piątek, 31 października 2014

3: Calum

Przetarłem zroszone potem czoło, zdając sobie sprawę z tego, jak głupi był ten gest. Teraz smar, który przyozdabiał mój nadgarstek, znajdował się również na mojej twarzy. Pokręciłem zrezygnowany głową i ponownie pochyliłem się nad maską samochodu, przyglądając się płynowi chłodzącemu. Coś było z nim nie tak i auto nie działało tak, jak powinno, a ja nie wiedziałem, co z tym zrobić.
- Jenna? Możesz mi pomóc? - krzyknąłem w głąb warsztatu.
- Serio, Hood? Znowu nie potrafisz? - parsknęła, podchodząc do mnie i odpychając mnie od samochodu. Pochyliła się nad nim i wsadziła rękę do środka. Po chwili wyjęła z niego wsuwkę i spojrzała na mnie z niedowierzaniem. - Właścicielką samochodu jest kobieta, pewnie coś zaczęło szarpać, a ona podniosła maskę, żeby to sprawdzić. Wsuwka wpadła i zaczepiła się w tak niefortunny sposób, że nie dało się zakręcić pojemnika z płynem chłodniczym. Weź się do roboty - burknęła, rzucając we mnie ozdobą.
- Zadziorna, lubię takie - zaśmiałem się, a ona pokazała mi środkowy palec i odeszła do Marka, który czekał na nią z podnośnikiem.
Zatrzasnąłem maskę i podszedłem do drzwi kierowcy, chcąc się upewnić, że wszystko już w porządku. Wsiadłem do środka i przekręciłem kluczyki. Auto zapaliło normalnie. Pokręciłem głową z uśmiechem i zamknąłem drzwi, ruszając na jazdę sprawdzającą. Ta dziewczyna nie przestawała mnie zaskakiwać.
-----------
- Calum, jeszcze tylko ta Honda i możesz iść - oznajmiła Jenna, poklepując mnie po ramieniu. Jej rude włosy związane były w roztrzepany warkocz pobrudzony smarem, a jej twarz przybrała szydzący uśmieszek. - Klocki hamulcowe.
- Żartujesz sobie ze mnie - sapnąłem, patrząc na zegarek. - Jest szesnasta. Jak, do cholery, mam to zrobić jeszcze dzisiaj?
- Wyluzuj. Są już wyjęte. Tylko wstawisz je i oddasz miłej pani jej autko. Jasne? - spytała z determinacją w głosie. Naprawdę poważnie podchodziła do tej pracy.
- Jak słońce.
Wykonałem swoją robotę i skierowałem się do pryszniców. Musiałem zmyć z siebie zapach tego miejsca. Dziś spotykałem się z Flu. Kiedy wychodziłem, wycierając mokre włosy ręcznikiem, przyjechała właścicielka Hondy od klocków hamulcowych. I myślałem, że po prostu padnę na twarz tak, jak tam stałem.
- Dzień dobry, Jade Clarks. To moja Honda, o tam - powiedziała, a ja uniosłem jedną brew. Tak bardzo się zmieniłem, czy ona po prostu mnie zapomniała?
- Och, tak. Tak myślę. Oto kluczyki - podałem je jej z wahaniem, jednak ona przyjęła je z uśmiechem i podziękowała cicho.
Co się właśnie stało?
- Hej, Hood! Przestań się gapić, bo i tak nie poderwiesz - zadrwiła Jenna.
Blondynka odwróciła się na pięcie i spojrzała na mnie z otwartymi ustami. A niech cię, Jen.
- Calum?
- Cześć, Jade. Miło cię znowu widzieć.
-------------
- I tak po prostu ją przywitałeś? Tyle? Żadnego spierdalaj, zniszczyłaś mi życie, bo cię pokochałem, a ty złamałaś mi serce? - spytał Tristan, kręcąc głową.
- Dzięki, Tris. Ty to wiesz co powiedzieć - przewróciłem oczami.
- Myślę, że on chciał po prostu zrozumieć, dlaczego nic jej nie powiedziałeś - wtrącił Michael, który podrzucał Johna, syna Ruby, na kolanach. - Mogłeś jej wygarnąć, co tylko chciałeś. Czemu tego nie zrobiłeś?
- Bo była taka inna, taka, jak kiedyś... Może cela ją zmieniła?
- Proszę cię. Już raz to przerabialiśmy. Nie możesz się znów zakochać - prychnęła Dianna, a ja miałem ochotę ją uderzyć. Nie rozumiała. Żadne z nich nie rozumiało.
- Kocham Flu. Nie zamierzam wrócić do uczuć z liceum. Dorosłem.
- I bardzo dobrze. - oznajmiła Ruby, wyjmując ciasto z piekarnika. - A tak właściwie, to ta sprawa z Flu jest poważna? Jeśli mam być szczera to nie lubię kobiety - pokręciła glową, ściągając ochronne rękawice.
- Nie wiem, ona nie chce się angażować, ale mi zależy... chyba? - podrapałem się po karku. Nienawidziłem takich pytań. Och, przestańcie. To moje życie uczuciowe, a nie wasze, więc zajmijcie się swoimi interesami. - Myślę, że ją kocham. Ale nie jestem pewien. To skomplikowane.
- A co z tą z warsztatu? Jenną? - spytał Tristan z zaciekawieniem, za co Tamara wbiła mu łokieć w żebra. - No co? Myślę, że to właśnie na niej ci zależy, jeśli już.
- Och, przestań. To tylko koleżanka.
Prawda?
-------------------
- Zabierz ode mnie tego irytującego faceta, Calum - burknęła Jenna, przytulając mnie od tyłu.
- Co tym razem?
- Twierdzi, że jego samochód jest zepsuty, bo stacza się z każdej górki. Zawsze zostawia go na luzie - pacnęła się ręką w czoło, a ja się zaśmiałem. - Przestań, to nie jest śmieszne! Jego auto naprawdę jest do naprawy!
- Weź go na przegląd, pociągnij sto dolców za "wymianę skrzyni biegów" i napomknij, żeby zostawiał samochód na biegu.
Jenna odwróciła mnie do siebie i pocałowała krótko.
- Mistrz. Chyba gotuję jutro obiad.
- Lassagne! - krzyknąłem za nią z uśmiechem.
-------------------
- Mamo, co to jest? - spytała May, ciągnąc Jennę za rękaw.
- To jest, umm... Nie do końca wiem, o czym mówisz.
- No to, ten... wyzbik? - rzuciła mała niepewnie.
Zaśmiałem się głośno, wskazując na dziecko, które rzuciło frisbee. Jenna zawtórowała mi, zauważając przedmiot zainteresowania May. Słońce przygrzewało mój nos. Zmarszczyłem się, zakładając okulary. Nie minęła chwila, kiedy mój telefon zadzwonił. Wyciągnąłem go i podałem Jennie, chwytając rączkę córki i zabierając ją na miejsce, w którym Ruby, Ben, John i Elizabeth jedli już kanapki na kocu piknikowym.
- Cześć! - pisnęła uradowana May i rzuciła się Liz na szyję. Dziewczynki różniły trzy lata, jednak dogadywały się niesamowicie dobrze.
- Hej, młoda. Co tam? - zagadnęła ją Liz i poczochrała jej głowę.
- Ty wcale nie jesteś stara - zauważył John.
Pokręciłem głową, patrząc na May, która już biegała z kuzynką. Opadłem ciężko na koc obok Bena i przywitałem się ze wszystkimi. Po chwili przyszła do nas Jenna z grobową miną.
- Wszystko w porządku, kochanie?
- Zamykają warsztat - oznajmiła drżącym głosem.
-------------
- Wystarczy podpisać jeszcze tutaj i będzie pani prawowitą właścicielką tego warsztatu - powiedział urzędnik, a Jenna skinęła, składając podpis u dołu dokumentu. Mężczyzna potrząsnął jej dłonią. - Gratuluję i życzę powodzenia.
- Bardzo dziękuję - odparła z uśmiechem i podeszła do mnie, całując mnie w policzek. - Ten pomysł był genialny.
- Ja jestem genialny - zaśmiałem się i podałem jej rękę. Wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy alejką na spacer. - Powiedz, czy myślałaś kiedyś, że skończymy w ten sposób?
- Jaki sposób? Razem? Z dzieckiem? Jako współwłaściciele warsztatu, w którym się poznaliśmy?
- Teoretycznie tylko ty jesteś właścicielką - sprostowałem, a ona się uśmiechnęła.
- Czy jestem teraz twoją szefową? - jej oczy zabłysnęły radośnie.
- Już dawno nią byłaś - zaśmiałem się i pocałowałem ją krótko. Była taka urocza i taka męska jednocześnie. Idealna żona, wspaniały kumpel. Jestem szczęściarzem.
Ktoś wpadł na mnie tak zamaszyście, że się przewróciłem. Upadłem na tyłek i spojrzałem zdezorientowany na dłoń przede mną. Podniosłem się przy jej pomocy i otrzepałem z kurzu.
- Bardzo przepraszam, nie patrzałem przed siebie, ja tylko...
Podniosłem wzrok i zobaczyłem jego. I ją. Niemożliwe. Zaśmiałem się tak gorzko, jak jeszcze nigdy.
- Serio, Luke? Widziałem, jak umierasz - prychnąłem. - I ty? Zdradziłaś nas wszystkich podwójnie. Nawet mnie to nie dziwi.
Jenna szarpnęła moje ramię.
- Co ty robisz, Calum? - syknęła.
- Przepraszam, ale chyba nas pan z kimś pomylił - oznajmił chłopak. - Mam na imię Finn.
- Nie, Finn, nie pomylił - przyznała Jade. - Calum Hood. Kopę lat - uśmiechnęła się.
- Ta - burknąłem.
- Widzę, że ułożyłeś sobie życie. Cieszę się, że ci się to udało. Naprawdę przepraszam za to, co stało się w liceum. Byłam młoda i cholernie głupia - przyznała. Dosłownie zbierałem swoją szczękę z chodnika.
- Umm.. Cóż, ja... emm... W porządku. Jest w porządku - westchnąłem.
- Naprawdę? Strasznie się cieszę - posłała mi szeroki uśmiech. - Wybacz, ale teraz musimy już iść. Może kiedyś jeszcze na siebie wpadniemy? - uniosła brew.
- Tak, może - uśmiechnąłem się słabo. Cela naprawdę ją zmieniła.
Odeszliśmy od nich, a kiedy tylko zniknęliśmy za zakrętem, Jenna spytała:
- Okej, czego nie wiem?
- To była Jade Clarks.
Jenna wytrzeszczyła oczy.
- Ta...
- Tak, ta. Od Hondy z klockami hamulcowymi, pamiętasz?
- Ale przecież...
- Od Hondy, prawda? - włożyłem potrójny nacisk na te słowa.
- Och... Och. Tak, od Hondy. Faktycznie. Jak mogłam zapomnieć.
Przeszłość za plecami, przypomniałem sobie.
Zostaw przeszłość za plecami. I nigdy tam nie wracaj.
Ponownie złapałem dłoń Jenny i pociągnąłem ją, chcąc odsunąć się od Jade jak najdalej mogłem. Najpiękniejsza metafora w moim całym życiu.
Idę naprzód, w przyszłość, krocząc przez teraźniejszość, zostawiając bolesną przeszłość za sobą, akceptując ją, ale jej nie wspominając.

2: Tristan

Hashtag #HEAff (albo #LettersFF, oba sprawdzam, lel)
chodzi o to, żebyście się udzielali, plz, to pomaga w pisaniu oki

- I jak? - spytała Tamara, a ja wzruszyłem ramionami, całkowicie niezdolny do bardziej wyczerpującej odpowiedzi. - Nie wiem, co się z tobą dzieje, ale to już trzecia w tym miesiącu - zauważyła.
- A jak tam twoja? - zadrwiłem.
- Zamknij się.
Opadłem na krzesło obok niej i westchnąłem bezradnie. Naprawdę, coś było nie w porządku. Trzecia dziewczyna w tym miesiącu, którą rzuciłem.
- Nie wiem, co się dzieje, Tami, po prostu nie wiem, okej? Żadna nie wydaje się odpowiednia - pokręciłem głową.
Bo tylko ty jesteś, pomyślałem ze smutkiem.
To głupie, zakochać się w lesbijce, jednak życie jest głupie, a wśród wszystkich idiotów, których w nim spotkałem, ja jestem największym. Jednak jak tu nie pokochać tak uroczej, bezpośredniej i sympatycznej...
- Może potrzebujesz przerwy? - spytała z troską w głosie i ujęła moją dłoń. - Nie wszyscy od razu odnajdują swoje drugie połówki.
- Ja swoją znalazłem - wypaliłem i zasłoniłem usta dłonią, jakby chcąc cofnąć wypowiedziane słowa. Głupi, głupi, głupi!
- Co? - Tamara zmarszczyła brwi, a ja zabrałem dłoń.
- Nic. Chodź, szef się zaraz wścieknie, że nie pracujemy.
--------------
- Dlaczego? Coś się stało? - spytałem Diannę przez telefon.
- Wyjaśnię ci potem. Po prostu musimy się spotkać.
- Di, nie wiem, czy...
- Chodzi o Tamarę.
- Już jadę - oznajmiłem i wybiegłem z domu, otwierając drzwi do samochodu.
Zdecydowanie łamałem przepisy, ale kogo to obchodziło? Moja przyjaciółka dzwoni do mnie i prosi o pilne spotkanie dotyczące dziewczyny, którą kocham. Moja reakcja była chyba naturalna.
- O co chodzi, Dianna? - rzuciłem zdenerwowany, kiedy dosłownie wypadłem na jej podjazd. Stała przed drzwiami z szerokim uśmiechem na ustach. - Jaja sobie robisz?! Co się dzieje?!
- Tamara chciała powiedzieć ci coś osobiście.
Zza jej pleców wyłoniła się Tam, a ja niemal podskoczyłem w miejscu ze szczęścia. Wszystko z nią w porządku.
- Hej, Tris - uśmiechnęła się do mnie. - Chcesz się ze mną przejść?
- Uh, wybacz, ale nie. Nie jestem już tak sprawny fizycznie jak kiedyś i już nie bardzo chodzę na spacery. Problem z kolanami, wiesz, trzydziestka się zbliża - zaśmiałem się.
- Ha, ha - przewróciła oczami i podeszłszy do mnie, chwyciła mnie pod ramię. - Musimy porozmawiać - oświadczyła.
- Oho, brzmi poważnie.
- Serio porozmawiać.
- Zamieniam się w słuch.
- Wiesz, że jestem lesbijką. - skinąłem. - Ja przez dwanaście lat swojego życia też tak myślałam. Ale teraz idę tu przy tobie i mam wrażenie, że moje serce zaraz wyskoczy z piersi. I nie wiem, co to jest, ale zdecydowanie mi się podoba.
Stanąłem w miejscu i spojrzałem na nią zaskoczony.
- Że co?
- Że to - zaśmiała się i przyciągnęła mnie do siebie w pocałunku, który mówił wszystko.
Tak długo marzyłem o tej chwili, jednak nigdy nie powiedziałbym, że będzie tak idealna. Jej malinowe usta przy moich, tak pięknie dopasowane, jakby były sobie przeznaczone. Moje dłonie w jej włosach, a jej na moim karku. Wszystko tak idealne. Wszystko na swoim miejscu.
Odsunąłem się pierwszy, patrząc jej w oczy z autentyczną radością i szczęściem wypełniającym każdy cal mojego ciała.
- Czy to właśnie jest miłość? - spytała. - To uczucie, kiedy chcę spędzić z drugą osobą resztę życia, bo wiem, że nikt inny nigdy nie dopełni go tak jak ona?
- Tak, tak myślę - uśmiechnąłem się do niej. - I czuję dokładnie to samo.
Przytuliła mnie mocno, chowając głowę w zagłębienie mojego obojczyka.
- Bądź moja, Tami. To jedyne, czego pragnę - wyszeptałem.
- Jestem twoja. I chcę zostać na zawsze.
---------------
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - spytała, przygryzając wargę i spoglądając na projekt tatuażu. - Kiedy będziemy już starzy i zgrzybiali, będzie to wyglądać okropnie.
- No i? Chcę, żebyś wiedziała, że cię kocham i jestem twój aż do śmierci. Wiesz to?
- Jesteś moim mężem, oczywiście, że to wiem. Dlatego nie rozumiem, dlaczego chcesz się tak oszpecić.
- Nie chcesz tego? - spojrzałem na nią ze smutkiem.
- Ja chcę, chodzi o ciebie. Jesteś zbyt piękny, żeby niszczyć się w ten sposób - spuściła wzrok. Uniosłem jej podbródek palcami i uśmiechnąłem się.
- Jesteś taka słodka. A teraz daj rękę.
Złączyłem nasze palce, dając znak tatuażyście, żeby zaczynał tworzyć nasz wspólny tatuaż.
-------------
- Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam - wychrypiała, a ja złapałem jej dłoń. Była zimna i blada.
- W takim razie posuń się.
Ostatkiem sił zrobiła mi trochę miejsca na naszym dwuosobowym łóżku.
- Co robisz? - szepnęła, kiedy zacząłem splatać nasze palce.
- Umieram razem z tobą. Nie zniósłbym życia bez ciebie, bo ty nim jesteś. Jesteś całym moim światem.
Tamara uśmiechnęła się lekko, mimo łez spływających po jej policzkach.
- Nasz tatuaż. Widocznie znaczy więcej niż tylko pustą obietnice.
- Widocznie - posłałem jej smutny uśmiech.
Zobaczyłem, jak jej oczy powoli się zamykają, a jej puls zwalnia, jednak ona próbowała z tym walczyć.
- Nie chcę cię żegnać - powiedziała cicho. - Ale muszę.
Uścisnęła moją rękę po raz ostatni, a potem jej oczy opadły. Ostatnim tchnieniem wyszeptała:
- Dobranoc, Tris.
Moje serce zaczęło zwalniać. Wiedziałem, że tak będzie. Że umrę z tęsknoty. Oddychałem z trudem, obraz przed moimi oczami stawał się coraz ciemniejszy.
Rzuciłem ostatnie spojrzenie na nasze splecione dłonie i ostatnim, co zobaczyłem przed śmiercią, był nasz tatuaż. Węzeł żeglarski, ósemka, ciągnący się przez nasze nadgarstki, tak, że dopiero kiedy złapaliśmy się za ręce, miał jakikolwiek sens. I napis pod spodem.
,,I będziemy, aż do końca naszych dni."
-----------------
Being an emotional little shit like I am, poryczałam się, pisząc końcówkę
Przepraszam, jeśli ktoś ma niedosyt - naprawdę opornie szedł mi ten rozdział.
Do następnego! :)
autorka

1: Ruby

 - Hej, Ruby – uśmiechnął się Tristan, kiedy usiadałam na krześle przy stoliku.
W tej samej kawiarni, wiele lat temu, moja przyjaciółka, Dianna, powiedziała nam, że Michael wrócił do miasta. Wtedy zarzekała się na śmierć, że go nienawidzi, a jednak została "zmuszona" do pójścia z nim na bal. I od tamtej pory zaczęło się coś niezwykłego. Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się do siebie.
Wzięłam jeden kubek z parującą kawą i spojrzałam na niego.
- Więc? Dlaczego chciałaś się spotkać? - powiedział całkowicie neutralnie, bez wyrzutu ani wyczekiwania w głosie.
Przyjaźniliśmy się już prawie osiem lat. Kupa czasu, prawda? Nadal jednak nie zamierzamy zrobić z tym nic więcej. Tylko przyjaciele.
- Chciałam ci o czymś powiedzieć – przygryzłam wargę i spojrzałam dyskretnie na swój palec serdeczny, jednak Tris zdążył to zauważyć i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
- Oświadczył ci się?!
Skinęłam głową z szerokim uśmiechem. Tristan ujął moją dłoń i zaczął oglądać pierścionek z każdej strony, jakby upewniając się, że jest prawdziwy. Stwierdziwszy ten fakt, wstał, obszedł stół i przytulił mnie naprawdę mocno.
- Jestem z was taki dumny, zawsze wam kibicowałem, wiesz?
- Zawsze? - zdziwiłam się. - Nie wiedziałam, że nawet go lubiłeś.
- Udawałem, że jestem okropnie protektywny wobec ciebie, żeby wiedział, że nie może cię użyć i wyrzucić. Cieszę się, że tak się nie stało.
Pomyślałam o tych wszystkich razach, kiedy wychodziłam gdzieś z Benem i za każdym razem spotykałam Tristana, który przypadkiem przechodził obok nas, wybierał się na ten sam film albo kupował zupełnie niepotrzebne mu waciki do demakijażu, tylko po to, żeby mnie kontrolować.
- To w sumie było całkiem słodkie – przyznałam.
- Ja jestem słodki – zaśmiał się Tris, a ja mu zawtórowałam. - Wiedz, że jeśli będziesz potrzebowała pomocy w czymkolwiek, to jestem przy tobie.
- Przyjaciele na zawsze, prawda? - żartobliwie wyciągnęłam w jego stronę mały palec, a on ujął go z wielką powagą.
- Na zawsze.
---------------------
- Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego – moje rękawiczki – coś niebieskiego, coś odziedziczonego... - wyliczała Dianna, która denerwowała się tym wszystkim bardziej niż ja. Zaśmiałam się pod nosem i złapałam ją za ramiona, przytrzymując w miejscu.
- Di, wszystko będzie okej. To mój dzień. Nie ty powinnaś się stresować.
- Wiem, ale po prostu jesteś moją najbliższą przyjaciółką i czuję się, jakbym to ja wychodziła za mąż – przyznała.
- To tylko założenie głupich pierścionków z szalikiem zawiązanym na dłoniach. Nic szczególnego – wzruszyłam ramionami, a ona posłała mi mordercze spojrzenie, ale się uśmiechnęła.
- Pomyśl o tym w ten sposób: wiążesz się z kimś na zawsze, zakładasz rodzinę, a wasz związek będzie pobłogosławiony przez Boga.
- Gadanie – machnęłam zdawkowo ręką i spojrzałam po raz ostatni w lustro. Wyglądałam po prostu ładnie – moja sukienka była biała, ale miała błękitne akcenty (punkt z listy Dianny: coś niebieskiego), na dłoniach miałam rękawiczki, a włosy pięknie spięte w idealnego koka i ozdobione wiankiem z białych, drobnych kwiatów.
- Jesteś taka bezuczuciowa, Rubs – zaśmiała się Dianna, a ja westchnęłam ciężko. - Co jest?
- Po prostu chciałabym, żeby ona tu była. Wiedziałaby, co powiedzieć, uśmiechałaby się cały czas i ciągle psułaby mi włosy, tylko po to, żeby mi dokuczyć.
- Tej Jade już nie ma - przypomniała mi gorzko Dianna, a ja musiałam przyznać jej rację. Ta Jade odeszła razem z Luke'iem i Tiną.
Po chwili rozległo się pukanie i do środka wszedł Tristan.
- Wyglądasz ślicznie – mrugnął do mnie, a ja skinęłam z uśmiechem, niemo dziękując. - Gotowa?
- Dlaczego wszyscy zadają mi to pytanie? - burknęłam poirytowana, zadarłam spódnice i teatralnie wyszłam, udając obrażoną. Sekundę później jednak wróciłam, śmiejąc się głośno.
- Jak ona to robi? - Tristan podniósł jedną brew, a Dianna wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia, Tris. Nie mam pojęcia.
----------------------
- Do dna! - krzyknął Michael, a ja opróżniłam kieliszek. Z resztą, nie pierwszy już dzisiaj, jednak jeśli jest jakiś dzień, w którym nie wolno sobie żałować, to właśnie był ten dzień.
Ben zaśmiał się głośno, widząc mnie w takim stanie. Objął mnie ramieniem i pocałował krótko, a ja uśmiechnęłam się do siebie.
- Jak na razie niźle nam idź, prrrrrrawda? - wybełkotałam, a on skinął, mimo że pewnie nic nie zrozumiał. Miał zdecydowanie większą tolerancję do alkoholu niż ja, to było niesprawiedliwe. Nie udało mi się jednak tego wymówić, bo kolejny drink został wciśnięty w moją dłoń.
Okej, nie protestuję.
- Jak się czujesz, kochanie? - spytał mnie na ucho, a ja tylko skinęłam, informując go, że jest dobrze.
Kuzynka Bena poprosiła go do tańca i to było ostatnim, co zapamiętałam.
-----------------
- I jak było? - zapytała mama, kiedy przekroczyliśmy jej próg po podróży poślubnej. - Odpoczęliście?
Ben spojrzał na mnie z rozbawieniem, a ja dźgnęłam go łokciem w żebra.
- Tak, mamo - przewróciłam oczami i usiadłam na blacie stołu.
- Dianna tu była, pytała, kiedy wracacie. Myślę, że powinnaś do niej zadzwonić.
- Mam już prawie dwadzieścia sześć lat, nie traktuj mnie jak dziecko.
Mama podeszła do mnie i przytuliła mnie ciasno.
- Wiem, córeczko, wiem. Po prostu to dzieje się tak szybko, naprawdę. I ciężko mi się z tym pogodzić.
- Już i tak długo nie mieszkałam z tobą - zauważyłam.
- Przestań, Ruby - zaśmiała się, a ja poklepałam ją po plecach.
- Zawsze będę twoją córeczką, okej? - złapałam ją za ramiona i spojrzałam jej w oczy.
- Okej.
--------------------
- Tris, do cholery, dlaczego John ssie pilota?! - krzyknęłam, jedną ręką zakładając buta.
- Nie wiem, boże, Ruby, poszedłem tylko do kibla - burknął, przechodząc obok mnie.
- Nawet jeszcze nie wyszliśmy, a ty już zostawiasz go bez opieki!
Tristan przewrócił oczami.
- Gdzie jest Ben?
- Poszedł po nosidełko do mojej mamy. Masz listę?
- W głowie, na lodówce i w telefonie. Ruby, uspokój się - zaśmiał się, a ja zmierzyłam go morderczym spojrzeniem.
- Zostawiam najmniej odpowiedzialną osobę, jaką znam, z moim dzieckiem. Chyba mam prawo panikować.
- Wyluzuj, dorosłem trochę.
Westchnęłam i przeczesałam włosy palcami.
- Mleko masz w szafce, już odmierzyłam porcję do butelki, zalej gorącą, ale nie wrzącą wodą, połóż go o dwudziestej i zaśpiewaj mu kołysankę, a potem...
- Ruby? Jesteś gotowa? - zawołał Ben z korytarza.
- Już idę! - zwróciłam się ponownie do Tristana. - Możesz zamówić sobie pizzę i wypożyczyć jakiś film z biblioteki.
- Okej, idź już - zaśmiał się.
- Jeszcze raz dzięki, że z nim zostaniesz - pocałowałam go w policzek i po raz ostatni pomachałam mu na do widzenia.
-----------------
- Ah, to były czasy - uśmiechnęłam się leniwie.
- Masz rację. Pamiętasz jeszcze, kiedy John był taki malutki?
- Tyci, tyci - zaśmiałam się.
- Ej, nie gadajcie o mnie sikającym w pieluchy - obruszył się John, a Elizabeth uśmiechnęła się pod nosem, nie odrywając nosa od książki. - Ty, młoda! Zaraz będziemy się śmiać z ciebie!
- Nie mów tak do siostry, John - upomniał go Ben. - Dwadzieścia jeden lat ci nie wystarczyło, żeby nauczyć się manier?
- A jej siedemnaście? - burknął.
- Jestem uosobieniem manier, braciszku - parsknęła Liz, a ja nie mogłam się nie uśmiechnąć.
Wszystko było idealne.
Wszystko i wszyscy na swoim miejscu.
Oparłam głowę na ramieniu Bena, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi.
- O, hej, Tristan - powiedział John, a Tris się zaśmiał.
- Pamiętam, jak sikałeś w pieluchy, mów do mnie chociaż wujku.
- Wujku Tristanie, gdzie ciocia? - rzuciła sarkastycznie Elizabeth, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- W pracy. Mogę sobie zrobić kawę? - spytał mnie, a ja gestem ręki kazałam mu się obsłużyć.
Wszystko i wszyscy na swoim miejscu.
Uśmiechnęłam się, naprawdę doceniając szczęście, które mnie spotkało.

Happily Ever After - Letters 2

Sequel zostaje tutaj, na tym blogu, jednak forma numeracji rozdziałów jest inna:

cyferka: imię bohatera

HEA opowiada o dziejach bohaterów po śmierci Ashtona i ich życiach długo później.

Zapraszam! :)