piątek, 31 października 2014

1: Ruby

 - Hej, Ruby – uśmiechnął się Tristan, kiedy usiadałam na krześle przy stoliku.
W tej samej kawiarni, wiele lat temu, moja przyjaciółka, Dianna, powiedziała nam, że Michael wrócił do miasta. Wtedy zarzekała się na śmierć, że go nienawidzi, a jednak została "zmuszona" do pójścia z nim na bal. I od tamtej pory zaczęło się coś niezwykłego. Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się do siebie.
Wzięłam jeden kubek z parującą kawą i spojrzałam na niego.
- Więc? Dlaczego chciałaś się spotkać? - powiedział całkowicie neutralnie, bez wyrzutu ani wyczekiwania w głosie.
Przyjaźniliśmy się już prawie osiem lat. Kupa czasu, prawda? Nadal jednak nie zamierzamy zrobić z tym nic więcej. Tylko przyjaciele.
- Chciałam ci o czymś powiedzieć – przygryzłam wargę i spojrzałam dyskretnie na swój palec serdeczny, jednak Tris zdążył to zauważyć i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
- Oświadczył ci się?!
Skinęłam głową z szerokim uśmiechem. Tristan ujął moją dłoń i zaczął oglądać pierścionek z każdej strony, jakby upewniając się, że jest prawdziwy. Stwierdziwszy ten fakt, wstał, obszedł stół i przytulił mnie naprawdę mocno.
- Jestem z was taki dumny, zawsze wam kibicowałem, wiesz?
- Zawsze? - zdziwiłam się. - Nie wiedziałam, że nawet go lubiłeś.
- Udawałem, że jestem okropnie protektywny wobec ciebie, żeby wiedział, że nie może cię użyć i wyrzucić. Cieszę się, że tak się nie stało.
Pomyślałam o tych wszystkich razach, kiedy wychodziłam gdzieś z Benem i za każdym razem spotykałam Tristana, który przypadkiem przechodził obok nas, wybierał się na ten sam film albo kupował zupełnie niepotrzebne mu waciki do demakijażu, tylko po to, żeby mnie kontrolować.
- To w sumie było całkiem słodkie – przyznałam.
- Ja jestem słodki – zaśmiał się Tris, a ja mu zawtórowałam. - Wiedz, że jeśli będziesz potrzebowała pomocy w czymkolwiek, to jestem przy tobie.
- Przyjaciele na zawsze, prawda? - żartobliwie wyciągnęłam w jego stronę mały palec, a on ujął go z wielką powagą.
- Na zawsze.
---------------------
- Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego – moje rękawiczki – coś niebieskiego, coś odziedziczonego... - wyliczała Dianna, która denerwowała się tym wszystkim bardziej niż ja. Zaśmiałam się pod nosem i złapałam ją za ramiona, przytrzymując w miejscu.
- Di, wszystko będzie okej. To mój dzień. Nie ty powinnaś się stresować.
- Wiem, ale po prostu jesteś moją najbliższą przyjaciółką i czuję się, jakbym to ja wychodziła za mąż – przyznała.
- To tylko założenie głupich pierścionków z szalikiem zawiązanym na dłoniach. Nic szczególnego – wzruszyłam ramionami, a ona posłała mi mordercze spojrzenie, ale się uśmiechnęła.
- Pomyśl o tym w ten sposób: wiążesz się z kimś na zawsze, zakładasz rodzinę, a wasz związek będzie pobłogosławiony przez Boga.
- Gadanie – machnęłam zdawkowo ręką i spojrzałam po raz ostatni w lustro. Wyglądałam po prostu ładnie – moja sukienka była biała, ale miała błękitne akcenty (punkt z listy Dianny: coś niebieskiego), na dłoniach miałam rękawiczki, a włosy pięknie spięte w idealnego koka i ozdobione wiankiem z białych, drobnych kwiatów.
- Jesteś taka bezuczuciowa, Rubs – zaśmiała się Dianna, a ja westchnęłam ciężko. - Co jest?
- Po prostu chciałabym, żeby ona tu była. Wiedziałaby, co powiedzieć, uśmiechałaby się cały czas i ciągle psułaby mi włosy, tylko po to, żeby mi dokuczyć.
- Tej Jade już nie ma - przypomniała mi gorzko Dianna, a ja musiałam przyznać jej rację. Ta Jade odeszła razem z Luke'iem i Tiną.
Po chwili rozległo się pukanie i do środka wszedł Tristan.
- Wyglądasz ślicznie – mrugnął do mnie, a ja skinęłam z uśmiechem, niemo dziękując. - Gotowa?
- Dlaczego wszyscy zadają mi to pytanie? - burknęłam poirytowana, zadarłam spódnice i teatralnie wyszłam, udając obrażoną. Sekundę później jednak wróciłam, śmiejąc się głośno.
- Jak ona to robi? - Tristan podniósł jedną brew, a Dianna wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia, Tris. Nie mam pojęcia.
----------------------
- Do dna! - krzyknął Michael, a ja opróżniłam kieliszek. Z resztą, nie pierwszy już dzisiaj, jednak jeśli jest jakiś dzień, w którym nie wolno sobie żałować, to właśnie był ten dzień.
Ben zaśmiał się głośno, widząc mnie w takim stanie. Objął mnie ramieniem i pocałował krótko, a ja uśmiechnęłam się do siebie.
- Jak na razie niźle nam idź, prrrrrrawda? - wybełkotałam, a on skinął, mimo że pewnie nic nie zrozumiał. Miał zdecydowanie większą tolerancję do alkoholu niż ja, to było niesprawiedliwe. Nie udało mi się jednak tego wymówić, bo kolejny drink został wciśnięty w moją dłoń.
Okej, nie protestuję.
- Jak się czujesz, kochanie? - spytał mnie na ucho, a ja tylko skinęłam, informując go, że jest dobrze.
Kuzynka Bena poprosiła go do tańca i to było ostatnim, co zapamiętałam.
-----------------
- I jak było? - zapytała mama, kiedy przekroczyliśmy jej próg po podróży poślubnej. - Odpoczęliście?
Ben spojrzał na mnie z rozbawieniem, a ja dźgnęłam go łokciem w żebra.
- Tak, mamo - przewróciłam oczami i usiadłam na blacie stołu.
- Dianna tu była, pytała, kiedy wracacie. Myślę, że powinnaś do niej zadzwonić.
- Mam już prawie dwadzieścia sześć lat, nie traktuj mnie jak dziecko.
Mama podeszła do mnie i przytuliła mnie ciasno.
- Wiem, córeczko, wiem. Po prostu to dzieje się tak szybko, naprawdę. I ciężko mi się z tym pogodzić.
- Już i tak długo nie mieszkałam z tobą - zauważyłam.
- Przestań, Ruby - zaśmiała się, a ja poklepałam ją po plecach.
- Zawsze będę twoją córeczką, okej? - złapałam ją za ramiona i spojrzałam jej w oczy.
- Okej.
--------------------
- Tris, do cholery, dlaczego John ssie pilota?! - krzyknęłam, jedną ręką zakładając buta.
- Nie wiem, boże, Ruby, poszedłem tylko do kibla - burknął, przechodząc obok mnie.
- Nawet jeszcze nie wyszliśmy, a ty już zostawiasz go bez opieki!
Tristan przewrócił oczami.
- Gdzie jest Ben?
- Poszedł po nosidełko do mojej mamy. Masz listę?
- W głowie, na lodówce i w telefonie. Ruby, uspokój się - zaśmiał się, a ja zmierzyłam go morderczym spojrzeniem.
- Zostawiam najmniej odpowiedzialną osobę, jaką znam, z moim dzieckiem. Chyba mam prawo panikować.
- Wyluzuj, dorosłem trochę.
Westchnęłam i przeczesałam włosy palcami.
- Mleko masz w szafce, już odmierzyłam porcję do butelki, zalej gorącą, ale nie wrzącą wodą, połóż go o dwudziestej i zaśpiewaj mu kołysankę, a potem...
- Ruby? Jesteś gotowa? - zawołał Ben z korytarza.
- Już idę! - zwróciłam się ponownie do Tristana. - Możesz zamówić sobie pizzę i wypożyczyć jakiś film z biblioteki.
- Okej, idź już - zaśmiał się.
- Jeszcze raz dzięki, że z nim zostaniesz - pocałowałam go w policzek i po raz ostatni pomachałam mu na do widzenia.
-----------------
- Ah, to były czasy - uśmiechnęłam się leniwie.
- Masz rację. Pamiętasz jeszcze, kiedy John był taki malutki?
- Tyci, tyci - zaśmiałam się.
- Ej, nie gadajcie o mnie sikającym w pieluchy - obruszył się John, a Elizabeth uśmiechnęła się pod nosem, nie odrywając nosa od książki. - Ty, młoda! Zaraz będziemy się śmiać z ciebie!
- Nie mów tak do siostry, John - upomniał go Ben. - Dwadzieścia jeden lat ci nie wystarczyło, żeby nauczyć się manier?
- A jej siedemnaście? - burknął.
- Jestem uosobieniem manier, braciszku - parsknęła Liz, a ja nie mogłam się nie uśmiechnąć.
Wszystko było idealne.
Wszystko i wszyscy na swoim miejscu.
Oparłam głowę na ramieniu Bena, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi.
- O, hej, Tristan - powiedział John, a Tris się zaśmiał.
- Pamiętam, jak sikałeś w pieluchy, mów do mnie chociaż wujku.
- Wujku Tristanie, gdzie ciocia? - rzuciła sarkastycznie Elizabeth, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- W pracy. Mogę sobie zrobić kawę? - spytał mnie, a ja gestem ręki kazałam mu się obsłużyć.
Wszystko i wszyscy na swoim miejscu.
Uśmiechnęłam się, naprawdę doceniając szczęście, które mnie spotkało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz