Piosenki do rozdziału:
- Taylor Swift - Safe And Sound, Last Kiss
- Kodaline - All I Want
Dodatkowo przed przeczytaniem MUSICIE zerknąć do swojego dzieciństwa i przypomnieć sobie jedną piosenkę - ,,Kurki Trzy".
Wielka
trumna została spuszczona do dołu, a ja już nawet nie czułam smutku.
Jedyne, co nawiedzało moje serce, to zaduma. Będę za nim tęsknić,
pomyślałam. To śmieszne. Człowiek wydaje się najpotężniejszą istotą z
całego królestwa zwierząt, a tak łatwo można pozbawić go życia.
Westchnęłam,
przekraczając bramę cmentarza. Nic się nie zmieniło. Droga do grobu
Luke'a prowadzi pod piaskową górę, z której widać całą dolną część tego
miejsca. Robiło się już ciemno - postanowiłam przyjść tu dopiero, kiedy
nikogo nie będzie - więc wytężyłam wzrok i wlepiłam go w drogę przed
sobą. Ashtona nie ma ze mną. Chciałam być z nim sama. Wzięłam więc
gitarę i nuty. Mogę przynajmniej udawać, że nadal tu jest i zagrać z
nim, tak jak mieliśmy w zwyczaju robić co piątek.
Mijałam właśnie
rządek nagrobków dzieci. Patrzyłam na roczniki - niektóre byłyby dzisiaj
w moim wieku. To chyba najgorsze, co może spotkać rodziców. To dziecko
to owoc ich miłości. A ono umiera. Moje oczy się zaszkliły. Po krótkiej
chwili usłyszałam delikatną pozytywkę. Ruszyłam za dźwiękiem, który stał
się coraz wyraźniejszy. W końcu zatrzymałam się, a mój wzrok padł na
małego misia z otwartą w moją stronę książeczką z jakimś napisem.
Podobno dźwięki roznoszą się też do Nieba.
Rozpoznałam tę melodię. To były Kurki Trzy,
mama zawsze śpiewała mi to przed snem. Właśnie, mama... Nie trzymałam
już łez. Po prostu wpatrywałam się w pozytywkę i słuchałam niesamowicie
smutnej piosenki, która kiedyś wydawała mi się tak cholernie radosna...
Ci ludzie stracili swoje dziecko, ale nadal je kochają. A ona nadal mnie
ma. I już mnie nie kocha.
Kiedy już prawie dotarłam na szczyt
niewysokiej góry i miałam jedynie do pokonania trochę chodnika, zakręt w
lewo i pięć schodów, usłyszałam głośne szlochanie. Podniosłam głowę i
zobaczyłam znajomą blond czuprynę. Otworzyłam szeroko oczy, jednak
schowałam się za jakimś krzakiem, słysząc wszystko dokładnie.
-
Wiesz, Luke - zaśmiał się gorzko. - Wiem, że zawsze ją kochałeś.
Na początku nie chciałeś tego przyznać, ale już ją kochałeś. I nawet nie
próbuj zaprzeczyć. Chociaż, faktycznie. Nie spróbujesz.
Przewróciłam oczami na jego głupi żart.
-
W każdym razie... - pociągnął nosem. - Wiem, że ją kochałeś. Dobrze
wiedziałeś, że ze mną jest tak samo. Dianna była, jest i będzie dla mnie
wszystkim. Szkoda, że nie mogę powiedzieć jej prawdy. - westchnął
ciężko. - Bardzo mi cię brakuje, wiesz, stary? Zawsze byłeś ode mnie
lepszy w fifę, pamiętasz? Dawałem ci wygrywać. Uwielbiałem patrzeć, jak
cieszysz się z wygranej. Byliśmy przyjaciółmi, wszyscy we trójkę.
Dlaczego nie chcieliście się do mnie przyznać? Co było ze mną nie tak?
Zapłakał i wstał, dotykając ręką napisu na nagrobku.
-
Lucas Robert Hemmings. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty... -
urwał i zabrał dłoń. - Dwa tysiące dwunasty. Nieprawda. Tu powinno być
coś innego. Na zawsze. Nigdy nie zginiesz, Luke. Zawsze będziesz żywy w
moim sercu. Moim i Dianny.
Po tych słowach wstał i odszedł,
przecierając rękawem bluzy swoje policzki. Kiedy był naprawdę blisko
mojej kryjówki wstrzymałam oddech i usłyszałam, jak szepcze:
- Żegnaj, Luke.
Wyszłam zza krzaka i udałam, że idę kawałek, żeby nie domyślił się, że go podglądałam.
- Michael?
Chłopak odwrócił się i uśmiechnął złośliwie.
- Naiwna Dianna, o, hej.
Przewróciłam oczami. Naprawdę?
- Co tu robisz? - spytałam, udając zaskoczoną.
- Odwiedzam kumpla.
- Którego zabiłeś? - zauważyłam zgryźliwie.
- A ty? - zignorował mnie.
- Odwiedzam byłego chłopaka - wzruszyłam ramionami, a on przyjrzał mi się uważnie.
- Jak to jest, że cię nie widziałem?
-
Oh, byłam przy dziecięcych grobach - mój głos się załamał, a ja
spuściłam głowę. Usłyszałam jego kroki, a po chwili poczułam, jak unosi
mój podbródek.
- Hej, wszystko w porządku? - spojrzał mi w oczy, szukając w nich odpowiedzi.
-
Nic nie jest w porządku - jęknęłam i znowu się rozpłakałam, a Clifford
wziął mnie w ramiona. Oh, jestem taką emocjonalną frajerką.
- Nie
jesteś - wyszeptał w moje włosy. O matko, powiedziałam to na głos? -
Chcesz, żebym poszedł tam z tobą? - odsunął mnie od siebie trochę, nadal
trzymając dłonie na moich ramionach.
Cholera.
- Um... Powiedziałam Ashtonowi, że chcę iść tu sama, a on...
-
Oh, serio, Dianna? - przewrócił oczami. - To jest Irwin, on nawet go
nie znał. Logiczne, że nie chciałaś tu z nim iść. Ja to zupełnie inna
historia, nie sądzisz?
- Może masz rację - skinęłam, przypominając sobie jego emocjonalną rozmowę z Lucasem sprzed chwili.
-
Zawsze mam rację, nawina Dianno, tylko czasami nie chcesz tego przyznać
- uśmiechnął się lekko, a ja uderzyłam go łokciem w żebra, idąc dalej. -
Ała?
- To bolało mnie bardziej niż ciebie - westchnęłam dramatycznie, kładąc dłoń na piersi.
Doszliśmy do jego grobu. Był wyczyszczony, jestem pewna, że to robota Michaela. Nie palił się jednak na nim żaden znicz.
- Byłeś tu już wcześniej? - spytałam udając, że nie znam odpowiedzi na to pytanie.
- Taa. Posprzątałem trochę. I położyłem nawet kwiatka - wskazał na doniczkę z małymi, różowymi kwiatkami.
-
Nie jestem pewna, czy Luke chciałby mieć na swoim grobie różowe kwiatki
- uśmiechnęłam się smutno, ale on zignorował mnie, siadając na ławeczce
obok nagrobka. - Przesuń się - powiedziałam, chcąc uzyskać dostęp do
małej skrzyneczki pod jego nogami, w której znajdowały się wszystkie
'przybory'. Wyjęłam dwa wypalone do połowy wkłady do zniczy i pudełko
zapałek.
- Co robisz? - spytał zdezorientowany Michael, a ja przewróciłam oczami.
- Zapalam mu światło.
Po
przymierzeniu ich do pustych zniczy na grobie doszłam do wniosku, że są
za długie na wszystkie z nich, dlatego powyrzucałam te najbrzydsze i
zabrałam same wkłady na grób obok. Znalazłam jakiś długi, cienki
patyczek i przeniosłam ogień do wkładów - stwierdziłam, że zapałką
ciężko będzie mi odpalić ten kijek.
Przyniosłam światło do Luke'a i ustawiłam je razem z niepalącymi się zniczami. Usiadłam na ławce koło Michaela i wyjęłam gitarę.
- Chcesz mu grać? - spytał, a w jego głosie nie było ani krzty drwiny czy śmiechu.
- Tak. Mam dla nas kilka piosenek.
- To był wasz rytuał, prawda? Granie co tydzień w piątki?
Skinęłam, wyciągając nuty.
Po prostu zamknij oczy
Słońce chyli się ku zachodowi
Będzie dobrze
Nikt nie może cię teraz skrzywdzić
Przyjdź, światło poranka
Ty i ja będziemy cali i zdrowi
-
To tak smutno prawdziwe. I pasujące do was - zauważył, kiedy
skończyłam, a ja nie odezwałam się. Po prostu zagrałam kolejną piosenkę.
Gdy ostatni raz powiedziałeś Żegnaj
umarłam trochę w środku
I leżałam we łzach w łóżku całą noc
Sama bez ciebie obok
Lecz jeśli mnie kochałeś
Dlaczego mnie zostawiłeś
Weź me ciało
Weź me ciało.
W zamyśleniu grałam i śpiewałam kolejne wersy utworu.
- Dianna... - usłyszałam jego zachrypnięty głos, a kiedy wbiegłam do jego pokoju, był cały we krwi. O mój Boże.
- Luke! Boże, Luke, co tu się... - wyciągnęłam telefon w celu poinformowania pogotowia i wezwania pomocy.
-
Zamknij się chociaż na chwilę, pro... - przerwał i zaczął kaszleć. Z
jego ust wydobywała sie krew. - Nie dzwoń po karetkę, już i tak umieram.
Proszę, dowiedz się prawdy za wszelką cenę. Znają ją tylko dwie osoby, a
jedna z nich właśnie kona na twoich oczach.
Widziałam, z jakim bólem mówił. To był już koniec. Chwyciłam jego rękę, a moje łzy spływały na jego dłoń.
- Dianno. - łza spłynęła po jego policzku. - Proszę, bądź szczęśliwa.
- Nawet tak nie mów, Luke! Nie odnajdę szczęścia bez ciebie - rozpłakałam się i przytuliłam do jego rannego ciała.
- Żegnaj, księżniczko.
I
wypuścił swój ostatni, chrapliwy oddech. Jego serce nie biło pod moją
głową, jego dłoń poluzowała swój uścisk na mojej. Spojrzałam na jego
twarz. Miał otwarte, niewidzące oczy. Jego wargi były lekko rozchylone.
Zamknęłam jego powieki i ucałowałam każdą z nich z ogromnym bólem w
klatce piersiowej.
- Dobranoc, Lukey. Śpij dobrze.
- Di, wszystko w porządku?
Potrząsnęłam głową wracając do rzeczywistości.
- Powiedz mi prawdę o tej nocy - zażądałam, a Michael otworzył szeroko oczy.
- Ja... Powiem ci, kiedy będziesz gotowa.
- Jestem.
-
Nie, nie jesteś - spojrzał na mnie z troską. - Wciąż minęło za mało
czasu od jego śmierci. Jeszcze o nim nie zapomniałaś, nie mogę ci
powiedzieć.
- Nigdy o nim nie zapomnę. A chcę znać prawdę.
Clifford westchnął i wbił wzrok w moje oczy. Widocznie walczył sam ze sobą, zastanawiając się, czy może mi powiedzieć.
- Czy mam rozumieć, że to, co kiedyś mi powiedziałeś, jest prawdą? - pospieszyłam go.
- Nie. Oczywiście, że nie. Czy przychodziłbym z tobą na grób kolesia, którego zabiłem?
- Może stwarzasz pozory - wzruszyłam ramionami, a on nadal patrzył mi w oczy. - Co? Coś nie tak? Co zrobiłam?
- Nic. Po prostu jesteś piękna - uśmiechnął się smutno, a ja spuściłam głowę.
- Oh.
- Więc, czy na pewno chcesz znać prawdę?
- Tak. Na pewno.
- Jesteś na nią gotowa?
Przełknęłam ślinę. Cholera.
-
Tak myślę...? - przygryzłam wargę, a on spojrzał w bok, jakby niepewny
tego, co ma zaraz powiedzieć. W końcu wrócił wzrokiem do mnie, a ja
uniosłam jedną brew w oczekiwaniu. (Jednocześnie starałam się pokazać,
że wcale nie denerwuję się tym, co właśnie ma nadejść, mimo że było na
odwrót. Ale on nie musiał o tym wiedzieć.)
- Już wiem.
- Musiałeś tyle myśleć nad prawdą? Już wiem, że mnie okłamiesz.
- Nie zamierzam ci tego powiedzieć.
- Jak to nie? Przecież...! - wstałam i założyłam ręce na piersi. - Obiecałeś.
- Nic nie obiecałem, naiwna Shenan. Ale poznasz prawdę.
- Przecież tylko ty i Luke ją znacie.
Skinął. Co, do cholery? Zmarszczyłam czoło.
- Więc jak zamierzasz pozwolić mi ją poznać, skoro nie chcesz mi powiedzieć?
Uśmiechnął się chytrze, po czym podszedł do mnie i wyszeptał mi prosto do ucha:
- Przyjdź tutaj jutro o tej samej porze. I sprawdź pudełko od zapałek.
Odsunął się, mrugnął do mnie i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na grób Lucasa.
-
Trzymaj się, stary. W końcu pozna prawdę, tak jak chciałeś. Dwa lata,
prawda? - uśmiechnął się lekko i odszedł, zostawiając mnie oniemiałą.
---
-
I jak było? - spytał Ashton z kuchni. Weszłam do środka i zobaczyłam go
w fartuchu, układającego wykrojone ciasteczka na blasze. Uśmiechnęłam
się i przytuliłam go od tyłu.
- W porządku.
- Mam nadzieję -
pocałował mnie w nos i wrócił do ciastek. Poszłam odłożyć gitarę i
wróciłam do niego, siadając na stołku barowym.
- Spotkałam Michaela.
- Co? - zmarszczył brwi.
- Spotkałam Michaela - powtórzyłam. Na cmentarzu. Siedział przy grobie Luke'a, kiedy przyszłam.
-
Martwię się o ciebie. Ten koleś jest mordercą - przypomniał, a mi
zrobiło się niesamowicie smutno. To nie on zabił Lucasa, a jest
obarczany za to winą.
- Nie musisz.
- Wiesz, chciałbym. Ale nie mogę. Naprawdę mi na tobie zależy, słońce. Nie chcę, żeby stała ci się krzyw... Czekaj.
Zamarłam, kiedy chwycił mój nadgarstek.
O nie.
- Co to jest? - spojrzał ze smutkiem na moje blizny, a ja spuściłam wzrok i wyrwałam rękę.
- Nic.
- Dianna, ja... Kiedy?
Potrząsnęłam głową i spojrzałam w jego zaszklone oczy. O mój Boże, czy on zamierza płakać?
- Zanim my... Zanim byliśmy razem. Po dwóch tygodniach od jego śmierci.
- Przez niego?
- Nie.
- A przez co?
Westchnęłam i przygryzłam wargę.
- Obiecaj, że nie będziesz się śmiać.
- Jak mógłbym się śmiać z powodu twojego samookaleczania, Dianna? - spojrzał na mnie smutno.
Staliśmy chwilę w ciszy (znaczy się, on stał, ja nadal siedziałam na stołku), kiedy w końcu się odezwałam:
- To przez Michaela.
Ashton zamrugał kilka razy i zachęcił mnie uściskiem dłoni, żebym kontynuowała.
-
Wiesz, ja i on, my... Byliśmy naprawdę bliskimi przyjaciółmi. Ale tak
naprawdę. Cóż, przyznam się. Kochałam go. Nikt tego nie akceptował.
Zdałam sobie sprawę z ogromu moich uczuć dopiero po śmierci Luke'a.
Dostałam od niego wiadomość, żebym spotkała się z nim w lesie, na naszym
miejscu. Pewnie teraz spłonęło albo posadzili tam nowe drzewa, czy coś,
ale była taka polanka. Zawsze się tam spotykaliśmy. Poszłam tam, było
późno, ale poszłam. Wtedy powiedział mi... - mój głos się załamał. -
Wtedy powiedział mi, że to on go zabił. Nie wierzyłam w to, ciągle
zaprzeczałam, wiedziałam, że to nie mógł być on, że nie mogłam pokochać
mordercy... A kilka dni później dowiedziałam się, że ma proces sądowy o
morderstwo Luke'a. Pamiętasz, jak powiedziałam ci, że moja matka nie
żyje? - skinął. - Kłamałam. Żyje, ale się mnie wyrzekła. To było
dokładnie dwa tygodnie po jego śmierci. Ona zawsze była dla mnie czymś w
rodzaju przyjaciółki. Po tym wszystkim powiedziałam jej, że kocham
Michaela. Wpadła w szał, mówiąc mi, jaką to jestem szmatą, bo pokochałam
psychopatę, mordercę, kryminalistę... - rozpłakałam się, sama nie wiem,
dlaczego. - Więc wyprowadziłam się do Ruby i Jade, mówiąc cioci, że
mama po prostu wyrzuciła mnie z domu, nikomu nie wspominając o moich
uczuciach już ani razu. Wtedy nasłuchałam się o nim tylu strasznych
rzeczy, że chyba samo mi przeszło - zaśmiałam się gorzko. - Bo przecież
nie mogłam kochać kryminalisty, prawda?
Ashton stał i słuchał, nic nie mówiąc. Kiedy skończyłam, przechylił głowę w lewo i przyjrzał mi się uważnie.
-
Ale kiedy to zrobiłaś? Już wiem dlaczego, jednak w twojej historii nie
było żadnego czasu, w którym mogłaś to zrobić. To działo się tak
szybko...
- Raz tuż po tym, jak mama powiedziała... Cóż, to, co
powiedziała - przygryzłam wargę. - I dwa, może trzy razy u cioci w
łazience. Raz znalazła mnie Ruby, ale o nic nie pytała, tylko opatrzyła
mi rany. Obiecała nikomu nie mówić. Zauważyłeś, że ona troszczy się o
mnie najbardziej, prawda? Zawsze tak bardzo się martwi...
- Nie
rób tego nigdy więcej, księżniczko. - wzdrygnęłam się, przypominając
sobie śmierć Luke'a i jego ostatnie słowa. - Jesteś zbyt idealna, żeby
to niszczyć - wyszeptał, po czym pocałował moje blizny, a ja rozpłakałam
się jak dziecko i wpadłam w jego ramiona.
- Jesteś perfekcyjnym chłopakiem, czym na ciebie zasłużyłam?
- Tym całym cierpieniem, które musiałaś wytrzymywać.
- Skoro Ash jest idealny, to dlaczego ciągle myślisz o tym Michaelu, którego spotkałaś na cmentarzu? - odezwała się moja podświadomość, a ja spoliczkowałam ją mentalnie.
- Kocham się, Irwin.
- Ja cię mocniej, Shenan. Całą. Nawet twoje blizny - pocałował mnie, a ja miałam wrażenie, że mogę tu zostać na zawsze.
---
Następnego
dnia udałam się do grobu Luke'a. Pozytywka nadal grała, a tym razem
uśmiechnęłam się na jej dźwięk, bez określonego powodu. Podeszłam do
nagrobka Hemmingsa i otworzyłam skrzyneczkę. Wyjęłam paczkę zapałek i
nie zdziwiłam się, kiedy zastałam tam małą karteczkę. Rozłożyłam ją.
Droga Dianno.
Prawda
jest bliżej mnie, niż Ciebie, to jasne. Chociaż to Ty jesteś teraz
bliżej mordercy, niż ja. Wczoraj oboje byliśmy na równi, dzisiaj już
jesteś bliżej. Dlaczego ten, który zabił Luke'a, zrobił to, co zrobił?
Cóż, to proste. Nie mógł znieść myśli o zdradzie swojej dziewczyny. Już
wiesz?
Zamarłam. To są chyba jakieś pieprzone żarty.
Jeśli jeszcze nie, postaram się wyjaśnić Ci to, ale w ten sposób, żebyś mogła czuć się dumna, że sama do tego doszłaś.
Zabójca
Luke'a był do niego podobny. Miał blond włosy, niewinne oczy...
Dzielili nawet tą samą dziewczynę. A nie miałaś wielu chłopaków, krąg
chyba się zawęża, prawda? Domyślasz się już? Jakieś pomysły?
Co
więcej, wiedziałem o jego planach. Jednak nie tak to miało wyglądać.
Wszystko miało być inne. Wszystko miało potoczyć się inaczej...
Dlatego wziąłem winę na siebie.
Już wiesz, kto doprowadził do śmierci twojego małego, nieskazitelnego Lucasa?
Uważaj na siebie, naiwna Dianno.
M.C.
-
O kurwa - zaklęłam pod nosem, zgarniając mordercze spojrzenie jakiejś
staruszki, która przechodziła obok mnie. Zignorowałam to jednak, bo
zaczęłam wpadać na pomysł, kto mógł być zabójcą.
Ktoś, kto wczoraj całował moje blizny był osobą, która po części się do nich przyczyniła.
Ashton zabił Luke'a.
---------------------
OKEJ, NIE POSZATKUJCIE MNIE ZA TO, PLZ
szczególnie
mówię do @irwinxangelx, której napisałam kiedyś na dm, że to nie Ash
jest zabójcą. Jeśli chcesz, to zgłoś się do mnie i w ramach
'wynagrodzenia' zaspoileruję ci troszeczkę, ale tak niedużo :')
Przepraszam,
że tak długo musieliście na to czekać, ale to był taki cholerny
spontan, już miałam skończony rozdział, bo miał się skończyć po tym
jednym dniu, ale jakoś tak te list wyszedł sam spod moich palców. Ale,
chyba mi wybaczycie, bo rozdział jest meeega długi (ma 2,5 tysiąca słów,
halo halo).
Teraz taka super mobilizacja - używacie
hashtagu #LettersFF nałogowo przez cały weekend (od dzisiaj, tj. 15
sierpnia, do niedzieli, 17 sierpnia, aż do końca dnia, ale potem też,
lmao xd) i piszecie dosłownie wszystko, WSZYSTKO - wasze przemyślenia,
ulubione momenty, szipy, postaci i Bóg wie co, lel
Pamiętaj: komentujesz = motywujesz :)
zapraszam do dawania follow role-players 'Listów' x
PS.
Dodaję zdjęcie, które przedstawia sukienkę Di z zeszłego rozdziału -
zapomniałam, że z Wattpada nie można kopiować linków :) Niestety tylko
jedna sukienka, ale resztę dodam razem z hashtagiem #LettersFF na tt,
więcej niż jedną nie mogę dodać do rozdziału na wattpadzie.
POZA TYM, JAK ZOBACZYŁAM 600 WYŚWIETLEŃ TO PRAWIE ZEMDLAŁAM, SERIO, OMG, KOCHAM WAS <3
boże świetny. nie spodziewałam sie że Ash jest zabójcą. ciekawe jak wszystko potoczy się dalej. czekam na next. :)
OdpowiedzUsuń