Oh, oczywiście, że ukrywałem przed nią fakt, że Luke nie zginął z własnej woli. I że bliska jej osoba została zamordowana nie po raz pierwszy. Przez tego samego zabójcę. Spojrzałem jej w oczy.
- Dianna, ja tyl... - urwałem, kiedy zobaczyłem, że trzyma w dłoni kopertę. - O cholera.
Zabrałem ją momentalnie i sprawdziłem zawartość. Puste, czarne zdjęcie i list. Chwyciłem drugą kartkę i przeczytałem na głos.
- We're not done 'till we say it's over...
Im bliżej patrzysz, tym mniej widzisz.
Zdjęcie nie jest puste.
Wróciłem wzrokiem do fotografii i przyjrzałem się jej uważniej.
- Michael... - wyszeptała Dianna, zabierając mi zdjęcie i przechylając je pod takim kątem, że zobaczyłem napis.
Dziesięciu murzynków.
Dziewięciu murzynków i trup.
Ośmiu murzynków i dwa trupy.
Kto dalej?
Jest was jedenastu...
Więc będziesz tylko patrzał.
Zakląłem głośno i z całej siły uderzyłem w kierownicę.
- Michael! Musimy zawiadomić policję - panikowała Dianna, oddychając szybko. - Oni nie mogą nas zabić. Nie mogą, rozumiesz?!
- Di... Di! - złapałem ją za ręce, próbując uspokoić. - Nie możemy tego zrobić. Oni mają kontrolę, nie my. Jeśli tam pójdziemy, oni po prostu przyspieszą cały proces.
Dziewczyna westchnęła, ale jej oddech był urywany, więc wiedziałem, że się boi. To jest nas dwoje.
- Michael, kto to może być? - wyszeptała, a ja pokręciłem głową niemo informując ją, że nie wiem. - Ja nie chcę umierać... - załkała, a po jej policzkach popłynęły pierwsze łzy. Od razu je wytarłem i poleciłem jej wyjść z samochodu.
- Chyba dzisiaj oboje nie jesteśmy w nastroju, żeby odwiedzać Luke'a. - zaśmiałem się bez krzty radości, a ona wysiadła, nie odpowiadając. Wróciliśmy do domu. - Co teraz?
- Najwidoczniej zostaje nam tylko czekać.
- Nienawidzę bezczynnie czekać. - przyznałem, a ona tylko uśmiechnęła się smutno.
Ruby's POV
- Więc... - zaczęłam, kiedy Tristan usiadł naprzeciw mnie i uśmiechnął się.
- Chciałbym wiedzieć o tobie jak najwięcej. Pogramy w 20 pytań do, okej?
- W porządku - uśmiechnęłam się, a on spojrzał na mnie, ważąc swoje pytanie.
- Ile masz lat?
- Siedemnaście - rzuciłam beznamiętnie.
- Ulubiony kolor?
- Zielony.
- Najlepsza przyjaciółka?
- Dianna i Jade.
- Imię ostatniego chłopaka?
Spojrzałam na niego podejrzliwie, a on tylko wzruszył ramionami.
- Ben - odpowiedziałam w końcu.
- Czemu się rozstaliście?
- Długa historia - odwróciłam wzrok.
- Ruby...
- Okej, okej - podniosłam ręce w górę w geście kapitulacji. Co mi tam, i tak pewnie o tym zapomni. - Pokochał inną i otwarcie mi to oświadczył. Ale nie miałam mu tego za złe. Nadal jesteśmy przyjaciółmi. Chodzimy do jednej klasy.
- W porządku. Masz na coś alergię?
- Na truskawki - skrzywiłam się, a on rzucił mi spojrzenie pełne współczucia.
- Chciałabyś znaleźć nowych przyjaciół?
- Ostatnio jestem samotna, więc tak, myślę, że tak.
- Ile razy dziennie jesz?
O nie.
- Pięć - skłamałam, a on skinął. Odetchnęłam cicho z ulgą.
- Myślę, że dziesięć pytań nam wystarczy. Jeszcze dwa - uśmiechnął się szeroko. - Masz jakieś zwierzęta?
- Kota.
- Ostatnie pytanie. - zatrzymał się i spojrzał na mnie uważnie. - Chciałabyś zostać moją przyjaciółką?
Zmarszczyłam brwi.
- Dlaczego? Ledwo się znamy...
- Cóż, ja znam cię już całkiem dobrze - zachichotał. To było całkiem słodkie. - A ja jestem strasznie samotny. Głównie dlatego, że lubię mało ludzi. A ciebie lubię. Więc możemy się przyjaźnić.
- W sumie... Czemu nie? - uśmiechnęłam się.
Mysterious POV
Szedłem wzdłuż Marvin, ulicy ćpunów, kiedy coś pociągnęło mnie za rękę i wepchnęło siłą do jakiegoś lokalu. Krzyknąłem, ale zostało to natychmiast stłumione przez szmatkę nasączoną czymś... Czymś, co sprawiło, że twarda podłoga wydała się tak miękka i idealna do spania jak moje łóżko...
- Siedmiu małych murzynków - zaśpiewał jakiś mężczyzna, a kobieta się zaśmiała. Było tak ciemno... Nie mogłem nic zobaczyć. Kto to był, do cholery?
I czego ode mnie chciał?
Usłyszałem dźwięk odbezpieczania pistoletu i odpłynąłem do końca. Nawet nie wiem, czy umarłem. Może. Wiem na pewno, że poszedłem spać na miękkiej, betonowej podłodze...

*Linijka z Tomorrow Never Dies
----------------------
Krótko, ale mam 20 minut, żeby wyjść do szkoły, a piszę dla was rozdział, okay
z dedykacją dla Marcysi i Kornelii, które stwierdziły, że chcą czytać letters, lmao
pojawiła się spoilerownia, nie wiem, czy ją widziałyście - na moim profilu jest link. Każdy spoiler jest pięknie ubrany w słowa, więc tylko największe umysły je zrozumieją. Wszystkie spoilery wyjaśnię po zakończeniu Letters 1. Powodzenia! :)
SZUKAMY RP DLA CALUMA, JADE I ASHTONA! CHĘTNI PISAĆ W HASHTAGU #LETTERSFF :)
Do następnego (nie wiem, kiedy, mój plan nie pozwala mi się określić w 100%) xx

9

Ruby's POV:
Cały ostatni dzień tego semestru szwendałam się nie wiadomo gdzie, ignorując nawoływania Dianny i Jade. Mają kim się zająć. Ja jestem jedyną samotną w tej grupie. Zdecydowałam więc przeciągnąć tą samotność na jeszcze wyższy poziom i na długiej przerwie na lunch usiadłam pod drzewem przed szkołą, zamknęłam oczy i włożyłam słuchawki do uszu, dobijając się jakimiś smętami od Taylor Swift. Nawet ona ma faceta, pomyślałam. Cholera.
Nigdy nie myślałam w ten sposób - zawsze to ja byłam najbardziej pozytywna, jeśli chodzi o naszą grupkę. Mogłybyśmy porównać się do Atomówek - ja jestem Bajką, Dianna trochę bardziej zrzędliwą Bójką, a Jade Brawurką. Tak, JJ zupełnie się ode mnie różniła. Nigdy nie bała się wyrazić swojego zdania. Nigdy.
Taylor zaczęła kolejną piosenkę o nieudanym związku (niespodzianka), kiedy ktoś zasłonił mi słońce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam chłopaka, którego nie widziałam nigdy wcześniej. Był blondynem, miał kolczyk w nosie i okulary przeciwsłoneczne. Hm. Uniosłam jedną brew i wyjęłam słuchawki z uszu.
- Mogę ci jakoś pomóc? - spytałam uprzejmie.
- Znasz Diannę? - spytał od razu, a ja spuściłam wzrok. Oczywiście, że nie chodziło o mnie.
- Ta, chyba tak.
- Oh. To niedobrze. Jak blisko jesteście? - co, do cholery?
- Jest trochę moją przyjaciółką, a co? Jak ty w ogóle masz na imię? - przechyliłam głowę w bok i przyjrzałam mu się uważnie. Co on knuje?
- Tris. Po prostu... Ona mnie już zna, no, powiedzmy. A ja nie lubię bratać się ze znajomymi znajomych, ale widziałem cię już kilka razy i sądzę, że jesteś naprawdę śliczna, więc może chciałabyś się ze mną spotkać, żeby się lepiej poznać? - przygryzł wargę.
- Oh... Umm... W sumie tak, czemu nie? Piątek?
- O czwartej w tym nowym, włoskim barze?
- Nie, tylko nie tam. - złączyłam usta w prostą linię.
- Czemu? - zdziwił się.
- To bar moich rodziców.
- Okej, to jeszcze dam ci znać, bo idą ludzie, a ja nie... - zamilkł, kiedy grupka uczniów przeszła koło nas i odszedł w przeciwnym kierunku.
Aha?
Tamara's POV:
- Hej, Tami! - usłyszałam za sobą i przewróciłam oczami. Jak ja nie lubię tego kolesia. Faceci jak on sprawiają, że stają się lesbijką jeszcze bardziej.
- Cześć. - mruknęłam.
- Co tam u Michaela i Dianny?
- Przymknij się, Hood. Czego chcesz?
- Porady - przygryzł wargę, a ja parsknęłam. Spierdalaj.
- Jakiej porady? Kolejna nieszczęśnica, w której się zakochałeś?
- Ha-ha. Nieważne. Jak mam zaprosić ją na randkę?
- Hej, wiem, że jestem do dupy, ale umów się ze mną, bo jestem też zdesperowany, a ty masz ładny tyłek. Żegnam, Hood - podniosłam swoją torbę i odeszłam kilka kroków, kiedy dobiegł do mnie. Ja pierdolę, czy on nie rozumie, że go nie znoszę?
- Serio, Tamara, zależy mi, okej?
Dobra, idź już sobie.
- Uh, okej. Bądź uroczy, kup jej kwiatek i daj, a potem zaproś ją na kawę. Dziesięć dolców - wyciągnęłam do niego dłoń, a on spojrzał na nią zdezorientowany. - No chyba nie myślałeś, że pomogę ci za darmo?
- Oh, no tak - wyciągnął portfel z kieszeni i podał mi banknot.
- Interesy z tobą... Ah, no dobra. Przesadziłam. Miłego dnia, Hood. Nie zabij się.
- Dzięki - mruknął.
- Do usług - mrugnęłam do niego przesadnie i wcisnęłam pieniądze do kieszeni.
Michael's POV:
Wszedłem do mieszkania, które nadal było w trakcie remontu. Wszystkie meble przykryto foliami, chroniącymi je przed ubrudzeniem farbą. Na podłodze leżały pochlapane gazety, a ściany już wysychały. Powinni skończyć do końca tygodnia. Dobrze.
Wszedłem do kuchni i wyciągnąłem kubek, żeby zrobić sobie kawę. Wstawiłem wodę i chciałem wyjąć mleko, kiedy mój wzrok zatrzymał się na karteczce na lodówce.
Samobójstwo, hm?
Cóż... Może nie do końca?
48 Marvin Avenue.
Powodzenia. To nie koniec.
- Co, do kurwy? - zmarszczyłem brwi i chwyciłem klucze ze stołu, wyłączając niezagotowaną wodę.
---
Marvin zawsze była dla mnie ulicą ćpunów. Serio, można tu było znaleźć amfetaminę szybciej niż kota u staruszki. Skręciłem w nią, rozglądając się na boki. 41, 43... 46, 48. To tutaj. Zacząłem się denerwować. Podszedłem do opuszczonego lokum i zapukałem, jednak drzwi pozostały uchylone i otworzyły się przede mną od razu. Zajrzałem do środka, upewniając się, że nikogo tam nie ma. Powoli postawiłem krok do środka, a za nim kolejny. I jeszcze jeden. Przeszedłem do jakiejś dużej, ciemnej sali. Zagłębiłem się w nią. Nagle moja stopa trafiła na coś miękkiego. Spojrzałem w dół.
- Jasna cholera!
Przede mną leżało ciało. Ciało zabite w ten sam sposób, co Luke. To kobieta, pomyślałem. Zobaczyłem, że ma w ustach list. Wyciągnąłem go delikatnie, bojąc się uszkodzić martwej.
To jeszcze nie koniec, pamiętaj.
Znowu przeniosłem przerażone spojrzenie na ciało i dopiero wtedy dostrzegłem, do kogo należało.
Martwa była Tina.
------------
PISZCIE W HASHTAGU #LETTERSFF KOGO UWAŻACIE ZA PODEJRZANEGO, JEŚLI CHODZI O LISTY I MORDERSTWA ;)
*letters przybrało nowego znaczenia, ahh*
okeeej, sama nie do końca to przewidziałam, ale okej XD wyszło pod wpływem impulsu. pozdrawiam wszystkich, którzy uwierzyli, że Letters skończą się happy endem. Powinniście (przynajmniej niektórzy) nauczyć się po Studniowej, że lubię zabijać postaci, mwahahahah :3
KWESTIE ORGANIZACYJNE
poszukuję wolontariusza, który przejmie jedno z tych kont rp:
- Jade - twitter
- Calum - twitter
- Ashton - twitter + ask
Chętni pisać w hashtagu #LettersFF x
pisany na telefonie w 100%, bo niestety odebrano mi laptopa w dość brutalny sposób, więc nie ma autokorekty i mogą być literówki (nie mam czasu, żeby sprawdzić, damn it), przepraszam :(
to chyba tyle, hahhah XD
do następnego x

"Z zupełnie innej beczki..." - TRAMARA ONE SHOT

Z dedykacją dla roleplayerów Tamary i Tristana - jesteście boscy, wasze rozmowy wygrywają wszystko, lmao hahahahha
TRISTAN'S POV
- No idziesz? - spytał Ben, który stał w korytarzu już jakieś dziesięć minut.
- Idę, idę - mruknąłem i ostatni raz przeczesałem włosy ręką, sprawdzając swój wygląd w lustrze. Biało-granatowa koszula całkiem nieźle na mnie leżała. Wszystkie laski moje, ha.
- Tamara i tak na ciebie nie poleci, palancie - zaśmiał się, a ja pokazałem mu środkowy palec.
Wyszliśmy z mojego mieszkania i pokierowaliśmy się w stronę najbliższego klubu, w którym miała już czakać na nas Tamara i jakaś wyrwana przez nią laska. Mentalnie wywróciłem oczami. Ona chodzi na dziwki częściej niż ja, o matko.
La fiesta był już wypełniony po brzegi nastolatkami, którzy postanowili rozluźnić się tego piątkowego wieczora. Ze środka huczała jakaś muzyka, nikt w ogóle nie kojarzył tego kawałka, ale na pewno nikogo to nie obchodziło.
W samym środku zamieszania była oczywiście Tamara, która w tańcu (i w każdej jego pochodnej) czuła się jak ryba w wodzie. Faceci zebrani wokół niej dosłownie ślinili się, a ja miałem ochotę wykrzyczeć im wszystkim, że jest lesbijką. Zamiast tego po prostu usidałem przy stoliku i poprosiłem barmana o kolejkę trzech szotów. Po chwili dołączył do mnie Ben, który poinformował mnie, że Tamara już wie o naszym przybyciu i zaraz do nas przyjdzie. Nasze szoty dotarły razem z Birdsal, która mimo że mokra od potu i rozczochrana, wciąż promieniowała pozytywną energią.
- Cześć, chłopaki! - uśmiechnęła się szeroko i opróżniła swój kieliszek nie czekając na nas. - Przez to kręcenie tyłkiem przed facetami zrobiłam się głodna kutasa - jęknęła, a ja otworzyłem szeroko oczy.
- Myślałem, że to, emm... nie twoja dziedzina?
- To, że kobieta raz prześpi się z inną nie czyni jej lesbijką, tak samo mnie seks z facetem nie czyni hetero. Coś z zupełnie innej beczki, żeby uniknąć monotonii, rozumiesz - mrugnęła do mnie, a ja odwróciłem wzrok.
- Więc... - zaczął Ben próbując przerwać niezręczną ciszę (która w sumie nie była ciszą, jestem pewien, że tą muzykę słychać w sąsiednim stanie). - Idziemy na parkiet? Chcę wyrwać dzisiaj jakąś dupeczkę - zaśmiał się.
- Oh, możesz wziąć moją. I tak pewnie nie skorzystam. Jestem dzisiaj spragniona czegoś innego. To ta blondzia przy barze w małej czarnej.
- O mamo, ale ma nogi - jego oczy zabłyszczały, a na jego ustach zagościł ten flirciarski uśmieszek, który ma działać na kobiety. MA działać.
Kiedy Ben dotarł do swojej nowej nocnej partnerki, Tamara przysunęła się do mnie i położyła rękę na moim udzie, powoli zmierzając w górę.
- Co ty robisz, do chuja? - zmarszczyłem brwi, a ona uśmiechnęła się, nie przerywając poprzedniej czynności.
- Dokładnie. Do chuja.
Otworzyłem szeroko oczy.
- Chyba nie myślisz, że będę cię pieprzył.
- Oczywiście, że będziesz. - pochyliła się w moją stronę i przyłożyła usta do mojego ucha. - Który facet oparłby się tak gorącej i napalonej lesbijce...
- Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł - odetchnąłem ciężko, kiedy musnęła palcem moje krocze.
- No weź, to tylko niezobowiązujący seks - mrugnęła do mnie.
- W takim razie musisz przestać się ze mną bawić, bo skończę, zanim w ogólwle zaczniesz - mruknąłem, po czym wstałem i podałem jej rękę. - Męski? Mniejsza widownia, nikt nie zwraca uwagi.
- W damskim są kabiny.
- Okej. Wygrałaś.
------------------
TAK, ZOSTAWIĘ WAS Z TYM NIEDOSYTEM, MWAHAHAHHAHAHAH
a tak serio - nie traktujcie tego jako prawdziwe zdarzenie w letters, bo Tamara i Tris w ogóle ledwo się znają (ale się znają, lel, kiedyś to wyjaśnię) + na pewno by się nie przepieprzyli w toalecie, hahahah
do następnego, zboczuchy XD
CZYTASZ = KOMENTUJESZ/PISZESZ W HASHTAGU #LETTERSFF/OBA

8

TŁITUJEMY W HASZTAGU #LETTERSFF, ALE TYM RAZEM TAK MASOWO, PRZY KAŻDYM MOŻLIWYM MOMENCIE, KTÓRY RZUCIŁ SIĘ WAM W OCZY/SPODOBAŁ/ROZBAWIŁ/ZASMUCIŁ/SPOWODOWAŁ FANGIRLING CZY IDK CO
---------------------------
- Szkoda, że tak się stało. Że Luke nie żyje, że się od siebie odsunęliśmy, że jesteś z Ashtonem. Pewnie nigdy nie zrozumiesz, dlaczego wziąłem na siebie jego śmierć. W każdym razie, dwa lata w więzieniu nie były gorsze od tej tortury, kiedy widzę cię codziennie, mogę cię dotknąć, przytulić i, cholera, czasem nawet pocałować. Ale nie mogę nazwać cię moją. Mogę jedynie słuchać, jak robi to Ashton. I nie wiem, czy wiesz, ale to zabija mnie od środka, każdego dnia coraz bardziej i bardziej. Kocham cię, Dianna. Szkoda, że nie możesz tego wiedzieć.
Moje serce zatrzepotało, a na twarz wkradł się ogromny uśmiech, kiedy przypomniałam sobie wyznanie Michaela. Nie powiem, że nic do niego nie czuję, bo skłamałabym. Nadal jest dla mnie ważny. Tak bardzo, jak chciałam temu zaprzeczyć, kiedy dostałam od niego jeden z pierwszych listów, tak muszę przyznać, że miał rację.
Cholera.
Przygryzłam wargę i spróbowałam skupić się na nauczycielce zapisującej jakieś zawiłe, matematyczne wzory na tablicy, jednak nie potrafiłam. Spojrzałam błagalnie na Ruby siedzącą za mną, a ona przewróciła oczami i spojrzała na zegarek.
- Siedem minut.
- Super - mruknęłam pod nosem i uderzyłam głową w ławkę.
- Hej, Shenan, coś nie tak? - spytał Ben, szturchając mnie łokciem, a ja tylko jęknęłam przeciągle.
- Pozwól miiiii umrzeeeeeć...
- Przed chwilą uśmiechałaś się sama do siebie, masz okres czy co - zaśmiał się, a ja rzuciłam mu mordercze spojrzenie.
- Spierdalaj.
Podniósł dłonie w obronnym geście i wrócił do gryzdania w swoim zeszycie. Klasyka.
Mój telefon zawibrował, więc prawie pisnęłam z radości i wyjęłam go dyskretnie z kieszeni spodni, sprawdzając nadawcę.
Michael: Następna przerwa, najwyższe drzewo na terenie szkoły. Weź... Hm, w sumie tylko swoje palce.
Już miałam odpisać mu coś na temat nieobściskiwania się w szkole, kiedy dostałam drugą wiadomość.
Michael: Bez podtekstów seksualnych okay
Uśmiechnęłam się. Jak on mnie zna.
- Widzisz? Znowu sama się do... Oh - Matt kiwnął głową ze zrozumieniem patrząc na mój telefon. - Chłopak?
- Przyjaciel - sprostowałam.
- Tak się teraz mówi - przewrócił oczami.
To przyjaciel, prawda?
Którego całowałaś już dwa razy i który cię kocha...
Oh, zamknij się już.
Michael's POV
- Calum? Co ty tutaj, do kurwy nędzy, robisz?! - syknąłem, kiedy zobaczyłem Hooda zmierzającego w moją stronę.
- Mam wiadomości. Matt stwierdził, że uśmiechała się, kiedy z tobą esemesowała - wyszczerzył się, a ja uniosłem jedną brew.
- No i?
- No i chyba masz się cieszyć, idioto - przewrócił oczami. Grzeczniej, frajerze.
- Super. Łu-hu. Teraz spieprzaj, umówiłem się z nią.
- Jezu, stary, uspokój się, okej? Weź jakieś antydepresanty czy coś - poklepał mnie po ramieniu.
- Jak antydepresanty mają mnie uspokoić? - uderzyłem się otwartą dłonią w czoło, a on wzruszył ramionami.
- Kto cię tam wie, może masz depresję.
- Odwal się, Hood.
Zobaczyłem rudą grzywę zmierzającą w moim kierunku, więc momentalnie kopnąłem Caluma w tyłek, a on zrozumiał aluzję i uciekł szybko. Oh, asshole, you better do.*
- Hej - uśmiechnąłem się, a ona zmarszczyła brwi.
- Czy to nie był...?
- Nie - przerwałem jej, poklepując miejsce na ławce koło siebie.
- Ale jestem prawie pewna, że wi...
Pocałowałem ją krótko, żeby powstrzymać ją od mówienia, ale to wystarczyło, żeby rozbudzić moje wnętrze. Cholera, tak bardzo ją kocham.
Ale muszę przestać.
- Cóż, widzę, że przyniosłaś palce - podniosłem jej dłoń, a ona zachichotała. - Więc idziemy na łąkę.
- Mamy piętnaście minut, Michael - pokręciła głową, a ja westchnąłem.
- Widzisz ten trawnik przed wejściem do szkoły? - wskazałem palcem na miejsce, a ona skinęła. - Oto twoja łąka.
- Oh... Oh.
- Lubię, kiedy mówisz oh. Moja wyobraźnia pracuje - rzuciłem, zanim zdążyłem o tym pomyśleć, a ona rzuciła mi mordercze spojrzenie.
- Dupek.
- Też cię kocham.
Cholera, nie powiedziałem tego.
- Chodź, idziemy - wstałem szybko i podałem jej rękę niecierpliwym gestem. Boże, Michael, wyluzuj.
Przeszliśmy na trawę. Była pusta, bo zbliżała się chłodna pora w Californi, więc większość ludzi spędzało czas wolny w budynku. Usiedliśmy na samym środku, a tuż po tym zacząłem zrywać jak najdłuższe stokrotki. Albo jakieś inne gówno. Boże, skąd mam wiedzieć, co to były za kwiaty. Jestem tylko facetem, okej?
- Co robisz? - zaciekawiła się Dianna.
- Co ty robisz? Powinnaś zrywać kwiatki!
- Co? Po co? - zmarszczyła brwi.
- Robisz wianek.
- Dlaczego?
- Bo lubię patrzeć na to, jak się skupiać. I lubię ciebie we wiankach. To słodkie - wzruszyłem ramionami, a ona uśmiechnęła się.
- Więc uważasz, że jestem słodka, hę?
- Nie zaczynaj, Dianna - zgromiłem ją wzrokiem, a ona zaśmiała się. Po niedługiej chwili Di splatała ze sobą kwiaty tworząc wianek. Patrzyłem, jak jej małe palce pracują, a ona sama minimalnie wystawia język tak, jak zawsze, kiedy się mocno skupia. Uśmiechnąłem się na ten widok. Była taka piękna.
Cholera. Przestań, Michael.
- Więc...
- Więc - zaśmiałem się, a ona spojrzała na mnie krótko.
- Muszę ci coś powiedzieć.
- Już się boję - spoważniałem, a ona nadal splatała ze sobą kwiaty. No mów, kobieto.
- Pamiętasz, kiedy zostałeś u mnie kilka dni temu? Czekałeś aż zasnę, tak myślę.
Odgrzebałem w głowie wspomnienia tej nocy i skinąłem. Wtedy powiedziałem jej, że ją kocham. Wyrzuciłem to z siebie. W końcu.
- Cóż... Nie zasnęłam. Słyszałam, co mówiłeś - wyszeptała, nie odrywając wzroku od wianka.
Ja pierdolę. Chyba sobie żartujesz.
- Nie. Spałaś. Nie mogłaś tego słyszeć - pokręciłem głową, przekonując bardziej siebie niż ją.
- Słyszałam.
W końcu odłożyła splot i spojrzała na mnie, wzdychając.
- Powiedziałam coś zaraz po tym, jak wyszedłeś.
Przysięgam, że moje serce zaraz eksploduje z niepewności. Oh, no powiedz mi już. Po co te wstępy, Dianna?
- Co takiego?
- Że nigdy nie byłam jego.
Zamarłem. Oh. Nigdy nie była jego. Wcale nie mam fiesty w sercu i nie strzelam confetti, a mój żołądek nie urządził sobie szalonej potańcówki z wątrobą czy co tam jeszcze jest w środku. Pieprzyć biologię.
- Więc... Miałaś to na myśli? - przygryzłem wargę. Skinęła niepewnie, a ja wziąłem głęboki oddech. - Ale nadal z nim jesteś - zauważyłem. Ponownie skinęła.
- Nie miałabym się podziać, gdybym z nim zerwała. To teoretycznie jego mieszkanie. Zależy mi na nim, ale jedynie jak na kumplu. Tego jednak nie mogę mu powiedzieć.
- Jesteś taka popieprzona - pokręciłem głową, a ona wstała, otrzepując swoje spodnie. Podniosła prawie skończony wianek z ziemi.
- Wiem.
Związała ze sobą końce splotu i założyła mi go na głowę, a przynajmniej próbowała, bo tuż po tym, jak wylądował na moich włosach, wziąłem go w dłonie i odłożyłem na trawę, wstając.
- Jestem mężczyzną, nie noszę wianków.
- Jesteś też mięczakiem, a mięczaki noszą wianki - uśmiechnęła się szeroko, a ja złapałem jej dłonie.
- Kocham, kiedy mnie cytujesz.
- Kocham, kiedy starasz się mnie podrywać, ale ci nie wychodzi - wystawiła język.
- Kocham, kiedy pokazujesz mi język - odgryzłem się, a ona przekręciła głowę na bok.
- Kocham, kiedy mnie przytulasz.
- Kocham, kiedy jesteś blisko - powiedziałem cicho, a ona zadrżała.
- Kocham, kiedy... Cholera, skończyły mi się pomysły - przygryzła wargę, a ja zbliżyłem się do niej.
- Podpowiedzieć ci? - skinęła ledwo zauważalnie - Kocham cię - wyszeptałem i złożyłem na jej ustach pocałunek. Był inny niż wszystkie poprzednie. One miały w sobie tylko agresję, minimum uczucia, jedynie fizyczny dotyk. Tutaj czułem dokładnie, że to jest rzecz, na której robieniu chcę spędzić resztę życia. Mógłbym całować ją do końca życia. I jeszcze dłużej. To po prostu wydawało się takie odpowiednie. Odpowiednie osoby w odpowiednim miejscu i czasie.
Odsunęła się pierwsza i przymknęła oczy, ciężko oddychając.
- Więc? - ponagliłem ją, chcąc usłyszeć od niej te same słowa. Proszę, powiedz, że mnie kochasz.
- Mike, nie - pokręciła głową. - Nie mogę. To nie ma prawa bytu, okej? Jestem z Ashtonem. Mogę cię ko... Może mi na tobie zależeć, ale jestem z Ashtonem. Sprawiam wrażenie zakochanej w nim. Nie mogę angażować się w ciebie.
Ała?
- Dianna, nie rób mi tego - złapałem jej twarz, desperacko szukając czegoś w jej oczach. - Proszę, nie. Nie przeżyję tego. To... To mnie złamie, okej?
- Musisz dać sobie radę. Bądź szczęśliwy, proszę.
- Nie mogę, nie bez ciebie. Jesteś moim szczęściem. Nie odbieraj mi go. Nie, Di, nie...
Nagle w mojej głowie pojawiło się pytanie.
- Dlaczego tak bardzo bronisz się przed powiedzeniem, że mnie kochasz?
Dianna odwróciła wzrok.
- To słowa, które mają dla mnie ogromne znaczenie...
- Nie pieprz, Di. Mówisz to Ashtonowi, którego nie kochasz.
Westchnęła, a ja zmarszczyłem brwi. Jest taka trudna.
- Straciłam matkę przez te słowa, w porządku? Nie mogę tego mówić, bo to sprawia mi ból. Szczególnie do ciebie.
- Ja... Di, przepraszam.
Przytuliłem ją ciasno, chcąc obronić ją przed całym złem tego świata. Ona była jedynym dobrem w nim, więc musiałem ją chronić za wszelką cenę.
- Może znajdziemy zastępstwo za słowo kocham? - wymamrotałem w jej włosy.
- Okej. Co powiesz na zjadam? - zaśmiała się smutno.
- W porządku. W takim razie zjadam cię, Dianna.
Chwilę zwlekała z odpowiedzią.
- Myślisz, że możemy spotykać się potajemnie?
Odsunąłem się od niej, patrząc na nią z szeroko otwartymi oczami.
- Nie boisz się?
- Oczywiście, że się boję.
- Mnie?
- Nie. Ciebie nie. Ufam ci - spojrzała na mnie z nadzieją.
- Możemy spróbować - uśmiechnąłem się, a ona odwzajemniła gest. Wziąłem ją w ramiona i pocałowałem, krótko, ale intensywnie.
- Hej, Michael - powiedziała po chwili cichego wpatrywania się w siebie nawzajem.
- Hm?
- Zjadam cię - wyszeptała z szerokim uśmiechem, a ja wiedziałem, że to koniec.
Już nie ma odwrotu.


* Oh, lepiej to rób, dupku. Uznałam, że lepiej zabrzmi w wersji po angielsku, przynajmniej dla tych, którzy potrafią to przeczytać. Rozumiecie ten ból, kiedy fajnie wam coś brzmi po angielsku, ale po polsku wychodzi jak pół dupy zza krzaka, nie?
------------------
Dobra, nie do końca mi się podoba, ale jest. Jest już północ, więć trochę oszukałam, ale shhh
Mam nadzieję, że jesteście szczęśliwi i że Team Diashton mnie nie zabije :')
Tylko napomknę, że możecie brać poprawkę na tweety roleplayers - nie, Ashton NIE zostawi Dianny dla Ruby. Nie, Dianna NIE będzie chciała popełnić samobójstwa. Nie, Ashton NIE trafi do szpitala i nie ma raka mózgu (w ogóle wtf, co jest z wami, no halo, ahhahahah).
Pozdrawiam moją przyjaciółkę Marcysię, której dzisiaj opowiedziałam fabułę Letters i która stwierdziła, że musi mi znaleźć faceta, bo nie mam życia, lmao XD
No więc, komentujesz = motywujesz i takie tam
nie ogarniam już, co się dzieje, jestem tak zjarana i śpiąca i w ogóle
Dobranoc wszystkim (albo dzień dobry, ok) x

7

Patrząc przed siebie nie widziałam zbyt wiele. Jedynie marny, nadmorski horyzont, kilka żaglówek, chmurki na niebie. I tyle. Wystarczy jednak, że przekręciłam głowę, a przed moimi oczami pojawiało się mnóstwo innych, fascynujących rzeczy. Z lewej strony wielki diabelski młyn przebijał się ponad panoramą miasta, z prawej samochody prześcigiwały się nawzajem w niepisanym wyścigu. Widzicie, to wszystko zależy od perspektywy. Patrząc przed siebie i zamykając się tylko na żaglówkach i horyzoncie, nie zwracam uwagi na inne widoki, które mogłabym oglądać. Wystarczy zmienić punkt widzenia.
To wszystko było takie oczywiste.
Siedziałam na murku i bujałam nogami nad wodą rozbryzgującą się o falochron. Przekrzywiłam głowę wyciągając z tego metaforę. Teoretycznie fale uderzają głową w mur, nie myśląc o innych rozwiązaniach, patrząc uparcie w jedno miejsce. Może to mój czas, żeby zmienić perspektywę?
Westchnęłam cicho i wyciągnęłam telefon z kieszeni spodenek, kiedy wyczułam wibrację. Nowa wiadomość od Michaela.
Michael: Jak sobie radzisz, księżniczko? Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć. Zawsze.
Dianna:Zawsze? To naprawdę długo.
Michael:Warto :)
Uśmiechnęłam się pod nosem i wsunęłam komórkę z powrotem do kieszeni. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam jeszcze raz na odległy horyzont. Nagle usłyszałam kroki za sobą, więc odwróciłam się. Kilka metrów ode mnie stał blondyn o niebieskich oczach i wpatrywał się we mnie z kamienną miną.
- Umm... Mogę ci w czymś pomóc? - spytałam, czując się niekomfortowo pod jego spojrzeniem. Pokręcił głową, po czym usiadł koło mnie. - W porządku. Jak masz na imię?
Zignorował moje pytanie i chwycił jakiś mały kamyczek, żeby wrzucić go do wody bez żadnych emocji. Uniosłam brew, jednak nic nie powiedziałam. Wróciłam do rozmyślań.
Co, jeśli wszystko dawało mi mnóstwo znaków, że Luke popełnił samobójstwo, że Ashton ani Mike nie mogli być winni, a moje perspektywy po prostu tego nie akceptowały? Takie pytania dręczyły mnie dzisiaj cały dzień, na zmianę z jednym, najczęstszym.
Czy Luke naprawdę mnie zdradził?
Pokręciłam głową i spuściłam wzrok na moje vansy. Znowu poczułam na sobie spojrzenie chłopaka obok, więc uniosłam głowę powoli zaczynając się irytować.
- Chcesz tak tylko siedzieć tutaj ze mną i nic nie powiedzieć?
Skinął, po czym zaczął machać nogami jak pięciolatek. Oh, okej. Stwierdziłam, że już na mnie pora, więc wzięłam swoją torbę i już przerzucałam nogi na drugą stronę, kiedy mój towarzysz złapał mnie za ramię. Przeniosłam na niego zdziwiony wzrok, a on znowu tylko pokręcił głową.
- Mam zostać? - potwierdził skinieniem, więc odłożyłam torbę i westchnęłam. - Coś się stało? Dlaczego nie mówisz?
Odpowiedział mi jedynie milczeniem, nie żebym spodziewała się czegoś innego. Przetarłam twarz dłońmi i przygryzłam wargę.
- Ktoś cię skrzywdził?
Pokręcił krótko głową.
- Więc po prostu się do mnie nie odzywasz, ale chcesz, żebym została, tak?
I znowu skinął.
- Wiesz, naprawdę nie miałabym nic przeciwko, ale powinnam już wracać. Serio, mój współlokator zacznie się martwić.
Przerzuciłam nogi na drugą stronę i zeskoczyłam na ziemię, chwytając torbę i przewieszając ją sobie przez ramię.
- Przyjdę tu jutro, możemy się jeszcze spotkać - uśmiechnęłam się lekko i odwróciłam się, kierując w stronę przystanka autobusowego.
- Tristan - usłyszałam za sobą, więc odwróciłam się trochę zaskoczona.
- Słucham?
Blondyn uśmiechnął się.
- Pytałaś o moje imię. Tristan.
- Cóż, w takim razie miło było cię poznać, Tristan - odwzajemniłam uśmiech i odeszłam.
---
Dianna: Możesz przyjechać?
Michael:Będę za pięć minut
Michael:Otwarte okno?
Dianna:Zaraz będzie.
Westchnęłam i rzuciłam telefon na łóżko, kładąc się koło niego. Usłyszałam pukanie do drzwi. Wymamrotałam 'proszę', więc po chwili w progu stał Ashton z kubkiem w dłoni.
- Hej -  uśmiechnął się. - Przyniosłem ci herbatę, jesteś ostatnio niesamowicie przybita.
- Cóż.
Ash widocznie milczał, czekając aż rozwinę swoją wypowiedź. Ups?
- Dzięki za herbatę. Możesz mnie zostawić na razie samą, proszę? - jęknęłam cicho, więc podszedł do mnie i postawił kubek na stoliku nocnym. Pocałował mój policzek i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Miałam wyrzuty sumienia, wypraszając mojego chłopaka i zapraszając... hm, cóż, nie ma na niego określenia. Kim on właściwie jest? Przyjacielem? Nie sądzę. Byłym przyjacielem? To brzmi, jakbym się na niego gniewała, poniekąd. Byłą miłością?
Czy na pewno?
Spoliczkowałam się mentalnie za tę myśl, jednak nie zdążyłam skupić się na dalszym dumaniu, bo usłyszałam, że ktoś wchodzi przez okno. Spojrzałam w tamtą stronę i wcale się nie zdziwiłam, kiedy zobaczyłam Michaela. Podszedł do łóżka i usiadł na nim, patrząc na mnie smutnym wzrokiem.
- Co jest, Dianna?
- Naprawdę chcesz, żebym odpowiedziała na to pytanie? - spytałam bardziej zmęczona niż zła.
- Nie lubię widzieć cię w tym stanie.
- Ja sama nie lubię w nim przebywać.
Mike spuścił wzrok, widocznie nie wiedząc, co teraz zrobić. Wyciągnęłam do niego rękę, a on spojrzał na nią zdziwiony, jednak ujął ją i pociągnął mnie na swoje kolana. Westchnęłam i przytuliłam go bez słowa. I siedzieliśmy tak dłuższą chwilę, po prostu trzymając się w objęciach, nie wypowiadając zbędnych słów. Po jakimś czasie jednak Michael odsunął się ode mnie.
- Dlaczego chciałaś się ze mną spotkać?
- Myślałam dzisiaj dużo.
- O nie, to nigdy nie wróży nic dobrego - mruknął, ale go zignorowałam.
- Czy Luke mnie zdradził? - wypaliłam.
- Tak.
Cholera. Ałć, to bolało.
- Z kim?
Mike przygryzł wargę i odwrócił wzrok.
- Nie znasz jej.
- Michael.
- W porządku, w porządku. To Nina.
- Nina? Ta rok starsza? - skinął. Oh. Okej. To tylko rok starsza bogini o kruczoczarnych włosach i nienagannych rysach. W porządku.
- Dianna, ja...
- Nic nie mów, okej? - poprosiłam zwijając się w kłębek na łóżku i przykrywając kołdrą. Usłyszałam tylko, jak buty Michaela upadają na dywan i poczułam, że on sam kładzie się tuż koło mnie, przytulając mnie ciasno.
Dlaczego to wydaje się takie odpowiednie, skoro nie powinno?
- Di? - wyszeptał po chwili, a ja nie odpowiedziałam, więc chyba pomyślał, że zasnęłam, bo kontynuował. - Skoro i tak nie zapamiętasz albo nawet nie usłyszysz tego, co zaraz powiem... Szkoda, że tak się stało. Że Luke nie żyje, że się od siebie odsunęliśmy, że jesteś z Ashtonem. Pewnie nigdy nie zrozumiesz, dlaczego wziąłem na siebie jego śmierć. W każdym razie, dwa lata w więzieniu nie były gorsze od tej tortury, kiedy widzę cię codziennie, mogę cię dotknąć, przytulić i, cholera, czasem nawet pocałować. Ale nie mogę nazwać cię moją. Mogę jedynie słuchać, jak robi to Ashton. I nie wiem, czy wiesz, ale to zabija mnie od środka, każdego dnia coraz bardziej i bardziej. - przerwał na chwilę, a ja miałam wrażenie, że moje serce zaraz wypadnie z mojej piersi. - Kocham cię, Dianna. Szkoda, że nie możesz tego wiedzieć.
Jasna cholera.
Poczułam, jak zacieśnił uścisk na mojej talii i przyłożył usta do mojego ucha, szepcąc.
- Jestem takim mięczakiem. Sprawiasz, że jestem mięczakiem. To nie powinno się dziać. A jednak. - z abrał ręce, a ja poczułam nagłe uderzenie chłodu i smutku. - Dobranoc, naiwna Shenan. Śpij dobrze - powiedział cichoo i wstał z łóżka, udając się do okna, tak sądzę. Westchnął przeciągle i po chwili usłyszałam dźwięk zamykanego okna.
Kiedy upewniłam się, że nie może mnie usłyszeć, wyszeptałam ledwo słyszalnie:
- Nigdy nie byłam jego.
-----------------
yay <3
lubię ten rozdział, coś w nim jest takiego magicznego :)
chciałam coś dodać, to było ważne, ale zapomniałam, bo ledwo widzę na oczy ffs
więc przypominam: KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ
TWEETUJESZ W HASHTAGU #LETTERSFF = CIESZYSZ MOJĄ BUZIĘ
lmao
o, już pamiętam. szukam roleplayers dla Tamary i Tristana, chętni piszcie w hashtagu #LettersFF
W DODATKU, JEŚLI PRZECZYTAŁAŚ TEN ROZDZIAŁ TO TWEETNIJ CHOCIAŻ RAZ (więcej bardzo mile widziane) LINKA DO LETTERS I NAPISZ JAKĄŚ ZACHĘTĘ CZY BÓG WIE CO, DAJĘ WIADRO TLEN BEZ WIADRA ZA KAŻDY TWEETT *lel ja komik*
to do następnego ;)
A, jeszcze jedno!
Tweetujcie też z hashtagami #TeamDikey i #TeamDiashton
+ bardzo przepraszam za błędy - pisany na telefonie, bo mama porwała laptopa po pierwszych dwóch czy trzech zdaniach ;-;