Piosenki do rozdziału:
- Taylor Swift - Safe And Sound, Last Kiss
- Kodaline - All I Want
Dodatkowo przed przeczytaniem MUSICIE zerknąć do swojego dzieciństwa i przypomnieć sobie jedną piosenkę - ,,Kurki Trzy".
Wielka
trumna została spuszczona do dołu, a ja już nawet nie czułam smutku.
Jedyne, co nawiedzało moje serce, to zaduma. Będę za nim tęsknić,
pomyślałam. To śmieszne. Człowiek wydaje się najpotężniejszą istotą z
całego królestwa zwierząt, a tak łatwo można pozbawić go życia.
Westchnęłam,
przekraczając bramę cmentarza. Nic się nie zmieniło. Droga do grobu
Luke'a prowadzi pod piaskową górę, z której widać całą dolną część tego
miejsca. Robiło się już ciemno - postanowiłam przyjść tu dopiero, kiedy
nikogo nie będzie - więc wytężyłam wzrok i wlepiłam go w drogę przed
sobą. Ashtona nie ma ze mną. Chciałam być z nim sama. Wzięłam więc
gitarę i nuty. Mogę przynajmniej udawać, że nadal tu jest i zagrać z
nim, tak jak mieliśmy w zwyczaju robić co piątek.
Mijałam właśnie
rządek nagrobków dzieci. Patrzyłam na roczniki - niektóre byłyby dzisiaj
w moim wieku. To chyba najgorsze, co może spotkać rodziców. To dziecko
to owoc ich miłości. A ono umiera. Moje oczy się zaszkliły. Po krótkiej
chwili usłyszałam delikatną pozytywkę. Ruszyłam za dźwiękiem, który stał
się coraz wyraźniejszy. W końcu zatrzymałam się, a mój wzrok padł na
małego misia z otwartą w moją stronę książeczką z jakimś napisem.
Podobno dźwięki roznoszą się też do Nieba.
Rozpoznałam tę melodię. To były Kurki Trzy,
mama zawsze śpiewała mi to przed snem. Właśnie, mama... Nie trzymałam
już łez. Po prostu wpatrywałam się w pozytywkę i słuchałam niesamowicie
smutnej piosenki, która kiedyś wydawała mi się tak cholernie radosna...
Ci ludzie stracili swoje dziecko, ale nadal je kochają. A ona nadal mnie
ma. I już mnie nie kocha.
Kiedy już prawie dotarłam na szczyt
niewysokiej góry i miałam jedynie do pokonania trochę chodnika, zakręt w
lewo i pięć schodów, usłyszałam głośne szlochanie. Podniosłam głowę i
zobaczyłam znajomą blond czuprynę. Otworzyłam szeroko oczy, jednak
schowałam się za jakimś krzakiem, słysząc wszystko dokładnie.
-
Wiesz, Luke - zaśmiał się gorzko. - Wiem, że zawsze ją kochałeś.
Na początku nie chciałeś tego przyznać, ale już ją kochałeś. I nawet nie
próbuj zaprzeczyć. Chociaż, faktycznie. Nie spróbujesz.
Przewróciłam oczami na jego głupi żart.
-
W każdym razie... - pociągnął nosem. - Wiem, że ją kochałeś. Dobrze
wiedziałeś, że ze mną jest tak samo. Dianna była, jest i będzie dla mnie
wszystkim. Szkoda, że nie mogę powiedzieć jej prawdy. - westchnął
ciężko. - Bardzo mi cię brakuje, wiesz, stary? Zawsze byłeś ode mnie
lepszy w fifę, pamiętasz? Dawałem ci wygrywać. Uwielbiałem patrzeć, jak
cieszysz się z wygranej. Byliśmy przyjaciółmi, wszyscy we trójkę.
Dlaczego nie chcieliście się do mnie przyznać? Co było ze mną nie tak?
Zapłakał i wstał, dotykając ręką napisu na nagrobku.
-
Lucas Robert Hemmings. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty... -
urwał i zabrał dłoń. - Dwa tysiące dwunasty. Nieprawda. Tu powinno być
coś innego. Na zawsze. Nigdy nie zginiesz, Luke. Zawsze będziesz żywy w
moim sercu. Moim i Dianny.
Po tych słowach wstał i odszedł,
przecierając rękawem bluzy swoje policzki. Kiedy był naprawdę blisko
mojej kryjówki wstrzymałam oddech i usłyszałam, jak szepcze:
- Żegnaj, Luke.
Wyszłam zza krzaka i udałam, że idę kawałek, żeby nie domyślił się, że go podglądałam.
- Michael?
Chłopak odwrócił się i uśmiechnął złośliwie.
- Naiwna Dianna, o, hej.
Przewróciłam oczami. Naprawdę?
- Co tu robisz? - spytałam, udając zaskoczoną.
- Odwiedzam kumpla.
- Którego zabiłeś? - zauważyłam zgryźliwie.
- A ty? - zignorował mnie.
- Odwiedzam byłego chłopaka - wzruszyłam ramionami, a on przyjrzał mi się uważnie.
- Jak to jest, że cię nie widziałem?
-
Oh, byłam przy dziecięcych grobach - mój głos się załamał, a ja
spuściłam głowę. Usłyszałam jego kroki, a po chwili poczułam, jak unosi
mój podbródek.
- Hej, wszystko w porządku? - spojrzał mi w oczy, szukając w nich odpowiedzi.
-
Nic nie jest w porządku - jęknęłam i znowu się rozpłakałam, a Clifford
wziął mnie w ramiona. Oh, jestem taką emocjonalną frajerką.
- Nie
jesteś - wyszeptał w moje włosy. O matko, powiedziałam to na głos? -
Chcesz, żebym poszedł tam z tobą? - odsunął mnie od siebie trochę, nadal
trzymając dłonie na moich ramionach.
Cholera.
- Um... Powiedziałam Ashtonowi, że chcę iść tu sama, a on...
-
Oh, serio, Dianna? - przewrócił oczami. - To jest Irwin, on nawet go
nie znał. Logiczne, że nie chciałaś tu z nim iść. Ja to zupełnie inna
historia, nie sądzisz?
- Może masz rację - skinęłam, przypominając sobie jego emocjonalną rozmowę z Lucasem sprzed chwili.
-
Zawsze mam rację, nawina Dianno, tylko czasami nie chcesz tego przyznać
- uśmiechnął się lekko, a ja uderzyłam go łokciem w żebra, idąc dalej. -
Ała?
- To bolało mnie bardziej niż ciebie - westchnęłam dramatycznie, kładąc dłoń na piersi.
Doszliśmy do jego grobu. Był wyczyszczony, jestem pewna, że to robota Michaela. Nie palił się jednak na nim żaden znicz.
- Byłeś tu już wcześniej? - spytałam udając, że nie znam odpowiedzi na to pytanie.
- Taa. Posprzątałem trochę. I położyłem nawet kwiatka - wskazał na doniczkę z małymi, różowymi kwiatkami.
-
Nie jestem pewna, czy Luke chciałby mieć na swoim grobie różowe kwiatki
- uśmiechnęłam się smutno, ale on zignorował mnie, siadając na ławeczce
obok nagrobka. - Przesuń się - powiedziałam, chcąc uzyskać dostęp do
małej skrzyneczki pod jego nogami, w której znajdowały się wszystkie
'przybory'. Wyjęłam dwa wypalone do połowy wkłady do zniczy i pudełko
zapałek.
- Co robisz? - spytał zdezorientowany Michael, a ja przewróciłam oczami.
- Zapalam mu światło.
Po
przymierzeniu ich do pustych zniczy na grobie doszłam do wniosku, że są
za długie na wszystkie z nich, dlatego powyrzucałam te najbrzydsze i
zabrałam same wkłady na grób obok. Znalazłam jakiś długi, cienki
patyczek i przeniosłam ogień do wkładów - stwierdziłam, że zapałką
ciężko będzie mi odpalić ten kijek.
Przyniosłam światło do Luke'a i ustawiłam je razem z niepalącymi się zniczami. Usiadłam na ławce koło Michaela i wyjęłam gitarę.
- Chcesz mu grać? - spytał, a w jego głosie nie było ani krzty drwiny czy śmiechu.
- Tak. Mam dla nas kilka piosenek.
- To był wasz rytuał, prawda? Granie co tydzień w piątki?
Skinęłam, wyciągając nuty.
Po prostu zamknij oczy
Słońce chyli się ku zachodowi
Będzie dobrze
Nikt nie może cię teraz skrzywdzić
Przyjdź, światło poranka
Ty i ja będziemy cali i zdrowi
-
To tak smutno prawdziwe. I pasujące do was - zauważył, kiedy
skończyłam, a ja nie odezwałam się. Po prostu zagrałam kolejną piosenkę.
Gdy ostatni raz powiedziałeś Żegnaj
umarłam trochę w środku
I leżałam we łzach w łóżku całą noc
Sama bez ciebie obok
Lecz jeśli mnie kochałeś
Dlaczego mnie zostawiłeś
Weź me ciało
Weź me ciało.
W zamyśleniu grałam i śpiewałam kolejne wersy utworu.
- Dianna... - usłyszałam jego zachrypnięty głos, a kiedy wbiegłam do jego pokoju, był cały we krwi. O mój Boże.
- Luke! Boże, Luke, co tu się... - wyciągnęłam telefon w celu poinformowania pogotowia i wezwania pomocy.
-
Zamknij się chociaż na chwilę, pro... - przerwał i zaczął kaszleć. Z
jego ust wydobywała sie krew. - Nie dzwoń po karetkę, już i tak umieram.
Proszę, dowiedz się prawdy za wszelką cenę. Znają ją tylko dwie osoby, a
jedna z nich właśnie kona na twoich oczach.
Widziałam, z jakim bólem mówił. To był już koniec. Chwyciłam jego rękę, a moje łzy spływały na jego dłoń.
- Dianno. - łza spłynęła po jego policzku. - Proszę, bądź szczęśliwa.
- Nawet tak nie mów, Luke! Nie odnajdę szczęścia bez ciebie - rozpłakałam się i przytuliłam do jego rannego ciała.
- Żegnaj, księżniczko.
I
wypuścił swój ostatni, chrapliwy oddech. Jego serce nie biło pod moją
głową, jego dłoń poluzowała swój uścisk na mojej. Spojrzałam na jego
twarz. Miał otwarte, niewidzące oczy. Jego wargi były lekko rozchylone.
Zamknęłam jego powieki i ucałowałam każdą z nich z ogromnym bólem w
klatce piersiowej.
- Dobranoc, Lukey. Śpij dobrze.
- Di, wszystko w porządku?
Potrząsnęłam głową wracając do rzeczywistości.
- Powiedz mi prawdę o tej nocy - zażądałam, a Michael otworzył szeroko oczy.
- Ja... Powiem ci, kiedy będziesz gotowa.
- Jestem.
-
Nie, nie jesteś - spojrzał na mnie z troską. - Wciąż minęło za mało
czasu od jego śmierci. Jeszcze o nim nie zapomniałaś, nie mogę ci
powiedzieć.
- Nigdy o nim nie zapomnę. A chcę znać prawdę.
Clifford westchnął i wbił wzrok w moje oczy. Widocznie walczył sam ze sobą, zastanawiając się, czy może mi powiedzieć.
- Czy mam rozumieć, że to, co kiedyś mi powiedziałeś, jest prawdą? - pospieszyłam go.
- Nie. Oczywiście, że nie. Czy przychodziłbym z tobą na grób kolesia, którego zabiłem?
- Może stwarzasz pozory - wzruszyłam ramionami, a on nadal patrzył mi w oczy. - Co? Coś nie tak? Co zrobiłam?
- Nic. Po prostu jesteś piękna - uśmiechnął się smutno, a ja spuściłam głowę.
- Oh.
- Więc, czy na pewno chcesz znać prawdę?
- Tak. Na pewno.
- Jesteś na nią gotowa?
Przełknęłam ślinę. Cholera.
-
Tak myślę...? - przygryzłam wargę, a on spojrzał w bok, jakby niepewny
tego, co ma zaraz powiedzieć. W końcu wrócił wzrokiem do mnie, a ja
uniosłam jedną brew w oczekiwaniu. (Jednocześnie starałam się pokazać,
że wcale nie denerwuję się tym, co właśnie ma nadejść, mimo że było na
odwrót. Ale on nie musiał o tym wiedzieć.)
- Już wiem.
- Musiałeś tyle myśleć nad prawdą? Już wiem, że mnie okłamiesz.
- Nie zamierzam ci tego powiedzieć.
- Jak to nie? Przecież...! - wstałam i założyłam ręce na piersi. - Obiecałeś.
- Nic nie obiecałem, naiwna Shenan. Ale poznasz prawdę.
- Przecież tylko ty i Luke ją znacie.
Skinął. Co, do cholery? Zmarszczyłam czoło.
- Więc jak zamierzasz pozwolić mi ją poznać, skoro nie chcesz mi powiedzieć?
Uśmiechnął się chytrze, po czym podszedł do mnie i wyszeptał mi prosto do ucha:
- Przyjdź tutaj jutro o tej samej porze. I sprawdź pudełko od zapałek.
Odsunął się, mrugnął do mnie i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na grób Lucasa.
-
Trzymaj się, stary. W końcu pozna prawdę, tak jak chciałeś. Dwa lata,
prawda? - uśmiechnął się lekko i odszedł, zostawiając mnie oniemiałą.
---
-
I jak było? - spytał Ashton z kuchni. Weszłam do środka i zobaczyłam go
w fartuchu, układającego wykrojone ciasteczka na blasze. Uśmiechnęłam
się i przytuliłam go od tyłu.
- W porządku.
- Mam nadzieję -
pocałował mnie w nos i wrócił do ciastek. Poszłam odłożyć gitarę i
wróciłam do niego, siadając na stołku barowym.
- Spotkałam Michaela.
- Co? - zmarszczył brwi.
- Spotkałam Michaela - powtórzyłam. Na cmentarzu. Siedział przy grobie Luke'a, kiedy przyszłam.
-
Martwię się o ciebie. Ten koleś jest mordercą - przypomniał, a mi
zrobiło się niesamowicie smutno. To nie on zabił Lucasa, a jest
obarczany za to winą.
- Nie musisz.
- Wiesz, chciałbym. Ale nie mogę. Naprawdę mi na tobie zależy, słońce. Nie chcę, żeby stała ci się krzyw... Czekaj.
Zamarłam, kiedy chwycił mój nadgarstek.
O nie.
- Co to jest? - spojrzał ze smutkiem na moje blizny, a ja spuściłam wzrok i wyrwałam rękę.
- Nic.
- Dianna, ja... Kiedy?
Potrząsnęłam głową i spojrzałam w jego zaszklone oczy. O mój Boże, czy on zamierza płakać?
- Zanim my... Zanim byliśmy razem. Po dwóch tygodniach od jego śmierci.
- Przez niego?
- Nie.
- A przez co?
Westchnęłam i przygryzłam wargę.
- Obiecaj, że nie będziesz się śmiać.
- Jak mógłbym się śmiać z powodu twojego samookaleczania, Dianna? - spojrzał na mnie smutno.
Staliśmy chwilę w ciszy (znaczy się, on stał, ja nadal siedziałam na stołku), kiedy w końcu się odezwałam:
- To przez Michaela.
Ashton zamrugał kilka razy i zachęcił mnie uściskiem dłoni, żebym kontynuowała.
-
Wiesz, ja i on, my... Byliśmy naprawdę bliskimi przyjaciółmi. Ale tak
naprawdę. Cóż, przyznam się. Kochałam go. Nikt tego nie akceptował.
Zdałam sobie sprawę z ogromu moich uczuć dopiero po śmierci Luke'a.
Dostałam od niego wiadomość, żebym spotkała się z nim w lesie, na naszym
miejscu. Pewnie teraz spłonęło albo posadzili tam nowe drzewa, czy coś,
ale była taka polanka. Zawsze się tam spotykaliśmy. Poszłam tam, było
późno, ale poszłam. Wtedy powiedział mi... - mój głos się załamał. -
Wtedy powiedział mi, że to on go zabił. Nie wierzyłam w to, ciągle
zaprzeczałam, wiedziałam, że to nie mógł być on, że nie mogłam pokochać
mordercy... A kilka dni później dowiedziałam się, że ma proces sądowy o
morderstwo Luke'a. Pamiętasz, jak powiedziałam ci, że moja matka nie
żyje? - skinął. - Kłamałam. Żyje, ale się mnie wyrzekła. To było
dokładnie dwa tygodnie po jego śmierci. Ona zawsze była dla mnie czymś w
rodzaju przyjaciółki. Po tym wszystkim powiedziałam jej, że kocham
Michaela. Wpadła w szał, mówiąc mi, jaką to jestem szmatą, bo pokochałam
psychopatę, mordercę, kryminalistę... - rozpłakałam się, sama nie wiem,
dlaczego. - Więc wyprowadziłam się do Ruby i Jade, mówiąc cioci, że
mama po prostu wyrzuciła mnie z domu, nikomu nie wspominając o moich
uczuciach już ani razu. Wtedy nasłuchałam się o nim tylu strasznych
rzeczy, że chyba samo mi przeszło - zaśmiałam się gorzko. - Bo przecież
nie mogłam kochać kryminalisty, prawda?
Ashton stał i słuchał, nic nie mówiąc. Kiedy skończyłam, przechylił głowę w lewo i przyjrzał mi się uważnie.
-
Ale kiedy to zrobiłaś? Już wiem dlaczego, jednak w twojej historii nie
było żadnego czasu, w którym mogłaś to zrobić. To działo się tak
szybko...
- Raz tuż po tym, jak mama powiedziała... Cóż, to, co
powiedziała - przygryzłam wargę. - I dwa, może trzy razy u cioci w
łazience. Raz znalazła mnie Ruby, ale o nic nie pytała, tylko opatrzyła
mi rany. Obiecała nikomu nie mówić. Zauważyłeś, że ona troszczy się o
mnie najbardziej, prawda? Zawsze tak bardzo się martwi...
- Nie
rób tego nigdy więcej, księżniczko. - wzdrygnęłam się, przypominając
sobie śmierć Luke'a i jego ostatnie słowa. - Jesteś zbyt idealna, żeby
to niszczyć - wyszeptał, po czym pocałował moje blizny, a ja rozpłakałam
się jak dziecko i wpadłam w jego ramiona.
- Jesteś perfekcyjnym chłopakiem, czym na ciebie zasłużyłam?
- Tym całym cierpieniem, które musiałaś wytrzymywać.
- Skoro Ash jest idealny, to dlaczego ciągle myślisz o tym Michaelu, którego spotkałaś na cmentarzu? - odezwała się moja podświadomość, a ja spoliczkowałam ją mentalnie.
- Kocham się, Irwin.
- Ja cię mocniej, Shenan. Całą. Nawet twoje blizny - pocałował mnie, a ja miałam wrażenie, że mogę tu zostać na zawsze.
---
Następnego
dnia udałam się do grobu Luke'a. Pozytywka nadal grała, a tym razem
uśmiechnęłam się na jej dźwięk, bez określonego powodu. Podeszłam do
nagrobka Hemmingsa i otworzyłam skrzyneczkę. Wyjęłam paczkę zapałek i
nie zdziwiłam się, kiedy zastałam tam małą karteczkę. Rozłożyłam ją.
Droga Dianno.
Prawda
jest bliżej mnie, niż Ciebie, to jasne. Chociaż to Ty jesteś teraz
bliżej mordercy, niż ja. Wczoraj oboje byliśmy na równi, dzisiaj już
jesteś bliżej. Dlaczego ten, który zabił Luke'a, zrobił to, co zrobił?
Cóż, to proste. Nie mógł znieść myśli o zdradzie swojej dziewczyny. Już
wiesz?
Zamarłam. To są chyba jakieś pieprzone żarty.
Jeśli jeszcze nie, postaram się wyjaśnić Ci to, ale w ten sposób, żebyś mogła czuć się dumna, że sama do tego doszłaś.
Zabójca
Luke'a był do niego podobny. Miał blond włosy, niewinne oczy...
Dzielili nawet tą samą dziewczynę. A nie miałaś wielu chłopaków, krąg
chyba się zawęża, prawda? Domyślasz się już? Jakieś pomysły?
Co
więcej, wiedziałem o jego planach. Jednak nie tak to miało wyglądać.
Wszystko miało być inne. Wszystko miało potoczyć się inaczej...
Dlatego wziąłem winę na siebie.
Już wiesz, kto doprowadził do śmierci twojego małego, nieskazitelnego Lucasa?
Uważaj na siebie, naiwna Dianno.
M.C.
-
O kurwa - zaklęłam pod nosem, zgarniając mordercze spojrzenie jakiejś
staruszki, która przechodziła obok mnie. Zignorowałam to jednak, bo
zaczęłam wpadać na pomysł, kto mógł być zabójcą.
Ktoś, kto wczoraj całował moje blizny był osobą, która po części się do nich przyczyniła.
Ashton zabił Luke'a.
---------------------
OKEJ, NIE POSZATKUJCIE MNIE ZA TO, PLZ
szczególnie
mówię do @irwinxangelx, której napisałam kiedyś na dm, że to nie Ash
jest zabójcą. Jeśli chcesz, to zgłoś się do mnie i w ramach
'wynagrodzenia' zaspoileruję ci troszeczkę, ale tak niedużo :')
Przepraszam,
że tak długo musieliście na to czekać, ale to był taki cholerny
spontan, już miałam skończony rozdział, bo miał się skończyć po tym
jednym dniu, ale jakoś tak te list wyszedł sam spod moich palców. Ale,
chyba mi wybaczycie, bo rozdział jest meeega długi (ma 2,5 tysiąca słów,
halo halo).
Teraz taka super mobilizacja - używacie
hashtagu #LettersFF nałogowo przez cały weekend (od dzisiaj, tj. 15
sierpnia, do niedzieli, 17 sierpnia, aż do końca dnia, ale potem też,
lmao xd) i piszecie dosłownie wszystko, WSZYSTKO - wasze przemyślenia,
ulubione momenty, szipy, postaci i Bóg wie co, lel
Pamiętaj: komentujesz = motywujesz :)
zapraszam do dawania follow role-players 'Listów' x
PS.
Dodaję zdjęcie, które przedstawia sukienkę Di z zeszłego rozdziału -
zapomniałam, że z Wattpada nie można kopiować linków :) Niestety tylko
jedna sukienka, ale resztę dodam razem z hashtagiem #LettersFF na tt,
więcej niż jedną nie mogę dodać do rozdziału na wattpadzie.
POZA TYM, JAK ZOBACZYŁAM 600 WYŚWIETLEŃ TO PRAWIE ZEMDLAŁAM, SERIO, OMG, KOCHAM WAS <3
piątek, 15 sierpnia 2014
wtorek, 12 sierpnia 2014
4
Muzyczka do rozdziału: Bring Me The Horizon - Deathbeds (jedna ze spokojniejszych od BMTH)
Z resztą, czy wy też uważacie, że The Kooks - Naive jest taką listową piosenką? :D *naive - naiwna
- Jak to idziesz z Michaelem? - spytał zdziwiony Ashton, a ja wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem. Nasz wychowawca jest dziwny i powiedział, że sam wybierze nam partnerów na ten bal.
- Kurczę, trochę szkoda - zasmucił się, a ja podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na piersi, patrząc mu głęboko w oczy.
- Gdyby to zależało ode mnie, poszłabym z tobą, mam nadzieję, że o tym wiesz.
- Wiem - uśmiechnął się lekko i pocałował mój nos. Zmarszczyłam się przez ten gest, a on zachichotał. Był chyba jedynym chłopakiem, który chichotał. I to czyniło go tak cholernie uroczym. - A tak przy okazji - nawet nie pokazałaś mi swojej sukienki! - oburzył się.
- Jejku, naprawdę? Na śmierć zapomniałam! - złapałam się za głowę. - Zaraz wracam.
Pobiegłam do pokoju, żeby przebrać się w tą księżniczkową sukienkę. W sumie im dłużej ją mam, tym bardziej ją lubię. Dziwne. Wzruszyłam ramionami i zdjęłam ubranie z wieszaka. Szybko zrzuciłam z siebie koszulkę, a wtedy usłyszałam pogwizdywanie. Odwróciłam się w stronę okna, w którym siedział Michael, nonszalancko bujając nogami. Krzyknęłam i przykryłam się sukienką.
- Co ty tu robisz?!
- Podglądam - uśmiechnął się złośliwie, po czym wstał i pociągnął dół mojej sukienki. - Bez niej było lepiej - mrugnął do mnie, a ja wstrzymałam oddech. Cholera.
- Dianna? Wszystko w porządku? - spytał Ash z kuchni, a Clifford rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Tak, wszystko okej! To tylko pająk - rzuciłam, ciągle patrząc Michaelowi w oczy.
- No więc, księżniczko? Ubierzesz się do końca? - zapytał z tym swoim uśmieszkiem. Uh, jak ja go nienawidzę.
- Na pewno nie przy tobie, zboczeńcu. Idź sobie - wskazałam mu okno, którym wszedł, a on spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- Jestem cywilizowanym człowiekiem i wychodzę przez drzwi.
- Ale wchodzisz przez okna?
Skinął.
- W takim razie tam są drzwi. Trafisz sam - wypchnęłam go z pokoju. Zaczęłam zakładać sukienkę (na razie na spodnie, tak na wszelki wypadek, gdyby Michael postanowił się wrócić), kiedy usłyszałam uradowany głos z salonu. O nie.
- O, cześć, Ashton! Sorry, że wyszedłem z pokoju twojej dziewczyny. Nic nie zaszło.
- Umm...
Ja pierdolę, co jest nie tak z tym chłopakiem?!
- Tak, właśnie! - krzyknęłam, walcząc z zamkiem sukienki. - Nic nie zaszło. Ash, poznaj idiotę, z którym idę na bal.
Kiedy w końcu uporałam się z tym okropnym zapięciem, zrzuciłam z siebie spodnie i pobiegłam do pokoju. Tam Michael i Ashton siedzieli na fotelach naprzeciwko siebie i mierzyli się wzrokiem. Dzieci. Chrząknęłam znacząco, a oni przenieśli spojrzenia na moją osobę dokładnie w tym samym momencie.
- Wow, Dianna... - powiedział Ash i oblizał wargi. Oh.
- Wyglądasz świetnie, nie mogę się doczekać, aż zabiorę cię na bal - oświadczył Michael, a Ashton wycelował z niego palec.
- Hej, uważaj sobie.
Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło. Ta dwójka naprawdę zachowywała się jak para bachorów.
- Więc jest okej? - spytałam Ashtona, a on skinął.
- Jest lepiej niż okej. - dorzucił i podszedł do mnie, żeby pocałować mnie z pasją. Przerwał nam Michael, który udawał odgłosy torsji. Spojrzałam na niego ze złością, a on wzruszył ramionami.
- Wymiotuję od nadmiaru słodyczy. No, chyba będę się zbierać. Do zobaczenia, Di. - uśmiechnął się do mnie, a kiedy zbliżył się, żeby mnie przytulić, wyszeptał mi do ucha: - Pierwsza szuflada biurka, pod książką z różową zakładką.
Zamarłam. Kolejny list? No naprawdę?
- Cześć, Ashton! Do kiedyś! - pomachał do niego trochę zbyt entuzjastycznie, po czym wyszedł, zostawiając nas oboje oniemiałych.
- Jak on znalazł się w twoim pokoju? - spytał zdezorientowany Ashton, a ja wzruszyłam ramionami.
- Żebym to ja wiedziała...
Oczywiście, że wiedziałam. Włamał się przez okno. Ale nie za bardzo chciałam się z nim tym dzielić.
- Nie podoba mi się ten koleś. Wiem, że musisz z nim iść na bal, ale poza tym trzymaj się od niego z daleka, okej? A teraz idź się przebrać, księżniczko - uśmiechnął się.
Bez słowa przeszłam do pokoju w celu pozbycia się tej okropnie niewygodnej sukienki. Kiedy rozpinałam suwak, mój wzrok zatrzymał się na delikatnie odsuniętej pierwszej szufladzie biurka. Zatrzymałam się, tocząc wewnętrzną walkę z samą sobą. Przeczytać? Nie, przecież to psychol. Ale jeśli...
Moja ciekawość zwyciężyła i od razu po zsunięciu z siebie sukienki i pospiesznym narzuceniu koszulki, otworzyłam szufladę. Podniosłam Dumę i uprzedzenie, z której wystawała różowa zakładka, i trafiłam na czerwoną kopertę zaadresowaną do mnie. Koperta? Musiał napisać coś dłuższego. Ostrożnie odgięłam papier i wyciągnęłam list ze środka. Był długi, naprawdę. Zajmował całą stronę, w dodatku drobnym pismem.
Droga Dianno,
zapewne nie spodziewałaś się tak długiego listu z mojej strony. A jednak, ludzie lubią zaskakiwać. Szczególnie ja. Chciałem porozmawiać z Tobą o paru sprawach, ale z uwagi na Twoje nastawienie do mnie, mogłoby okazać się to trudne. Pozwól więc, że odbędę listowy monolog, a jeśli zechcesz, odpowiesz mi. Słownie albo pisemnie. To już nie ma znaczenia.
Zacznijmy od sprawy Lucasa. Domyślam się, co wiesz na ten temat. Sam ci to kiedyś z resztą powiedziałem. To ja zabiłem Luke'a, poszedłem za to siedzieć na prawie dwa lata, ale ktoś wpłacił kaucję, a ja nie mam pojęcia, kto. Cóż, przystańmy przy tej wersji wydarzeń. Jesteś na mnie wściekła, to zrozumiałe. Proszę Cię tylko o jedno - daj mi szansę. Więzienie naprawdę zmienia człowieka, wiesz? Wcale nie chciałem go zabić, dobrze o tym wiesz. Pamiętasz tą noc w lesie, kiedy Ci powiedziałem? Kiedy tak gorliwie zaprzeczałaś? Kiedy uparcie twierdziłaś, że nie mógłbym zabić człowieka? Wierzyłaś we mnie. Co się zmieniło?
Właśnie, wiara. To ona czyni człowieka tak kruchym, jakim jest. Zaczynasz komuś ufać, a ten ktoś to wykorzystuje. Czujesz się zraniona. Można Cię tak łatwo złamać. Oh, naiwna Dianno, tak łatwo można Cię złamać...
Nie chcę, żebyś postrzegała mnie jak wroga, prześladowcę. Chcę znowu być blisko Ciebie, tak jak kiedyś. Byłaś kiedyś moją przyjaciółką, czy zapomniałaś? Wspierałem Cię, a Ty wspierałaś mnie. Byliśmy nierozłączni, nasza przyjaźń twarda jak skała. Ale coś jednak ją rozbiło. Kulka z pistoletu, prawda? Dlaczego nadal wybierałaś jego ponad mną? Do niczego by nie doszło...
Tu nie chodzi o uczucia, Dianna. Wiem, że mnie kochałaś. Może nadal kochasz, nie wiem tego. On miał coś, czego ja nie mogłem Ci dać. Był popularny i lubiany. A ja trzymałem się na uboczu. To była ta zasadnicza różnica. To zadecydowało, czyż nie? Byłem tylko tym cichym Michaelem, do którego bałaś się przyznać, bo nikt go nie lubił. Teraz wzbudzam strach. To prawie to samo, co nienawiść. I co? Wciskasz mi swój adres do szafki.
Może pociągają Cię byli przestępcy?
Do zobaczenia na balu, słodka, naiwna Shenan.
M.C.
Ps. Zajrzyj do szuflady jeszcze raz.
Wykonałam polecenie zamieszczone na końcu listu i wstrzymałam oddech na chwilę, kiedy zobaczyłam rękawiczki. Były dokładnie tego samego koloru, co moja księżniczkowa sukienka, eleganckie i idealnie dopasowane. Przymierzyłam je i leżały perfekcyjnie. Ale zaraz...
- Skąd on wiedział, jak będzie wyglądała moja sukienka? - spytałam samą siebie na głos.
---
- Podekscytowana? - spytał Ashton, poprawiając swoją muszkę przed lustrem.
- Troszkę. O wiele mniej przez Michaela, ale nadal trochę tak. To w końcu bal debiutantów.
- Masz rację. Jak wyglądam? - odwrócił się do mnie i rozłożył nonszalancko ręce, poruszając brwiami. - Wszystkie laski moje, co?
- Chciałbyś, Irwin - zaśmiałam się, poprawiając kolejną spinkę we włosach. Nie musiałam już nosić opatrunków. Od wypadku minął tydzień, więc już prawie nie bolało, a tą szpecącą ranę przykryłam toną podkładu.
Przeszłam do pokoju obok, żeby zabrać swoją kopertówkę. Zawiesiłam wzrok na rękawiczkach leżących na biurku. Bez większego zastanowienia wsunęłam je na dłonie i wróciłam do Ashtona. Wcale nie musiałam myśleć o tym, że są prezentem od Michaela. Równie dobrze mogłam potraktować je jako stylowy dodatek znaleziony w szufladzie.
- Jedziemy? - spytałam z uśmiechem, a on skinął, podając mi ramię.
- Umówiłaś się z nim dopiero na miejscu?
Cholera. Mogłeś nie pytać.
- Umm... Nie. Zapomniałam, że miał po mnie przyjechać. Przepraszam - przygryzłam wargę i spuściłam głowę, ale on podniósł mój podbródek, każąc mi na siebie spojrzeć.
- Hej, Di. Jest okej. Spotkamy się w szkole, tak?
- W porządku - pocałowałam go szybko i wsunęłam stopy w swoje szpilki. Ashton rzucił szybkie 'na razie, kotku' i wyszedł, więc przeszłam do salonu i usiadłam na kanapie w oczekiwaniu na Clifforda. Po niedługiej chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam do nich z grymasem i otworzyłam je, widząc Michaela z bukietem miniaturowych żonkili.
- Hej - powiedział cicho, wręczając mi kwiaty. Wpuściłam go do środka i zamknęłam drzwi, gestem nakazując mu przejście do salonu. Poszłam do kuchni po wazon i napełniłam go wodą, po czym wsadziłam do niego bukiecik i postawiłam na stole.
- Dobra, możemy iść. Dzięki za kwiaty.
- Nie ma sprawy.
Po upewnieniu się, że dokładnie zamknęłam mieszkanie, ruszyliśmy po schodach do jego samochodu. Nie był to czarny Range Rover, którym zwykle jeżdżą bad-boy'e w powieściach i filmach. Michael przyjechał Hondą Civic Hatchback z rocznika 2009 (tak, musiałam słuchać całego wykładu na temat tego samochodu, więc pamiętam chociaż, jak się nazywał). Otworzył mi drzwi po stronie pasażera, więc wsiadłam, dziękując mu skinieniem głowy.
Cała podróż minęła nam w ciszy, więc kiedy zobaczyłam znajomy budynek szkoły, odetchnęłam z ulgą. Nie dane mi było jednak zbawienie, bo gdy już miałam otworzyć drzwi, Clifford zatrzymał mnie, chwytając moją dłoń.
- Dianna.
- Co? - rzuciłam znudzona. Proszę, pozwól mi już wyjść.
- Skoro już idziemy na ten bal razem, to przynajmniej z niego korzystaj. Wyobraź sobie, że jestem Luke'iem albo Ashtonem, nawet nie tym twoim tylko Kutcherem, ale proszę, baw się. Nie chcę zepsuć ci balu debiutantek.
- Właściwie to już to zrobiłeś. - burknęłam i wyszłam z samochodu, trzaskając drzwiami. Ruszyłam w stronę schodów. Po chwili miałam już u boku Michaela, który najwidoczniej nie przejął się moimi słowami.
- Di, mówię serio. Skoro już jesteś tu ze mną to przynajmniej spróbuj dobrze się bawić, okej? Nie zmienisz już partnera.
Westchnęłam ciężko. Coś w tym jest.
- Tylko ten jeden raz, Clifford.
- Tylko ten jeden raz. - rozpromienił się.
- Ale i tak cię nienawidzę.
- Jak sobie chcesz, słodka, naiwna Shenan.
- I nie mów do mnie 'słodka' ani 'naiwna', to mój warunek - spojrzałam na niego twardo, a on ledwo powstrzymywał śmiech. - No co? - wyrzuciłam ręce w powietrze w geście sfrustrowania, a on pokręcił głową.
- Jesteś taka urocza, kiedy się złościsz.
---
Sala była już pełna tańczących uczniów, chociaż do rozpoczęcia zostało jeszcze piętnaście minut. Próbowałam odszukać wzrokiem Ruby, Jade albo Ashtona, jednak żadnego z nich nie widziałam.
- Hej, przynieść ci coś do picia? - spytał Michael, uśmiechając się lekko. Może naprawdę miał dobre zamiary?
- W sumie czemu nie... Tylko pamiętaj, że...
- Tak, tak. - przerwał mi. - Nie pijesz. Wiem.
Uśmiechnęłam się, kiedy już się odwrócił, a wtedy namierzyłam wzrokiem Caluma, partnera Jade.
- O, Dianna! - krzyknął, widząc mnie. Odwrócił się i chwycił za łokieć JJ, która spojrzała we wskazanym przez niego kierunku i rozpromieniła się. Oboje podeszli do mnie, trzymając się za ręce.
- Podobno nie jesteście razem? - spytałam, unosząc jedną brew i wskazując głową ich splecione dłonie.
- Ale jesteśmy razem na balu, więc możemy się trzymać za ręce - mrugnęła do mnie Jade, a ja uśmiechnęłam się ze zrozumieniem. - Gdzie twój Romeo?
- Który? - westchnęłam znużona i jak na zawołanie obok nas pojawił się Mike z moim napojem. Podał mi go z uśmiechem i spojrzał na parę przede mną.
- Kto to? - zapytał, wskazując brodą na Caluma.
- Partner Jade. A ją chyba znasz, prawda?
Michael zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu i w końcu skrzywił głowę, wyraźnie myśląc.
- Hm, chyba minęliśmy się kilka razy na korytarzu. Chociaż... Hej, czy to nie ty grałaś z nami w drużynie w dwa ognie jakiś czas temu? - zmarszczył czoło.
- Chyba ja - mruknęła i pociągnęła Caluma w przeciwną stronę. Jeju, co jej się stało?
Spojrzałam na Michaela, który przyglądał mi się uważnie. W końcu poświęciłam chwilę na zwrócenie uwagi na jego wygląd. Miał włosy roztrzepane na wszystkie strony, koszulę bez krawata ani muszki, nonszalancko narzuconą na nią marynarkę i, o dziwo, wyprasowane spodnie od garnituru. Wróciłam do jego twarzy. Jego oczy wciąż się we mnie wpatrywały, wprawiając mnie w zakłopotanie.
- Coś nie tak? - spytałam, bawiąc się materiałem sukienki.
- Zapomniałem, jaka jesteś piękna - wyszeptał, a ja usłyszałam go mimo dudniącej muzyki. Akurat puścili wolną piosenkę. Wyczucie czasu. Pieprzone wyczucie czasu.
- Michael, przestań. Proszę. - potrząsnęłam głową, a on wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Zatańczysz?
W odpowiedzi po prostu podałam mu rękę. Michael delikatnie pociągnął mnie w swoją stronę, a ja odruchowo zamarłam, jednak przypomniałam sobie, że przecież nic mi nie zrobi. Położył dłonie na moich biodrach, jednocześnie pytając krótkim spojrzeniem, czy może. Skinęłam, zaplatając mu ręce na szyi. Z głośników leciało Fix You zespołu Coldplay, a ja w duchu przeklęłam DJ-a czy kogo tam zatrudnili, żeby puszczał muzykę.
- Naprawdę mnie dzisiaj testujesz, Shenan, ale obiecałem sobie, że nie zrujnuję ci tego wieczora - wyszeptał mi do ucha. - Przeczytałaś mój list?
Skinęłam, patrząc mu w oczy.
And I will try to fix you...
- Chcesz mi coś powiedzieć?
- Michael, po prostu tańcz, dobrze?
- Okej - powiedział cicho, ciągle patrząc mi w oczy. Piosenka wydawała się nie mieć końca, a Clifforda widocznie coś gryzło w środku.
When you're too in love to let it go...
- No mów. O co chodzi? - odpuściłam w końcu.
Nachylił się i znowu zaczął szeptać do mojego ucha, powodując nieprzyjemne ciarki wędrujące wzdłuż moich pleców.
- Wiesz, co symbolizują żonkile, Dianno?
- Nie - odpowiedziałam piskliwie, sama nie poznając swojego głosu.
Odsunął się nieco ode mnie, spoglądając mi w oczy, a ja miałam wrażenie, że może przez nie zobaczyć całą moją duszę.
Tears stream down your face...
- Nieodwzajemnioną miłość.
I promise I will learn from my mistakes...
- Michael...
Tears stream down your face and I...
- Dlaczego przestałaś we mnie wierzyć? - zapytał ze łzami w oczach, a ja pokręciłam głową, spuszczając ją w dół.
And I will try...
- Nie wiem.
...to fix you.
---------------
OK, JESTEM TAKA EMOCJONALNA PO TYM ROZDZIALE, OKI
no więc, dziękuję za wszystkie wyświetlenia/głosy/komentarze, to tak cholernie motywuje!
Rozdział dedykuję wszystkim roleplayerom (baj de łej zapraszam do obserwowania), które urządziły sobie dzisiaj wielką imprezę z ojcami pablito, psami, świnkami morskimi i znamionami na palcach, big love, hahah <3
NIE BIERZCIE ICH TWEETÓW NA POWAŻNIE, NIE MAJĄ WPŁYWU NA FABUŁĘ, OSOBY PROWADZĄCE TE KONTA ZNAJĄ TYLE TEJ HISTORII, ILE WY :)
Przypominam, że komentujesz = motywujesz i zapraszam do dalczego czytania Letters :)
Swoje przemyślenia nadal możecie zapisywać w hashtagu #LettersFF, w którym nawet co jakiś czas pojawiają się spoilery nowych rozdziałów :)
Wasza autorka, ochrzczona dzisiaj psychiatrą XD
EDIT: Jeśli ktoś jest zainteresowany, daję linki do sukienek, które mniej więcej pokazują, jakie sukienki miały na sobie dziewczyny ;)
Dianna:
sukienka - https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjWiBh9ReRESDicq3bTXO9V11k6PFHH01vsrvB9wbIsnxDT7KP3_sZ3ucO3zMz2mHNld3qEyfHVvtiiW5yTd4Lo1fX6hUhnj_GeP1rLHbD-5Ezh7Oml6AyjsLwkfAqL4_ZUtZnpKXZUIMU/s640/tumblr_mj0l1xToOi1qm7gxlo1_250.jpg
rękawiczki - https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhez29QOqyk6xRD5xmAM1t0ObOqxgyp0E7ov63SfM7zZDDz_NEdsncU6MthlpT97xLRiiU6JlzrYKWlkrJxYKIqhWKxMKEMzn0MGW5jYqJvCxAmq_VbrdZD5N337rTkpFoWuBM1JXDzr7oE/s1600/pink+gloves+1960s+1.jpg
Jade:
http://www.ssdress.com/wp-content/uploads/2014/07/vintage-prom-dress-tumblrvintage-prom-dresses-1950s-2wvkpegt.jpg
Ruby:
http://media-cache-cd0.pinimg.com/236x/50/0a/38/500a38fbd840eb799e4b39cff296f7e0.jpg
Z resztą, czy wy też uważacie, że The Kooks - Naive jest taką listową piosenką? :D *naive - naiwna
- Jak to idziesz z Michaelem? - spytał zdziwiony Ashton, a ja wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem. Nasz wychowawca jest dziwny i powiedział, że sam wybierze nam partnerów na ten bal.
- Kurczę, trochę szkoda - zasmucił się, a ja podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na piersi, patrząc mu głęboko w oczy.
- Gdyby to zależało ode mnie, poszłabym z tobą, mam nadzieję, że o tym wiesz.
- Wiem - uśmiechnął się lekko i pocałował mój nos. Zmarszczyłam się przez ten gest, a on zachichotał. Był chyba jedynym chłopakiem, który chichotał. I to czyniło go tak cholernie uroczym. - A tak przy okazji - nawet nie pokazałaś mi swojej sukienki! - oburzył się.
- Jejku, naprawdę? Na śmierć zapomniałam! - złapałam się za głowę. - Zaraz wracam.
Pobiegłam do pokoju, żeby przebrać się w tą księżniczkową sukienkę. W sumie im dłużej ją mam, tym bardziej ją lubię. Dziwne. Wzruszyłam ramionami i zdjęłam ubranie z wieszaka. Szybko zrzuciłam z siebie koszulkę, a wtedy usłyszałam pogwizdywanie. Odwróciłam się w stronę okna, w którym siedział Michael, nonszalancko bujając nogami. Krzyknęłam i przykryłam się sukienką.
- Co ty tu robisz?!
- Podglądam - uśmiechnął się złośliwie, po czym wstał i pociągnął dół mojej sukienki. - Bez niej było lepiej - mrugnął do mnie, a ja wstrzymałam oddech. Cholera.
- Dianna? Wszystko w porządku? - spytał Ash z kuchni, a Clifford rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Tak, wszystko okej! To tylko pająk - rzuciłam, ciągle patrząc Michaelowi w oczy.
- No więc, księżniczko? Ubierzesz się do końca? - zapytał z tym swoim uśmieszkiem. Uh, jak ja go nienawidzę.
- Na pewno nie przy tobie, zboczeńcu. Idź sobie - wskazałam mu okno, którym wszedł, a on spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- Jestem cywilizowanym człowiekiem i wychodzę przez drzwi.
- Ale wchodzisz przez okna?
Skinął.
- W takim razie tam są drzwi. Trafisz sam - wypchnęłam go z pokoju. Zaczęłam zakładać sukienkę (na razie na spodnie, tak na wszelki wypadek, gdyby Michael postanowił się wrócić), kiedy usłyszałam uradowany głos z salonu. O nie.
- O, cześć, Ashton! Sorry, że wyszedłem z pokoju twojej dziewczyny. Nic nie zaszło.
- Umm...
Ja pierdolę, co jest nie tak z tym chłopakiem?!
- Tak, właśnie! - krzyknęłam, walcząc z zamkiem sukienki. - Nic nie zaszło. Ash, poznaj idiotę, z którym idę na bal.
Kiedy w końcu uporałam się z tym okropnym zapięciem, zrzuciłam z siebie spodnie i pobiegłam do pokoju. Tam Michael i Ashton siedzieli na fotelach naprzeciwko siebie i mierzyli się wzrokiem. Dzieci. Chrząknęłam znacząco, a oni przenieśli spojrzenia na moją osobę dokładnie w tym samym momencie.
- Wow, Dianna... - powiedział Ash i oblizał wargi. Oh.
- Wyglądasz świetnie, nie mogę się doczekać, aż zabiorę cię na bal - oświadczył Michael, a Ashton wycelował z niego palec.
- Hej, uważaj sobie.
Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło. Ta dwójka naprawdę zachowywała się jak para bachorów.
- Więc jest okej? - spytałam Ashtona, a on skinął.
- Jest lepiej niż okej. - dorzucił i podszedł do mnie, żeby pocałować mnie z pasją. Przerwał nam Michael, który udawał odgłosy torsji. Spojrzałam na niego ze złością, a on wzruszył ramionami.
- Wymiotuję od nadmiaru słodyczy. No, chyba będę się zbierać. Do zobaczenia, Di. - uśmiechnął się do mnie, a kiedy zbliżył się, żeby mnie przytulić, wyszeptał mi do ucha: - Pierwsza szuflada biurka, pod książką z różową zakładką.
Zamarłam. Kolejny list? No naprawdę?
- Cześć, Ashton! Do kiedyś! - pomachał do niego trochę zbyt entuzjastycznie, po czym wyszedł, zostawiając nas oboje oniemiałych.
- Jak on znalazł się w twoim pokoju? - spytał zdezorientowany Ashton, a ja wzruszyłam ramionami.
- Żebym to ja wiedziała...
Oczywiście, że wiedziałam. Włamał się przez okno. Ale nie za bardzo chciałam się z nim tym dzielić.
- Nie podoba mi się ten koleś. Wiem, że musisz z nim iść na bal, ale poza tym trzymaj się od niego z daleka, okej? A teraz idź się przebrać, księżniczko - uśmiechnął się.
Bez słowa przeszłam do pokoju w celu pozbycia się tej okropnie niewygodnej sukienki. Kiedy rozpinałam suwak, mój wzrok zatrzymał się na delikatnie odsuniętej pierwszej szufladzie biurka. Zatrzymałam się, tocząc wewnętrzną walkę z samą sobą. Przeczytać? Nie, przecież to psychol. Ale jeśli...
Moja ciekawość zwyciężyła i od razu po zsunięciu z siebie sukienki i pospiesznym narzuceniu koszulki, otworzyłam szufladę. Podniosłam Dumę i uprzedzenie, z której wystawała różowa zakładka, i trafiłam na czerwoną kopertę zaadresowaną do mnie. Koperta? Musiał napisać coś dłuższego. Ostrożnie odgięłam papier i wyciągnęłam list ze środka. Był długi, naprawdę. Zajmował całą stronę, w dodatku drobnym pismem.
Droga Dianno,
zapewne nie spodziewałaś się tak długiego listu z mojej strony. A jednak, ludzie lubią zaskakiwać. Szczególnie ja. Chciałem porozmawiać z Tobą o paru sprawach, ale z uwagi na Twoje nastawienie do mnie, mogłoby okazać się to trudne. Pozwól więc, że odbędę listowy monolog, a jeśli zechcesz, odpowiesz mi. Słownie albo pisemnie. To już nie ma znaczenia.
Zacznijmy od sprawy Lucasa. Domyślam się, co wiesz na ten temat. Sam ci to kiedyś z resztą powiedziałem. To ja zabiłem Luke'a, poszedłem za to siedzieć na prawie dwa lata, ale ktoś wpłacił kaucję, a ja nie mam pojęcia, kto. Cóż, przystańmy przy tej wersji wydarzeń. Jesteś na mnie wściekła, to zrozumiałe. Proszę Cię tylko o jedno - daj mi szansę. Więzienie naprawdę zmienia człowieka, wiesz? Wcale nie chciałem go zabić, dobrze o tym wiesz. Pamiętasz tą noc w lesie, kiedy Ci powiedziałem? Kiedy tak gorliwie zaprzeczałaś? Kiedy uparcie twierdziłaś, że nie mógłbym zabić człowieka? Wierzyłaś we mnie. Co się zmieniło?
Właśnie, wiara. To ona czyni człowieka tak kruchym, jakim jest. Zaczynasz komuś ufać, a ten ktoś to wykorzystuje. Czujesz się zraniona. Można Cię tak łatwo złamać. Oh, naiwna Dianno, tak łatwo można Cię złamać...
Nie chcę, żebyś postrzegała mnie jak wroga, prześladowcę. Chcę znowu być blisko Ciebie, tak jak kiedyś. Byłaś kiedyś moją przyjaciółką, czy zapomniałaś? Wspierałem Cię, a Ty wspierałaś mnie. Byliśmy nierozłączni, nasza przyjaźń twarda jak skała. Ale coś jednak ją rozbiło. Kulka z pistoletu, prawda? Dlaczego nadal wybierałaś jego ponad mną? Do niczego by nie doszło...
Tu nie chodzi o uczucia, Dianna. Wiem, że mnie kochałaś. Może nadal kochasz, nie wiem tego. On miał coś, czego ja nie mogłem Ci dać. Był popularny i lubiany. A ja trzymałem się na uboczu. To była ta zasadnicza różnica. To zadecydowało, czyż nie? Byłem tylko tym cichym Michaelem, do którego bałaś się przyznać, bo nikt go nie lubił. Teraz wzbudzam strach. To prawie to samo, co nienawiść. I co? Wciskasz mi swój adres do szafki.
Może pociągają Cię byli przestępcy?
Do zobaczenia na balu, słodka, naiwna Shenan.
M.C.
Ps. Zajrzyj do szuflady jeszcze raz.
Wykonałam polecenie zamieszczone na końcu listu i wstrzymałam oddech na chwilę, kiedy zobaczyłam rękawiczki. Były dokładnie tego samego koloru, co moja księżniczkowa sukienka, eleganckie i idealnie dopasowane. Przymierzyłam je i leżały perfekcyjnie. Ale zaraz...
- Skąd on wiedział, jak będzie wyglądała moja sukienka? - spytałam samą siebie na głos.
---
- Podekscytowana? - spytał Ashton, poprawiając swoją muszkę przed lustrem.
- Troszkę. O wiele mniej przez Michaela, ale nadal trochę tak. To w końcu bal debiutantów.
- Masz rację. Jak wyglądam? - odwrócił się do mnie i rozłożył nonszalancko ręce, poruszając brwiami. - Wszystkie laski moje, co?
- Chciałbyś, Irwin - zaśmiałam się, poprawiając kolejną spinkę we włosach. Nie musiałam już nosić opatrunków. Od wypadku minął tydzień, więc już prawie nie bolało, a tą szpecącą ranę przykryłam toną podkładu.
Przeszłam do pokoju obok, żeby zabrać swoją kopertówkę. Zawiesiłam wzrok na rękawiczkach leżących na biurku. Bez większego zastanowienia wsunęłam je na dłonie i wróciłam do Ashtona. Wcale nie musiałam myśleć o tym, że są prezentem od Michaela. Równie dobrze mogłam potraktować je jako stylowy dodatek znaleziony w szufladzie.
- Jedziemy? - spytałam z uśmiechem, a on skinął, podając mi ramię.
- Umówiłaś się z nim dopiero na miejscu?
Cholera. Mogłeś nie pytać.
- Umm... Nie. Zapomniałam, że miał po mnie przyjechać. Przepraszam - przygryzłam wargę i spuściłam głowę, ale on podniósł mój podbródek, każąc mi na siebie spojrzeć.
- Hej, Di. Jest okej. Spotkamy się w szkole, tak?
- W porządku - pocałowałam go szybko i wsunęłam stopy w swoje szpilki. Ashton rzucił szybkie 'na razie, kotku' i wyszedł, więc przeszłam do salonu i usiadłam na kanapie w oczekiwaniu na Clifforda. Po niedługiej chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam do nich z grymasem i otworzyłam je, widząc Michaela z bukietem miniaturowych żonkili.
- Hej - powiedział cicho, wręczając mi kwiaty. Wpuściłam go do środka i zamknęłam drzwi, gestem nakazując mu przejście do salonu. Poszłam do kuchni po wazon i napełniłam go wodą, po czym wsadziłam do niego bukiecik i postawiłam na stole.
- Dobra, możemy iść. Dzięki za kwiaty.
- Nie ma sprawy.
Po upewnieniu się, że dokładnie zamknęłam mieszkanie, ruszyliśmy po schodach do jego samochodu. Nie był to czarny Range Rover, którym zwykle jeżdżą bad-boy'e w powieściach i filmach. Michael przyjechał Hondą Civic Hatchback z rocznika 2009 (tak, musiałam słuchać całego wykładu na temat tego samochodu, więc pamiętam chociaż, jak się nazywał). Otworzył mi drzwi po stronie pasażera, więc wsiadłam, dziękując mu skinieniem głowy.
Cała podróż minęła nam w ciszy, więc kiedy zobaczyłam znajomy budynek szkoły, odetchnęłam z ulgą. Nie dane mi było jednak zbawienie, bo gdy już miałam otworzyć drzwi, Clifford zatrzymał mnie, chwytając moją dłoń.
- Dianna.
- Co? - rzuciłam znudzona. Proszę, pozwól mi już wyjść.
- Skoro już idziemy na ten bal razem, to przynajmniej z niego korzystaj. Wyobraź sobie, że jestem Luke'iem albo Ashtonem, nawet nie tym twoim tylko Kutcherem, ale proszę, baw się. Nie chcę zepsuć ci balu debiutantek.
- Właściwie to już to zrobiłeś. - burknęłam i wyszłam z samochodu, trzaskając drzwiami. Ruszyłam w stronę schodów. Po chwili miałam już u boku Michaela, który najwidoczniej nie przejął się moimi słowami.
- Di, mówię serio. Skoro już jesteś tu ze mną to przynajmniej spróbuj dobrze się bawić, okej? Nie zmienisz już partnera.
Westchnęłam ciężko. Coś w tym jest.
- Tylko ten jeden raz, Clifford.
- Tylko ten jeden raz. - rozpromienił się.
- Ale i tak cię nienawidzę.
- Jak sobie chcesz, słodka, naiwna Shenan.
- I nie mów do mnie 'słodka' ani 'naiwna', to mój warunek - spojrzałam na niego twardo, a on ledwo powstrzymywał śmiech. - No co? - wyrzuciłam ręce w powietrze w geście sfrustrowania, a on pokręcił głową.
- Jesteś taka urocza, kiedy się złościsz.
---
Sala była już pełna tańczących uczniów, chociaż do rozpoczęcia zostało jeszcze piętnaście minut. Próbowałam odszukać wzrokiem Ruby, Jade albo Ashtona, jednak żadnego z nich nie widziałam.
- Hej, przynieść ci coś do picia? - spytał Michael, uśmiechając się lekko. Może naprawdę miał dobre zamiary?
- W sumie czemu nie... Tylko pamiętaj, że...
- Tak, tak. - przerwał mi. - Nie pijesz. Wiem.
Uśmiechnęłam się, kiedy już się odwrócił, a wtedy namierzyłam wzrokiem Caluma, partnera Jade.
- O, Dianna! - krzyknął, widząc mnie. Odwrócił się i chwycił za łokieć JJ, która spojrzała we wskazanym przez niego kierunku i rozpromieniła się. Oboje podeszli do mnie, trzymając się za ręce.
- Podobno nie jesteście razem? - spytałam, unosząc jedną brew i wskazując głową ich splecione dłonie.
- Ale jesteśmy razem na balu, więc możemy się trzymać za ręce - mrugnęła do mnie Jade, a ja uśmiechnęłam się ze zrozumieniem. - Gdzie twój Romeo?
- Który? - westchnęłam znużona i jak na zawołanie obok nas pojawił się Mike z moim napojem. Podał mi go z uśmiechem i spojrzał na parę przede mną.
- Kto to? - zapytał, wskazując brodą na Caluma.
- Partner Jade. A ją chyba znasz, prawda?
Michael zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu i w końcu skrzywił głowę, wyraźnie myśląc.
- Hm, chyba minęliśmy się kilka razy na korytarzu. Chociaż... Hej, czy to nie ty grałaś z nami w drużynie w dwa ognie jakiś czas temu? - zmarszczył czoło.
- Chyba ja - mruknęła i pociągnęła Caluma w przeciwną stronę. Jeju, co jej się stało?
Spojrzałam na Michaela, który przyglądał mi się uważnie. W końcu poświęciłam chwilę na zwrócenie uwagi na jego wygląd. Miał włosy roztrzepane na wszystkie strony, koszulę bez krawata ani muszki, nonszalancko narzuconą na nią marynarkę i, o dziwo, wyprasowane spodnie od garnituru. Wróciłam do jego twarzy. Jego oczy wciąż się we mnie wpatrywały, wprawiając mnie w zakłopotanie.
- Coś nie tak? - spytałam, bawiąc się materiałem sukienki.
- Zapomniałem, jaka jesteś piękna - wyszeptał, a ja usłyszałam go mimo dudniącej muzyki. Akurat puścili wolną piosenkę. Wyczucie czasu. Pieprzone wyczucie czasu.
- Michael, przestań. Proszę. - potrząsnęłam głową, a on wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Zatańczysz?
W odpowiedzi po prostu podałam mu rękę. Michael delikatnie pociągnął mnie w swoją stronę, a ja odruchowo zamarłam, jednak przypomniałam sobie, że przecież nic mi nie zrobi. Położył dłonie na moich biodrach, jednocześnie pytając krótkim spojrzeniem, czy może. Skinęłam, zaplatając mu ręce na szyi. Z głośników leciało Fix You zespołu Coldplay, a ja w duchu przeklęłam DJ-a czy kogo tam zatrudnili, żeby puszczał muzykę.
- Naprawdę mnie dzisiaj testujesz, Shenan, ale obiecałem sobie, że nie zrujnuję ci tego wieczora - wyszeptał mi do ucha. - Przeczytałaś mój list?
Skinęłam, patrząc mu w oczy.
And I will try to fix you...
- Chcesz mi coś powiedzieć?
- Michael, po prostu tańcz, dobrze?
- Okej - powiedział cicho, ciągle patrząc mi w oczy. Piosenka wydawała się nie mieć końca, a Clifforda widocznie coś gryzło w środku.
When you're too in love to let it go...
- No mów. O co chodzi? - odpuściłam w końcu.
Nachylił się i znowu zaczął szeptać do mojego ucha, powodując nieprzyjemne ciarki wędrujące wzdłuż moich pleców.
- Wiesz, co symbolizują żonkile, Dianno?
- Nie - odpowiedziałam piskliwie, sama nie poznając swojego głosu.
Odsunął się nieco ode mnie, spoglądając mi w oczy, a ja miałam wrażenie, że może przez nie zobaczyć całą moją duszę.
Tears stream down your face...
- Nieodwzajemnioną miłość.
I promise I will learn from my mistakes...
- Michael...
Tears stream down your face and I...
- Dlaczego przestałaś we mnie wierzyć? - zapytał ze łzami w oczach, a ja pokręciłam głową, spuszczając ją w dół.
And I will try...
- Nie wiem.
...to fix you.
---------------
OK, JESTEM TAKA EMOCJONALNA PO TYM ROZDZIALE, OKI
no więc, dziękuję za wszystkie wyświetlenia/głosy/komentarze, to tak cholernie motywuje!
Rozdział dedykuję wszystkim roleplayerom (baj de łej zapraszam do obserwowania), które urządziły sobie dzisiaj wielką imprezę z ojcami pablito, psami, świnkami morskimi i znamionami na palcach, big love, hahah <3
NIE BIERZCIE ICH TWEETÓW NA POWAŻNIE, NIE MAJĄ WPŁYWU NA FABUŁĘ, OSOBY PROWADZĄCE TE KONTA ZNAJĄ TYLE TEJ HISTORII, ILE WY :)
Przypominam, że komentujesz = motywujesz i zapraszam do dalczego czytania Letters :)
Swoje przemyślenia nadal możecie zapisywać w hashtagu #LettersFF, w którym nawet co jakiś czas pojawiają się spoilery nowych rozdziałów :)
Wasza autorka, ochrzczona dzisiaj psychiatrą XD
EDIT: Jeśli ktoś jest zainteresowany, daję linki do sukienek, które mniej więcej pokazują, jakie sukienki miały na sobie dziewczyny ;)
Dianna:
sukienka - https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjWiBh9ReRESDicq3bTXO9V11k6PFHH01vsrvB9wbIsnxDT7KP3_sZ3ucO3zMz2mHNld3qEyfHVvtiiW5yTd4Lo1fX6hUhnj_GeP1rLHbD-5Ezh7Oml6AyjsLwkfAqL4_ZUtZnpKXZUIMU/s640/tumblr_mj0l1xToOi1qm7gxlo1_250.jpg
rękawiczki - https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhez29QOqyk6xRD5xmAM1t0ObOqxgyp0E7ov63SfM7zZDDz_NEdsncU6MthlpT97xLRiiU6JlzrYKWlkrJxYKIqhWKxMKEMzn0MGW5jYqJvCxAmq_VbrdZD5N337rTkpFoWuBM1JXDzr7oE/s1600/pink+gloves+1960s+1.jpg
Jade:
http://www.ssdress.com/wp-content/uploads/2014/07/vintage-prom-dress-tumblrvintage-prom-dresses-1950s-2wvkpegt.jpg
Ruby:
http://media-cache-cd0.pinimg.com/236x/50/0a/38/500a38fbd840eb799e4b39cff296f7e0.jpg
sobota, 9 sierpnia 2014
3
Byłam w ciemnym lesie. Drzewa przysłaniały mi jakikolwiek widok,
dostrzec mogłam jedynie słaby zarys ścieżki przede mną. Podążałam nią
już długo, powoli zaczynały opuszczać mnie siły. Przystanęłam i wtedy go
dostrzegłam. Widziałam jedynie jego sylwetkę, jednak byłam pewna, że to
on.
- Michael! - krzyknęłam, a on zaśmiał się głośno. - Wcale nie musisz taki być, Mike! Może kiedyś pokocham cię takiego, jakim jesteś...
- Bzdury, Dianna! On zawsze będzie lepszy ode mnie. Zawsze wybierzesz jego ponad mną.
- Na pewno, jeśli będziesz taki, jak teraz.
- I tym właśnie jestem, naiwna Shenan. To jedyne, co mogę nazwać 'sobą'. Ten potwór, którego we mnie widzisz, to prawdziwy ja. I ten, który zabił Luke'a z miłości do ciebie, to też ja. Miałaś rację. Jestem pieprzonym psycholem. Kocham cię jak psychol, dlatego go zabiłem.
Zaniemówiłam. O. Mój. Boże.
- Nie zabiłeś go - pokręciłam głową, a on zaczął zbliżać się do mnie. Kiedy dzielił nas dystans jednego metra, stanął w miejscu.
- Właśnie, że tak, droga Dianno. Pójdę za to siedzieć, a ty uwolnisz się od psychopaty, który ciągle cię prześladował.
Moje oczy zaszły łzami. Nie, on tego nie zrobił. Nie, nie mój Mikey, nie on.
- Nie zrobiłeś tego, nie wierzę, że byłbyś zdolny zabić człowieka. Niemożliwe.
- Czy ty nadal tego nie rozumiesz?! Zabiłem twojego pieprzonego chłopaka z uczuć do ciebie! Jestem potworem, czy tego chcesz, czy nie, czy wierzysz w to, czy nie!
- Panno Shenan - usłyszałam nad sobą. Uniosłam głowę znad notatnika i spojrzałam na rozwścieczoną nauczycielkę.
- No co?
- Mam nadzieję, że to, co zapisujesz w swoim notatniczku, jest związane z tematem lekcji.
- Nie jest - rzuciłam, po czym zamknęłam notes i rzuciłam go na ławkę. - Zadowolona? - wypaliłam. Poczułam ból w lewej kostce. Oczywiście, że Ruby mnie kopnęła. Nie chciała, żebym dalej wygarniała tej starej...
- Będę, kiedy stawisz się na karze. Przez następne trzy dni.
Otworzyłam szeroko oczy. O nie, nie zrobiłaś tego, zdziro.
- Dobrze, proszę pani. - wysyczałam przez zaciśnięte zęby i usłyszałam śmiech z tyłu sali. Sama też się uśmiechnęłam. - Dzięki, Jade.
- Nie ma sprawy! - odkrzyknęła przyjaciółka, a pani westchnęła ciężko.
- Panno Clarks, jeszcze jedno słowo, a sama będziesz musiała odbywać karę.
---
Weszłam do szatni koło sali gimnastycznej i szybko przebrałam się w dresy i bokserkę. Włosy związałam z prędkością światła, dosłownie, po czym pobiegłam do grupy.
- Dużo się spóźniłam? - spytałam jakiegoś chłopaka w bluzie z kapturem. Faktycznie, dzisiaj było zimno, mogłam pomyśleć i sama jakąś wziąć.
- Nie, Shenan. Jeszcze nie przyszedł.
Zamarłam. No nie wierzę, naprawdę?
- Co ty tu robisz? Nie jesteś w mojej grupie.
- Ale dzisiaj mamy z wami zajęcia, cieszysz się? - Michael uśmiechnął się sarkastycznie i zdjął kaptur z głowy.
- Ustawcie się w dwuszeregu! Dziesięć sekund! - wykrzyczał trener na wejściu. Już miałam ulotnić się do dziewczyn, kiedy Clifford pociągnął mnie za ramię i postawił przed sobą. Pochylił się nade mną i zatrzymał swoje usta tuż koło mojego ucha.
- Dokąd chciałaś uciec, Dianno?
- Co ty, do cholery, robisz? - wyszeptałam wściekła.
- Kolejno odlicz! - usłyszałam komendę, więc westchnęłam i czekałam, aż przyjdzie moja kolej.
- Trzynaście - mruknęłam i odstawiłam lewą nogę trochę do przodu, tak jak to zawsze robiliśmy.
- W porządku. Dzisiaj będziemy ćwiczyć dwie godziny, więc przez pierwszą zrobimy zajęcia w parach, a podczas drugiej pogramy w dwa ognie. Pierwszy rząd odwraca się w tył.
Wykonałam polecenie i spojrzałam w oczy Michaela, który uśmiechnął się złośliwie.
- To są wasze pary - oznajmił mężczyzna, a ja momentalnie zaprotestowałam.
- Nie będę z nim ćwiczyć - wskazałam pogardliwie na Clifforda, a on zrobił smutną minę. Przewróciłam oczami.
- Niestety, Michael, ale musisz z nią ćwiczyć. Współczuję ci - odezwał się do chłopaka, a ja zaczerwieniłam się ze złości. Co za gnojek! - Dobra, najpierw rozciąganie. Najlepiej róbcie to w parach.
Zrezygnowana odwróciłam się do Michaela, a on spojrzał na mnie zwycięsko.
- Pierwszy i ostatni raz - zagroziłam mu palcem, po czym odszukałam wzrokiem ćwiczące razem Jade i Ruby. Obserwowały mnie z niepokojem, jednak uśmiechnęłam się do nich, mówiąc im bezgłośnie, że jest w porządku.
- Co najpierw? - zapytał Clifford, który już rozciągał swoje tricepsy, ciągnąc łokcie za głową. Nie mogę zaprzeczyć, że miał piękne ciało. Pokręciłam głową wyrzucając z niej tą myśl. Nie zaprzeczę, ale nie chcę o tym myśleć.
- Może nie powinnaś się tak na mnie gapić. Jeszcze się zakochasz.
Prychnęłam cicho i usiadłam w szerokim rozkroku, czekając aż zrobi to samo naprzeciwko mnie. Musiałam złapać go za ręce, co ani trochę mi się nie podobało. Musiałam jednak to zrobić, więc niepewnie ujęłam jego dłonie. Były takie, jakie je zapamiętałam - o wiele większe od moich, ciepłe, przyjemne w dotyku. Westchnęłam i pochyliłam się do tyłu, rozciągając Michaela. Pochylając się podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
- Podoba mi się ta perspektywa.
Momentalnie się wyprostowałam, a wtedy on powtórzył mój wcześniejszy ruch. Teraz to ja się rozciągałam.
- Ale ta jeszcze bardziej.
- Michael, czy możesz przestać? - spytałam poirytowana, a on wybuchnął śmiechem.
Wstaliśmy i ustawiliśmy się do siebie plecami. Złapaliśmy się pod łokcie i najpierw to on się zgarbił, wyciągając moje plecy. Potem przyszła moja kolej. Dobrze się ustawiłam i już miałam go podnieść, kiedy przechyliłam się w lewo i oboje upadliśmy na ziemię.
- Cholera, Shenan, to bolało! - zaśmiał się głośno, a ja nie mogłam się nie uśmiechnąć. Jestem taką fizyczną ofiarą.
---
- Hej, Di! - usłyszałam nawoływanie Jade i zaczęłam się za nią rozglądać. Zobaczyłam ją po prawej stronie boiska, więc się tam udałam. Przynajmniej teraz będę ćwiczyć z kimś normalnym. Po chwili przybiegła do nas też Ruby.
- O, cześć, Dianna. Dołączasz do nas?
- Zdecydowanie wolę wasze towarzystwo niż Clifforda.
- Oj tam, Shenan. Nie było aż tak źle, sama przyznać - odwróciłam się, żeby zobaczyć Michaela, który szedł w naszą stronę. Nie, proszę, nie. - Oczywiście, że się mnie nie pozbyłaś, naiwna Dianno. Jestem z wami.
Zacisnęłam wargi i bez słowa ustawiłam się z boku. Kątem oka zobaczyłam Clifforda podążającego za mną, jednak zignorowałam go całkowicie.
- Hej, nie złość się na mnie. Już nie jestem takim psycholem jak kiedyś.
- A tak się da?
- Co? - zmarszczył brwi.
- Da się przestać być psycholem, skoro raz się już nim by...
- Dianna, uważaj! - krzyknął naglę, a kiedy odwróciłam się w stronę drużyny przeciwnej, piłka uderzyła mnie w twarz z ogromnym impetem.
---
Obudziłam się w znajomym, pistacjowym pomieszczeniu. Gabinet lekarski. Przesiadywałam tutaj bardzo często, bo pielęgniarka była tylko kilka lat starsza od nas i bardzo dobrze się rozumiałyśmy. Jednak z powodu dolegliwości byłam tutaj chyba po raz pierwszy.
- Jak się czujesz, Di? - spytała z uśmiechem Tina, a ja się skrzywiłam.
- Głowa mi pęka.
- To normalne. Całkiem mocno oberwałaś. Miałaś szczęście, że odwróciłaś się w dobrym momencie, bo piłka uderzyła cię w czoło, a nie w skroń. Wtedy mogło być gorzej.
Pomyślałam o Cliffordzie. Chyba muszę mu potem podziękować.
- Ten chłopak... Ten, który był wtedy koło ciebie... - zaczęła Tina, jakby czytając mi w myślach.
- Michael.
- Właśnie, dziękuję. Przyniósł cię tutaj.
- Naprawdę? - zdziwiłam się. Co, do cholery? Przecież jego nie obchodzi nic poza nim samym.
- I nawet musiałam go siłą wyciągać z gabinetu! Ciągle powtarzał, że to jego wina, chyba ma wyrzuty sumienia, że cię zagadał.
- Dobra, uwierzę we wszystko, ale nie w to, że Michael Clifford ma wyrzuty sumienia - zaśmiałam się gorzko, a ona spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Nie lubicie się chyba, prawda?
- Nie przepadam - potwierdziłam, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem. W tym samym czasie do gabinetu wpadł Michael.
- O wilku mowa - uśmiechnęła się Tina, ale on ją zignorował, kiedy zobaczył, że jestem przytomna.
- O Boże, Dianna! - krzyknął i podbiegł do mnie. Złapał mój podbródek i oglądał moją głowę z każdej strony.
- Uspokój się, świrze - warknęłam i strąciłam jego rękę, a on skrzywił się, jakby moje słowa naprawdę go zabolały.
- Na pewno nie ścisnęłaś bandaża za mocno? A co, jeśli krew nie dopłynie do jej mózgu? - wypytywał pielęgniarkę, a ona wywróciła oczami.
- Tak, na pewno wszystko będzie okej.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że mam na głowie opatrunek. Dotknęłam go delikatnie, ale natychmiast odsunęłam dłoń, kiedy poczułam bolesne pulsowanie.
- Nie będziesz uczęszczać na zajęcia z wychowania fizycznego do końca semestru. Podczas wysiłku może strasznie boleć cię głowa - powiedziała Tina, a ja skinęłam lekko. To tylko miesiąc.
- A co z balem? - zainteresował się Michael.
- Bez większego tańcowania. I zero alkoholu - ostrzegła, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Czyli jednak pójdę na bal. Zaraz jednak zbladł, kiedy przypomniałam sobie, kto ma być moim partnerem.
- Michael, możesz zaprowadzić ją na lekcje? - spytała Tina, a ja spojrzałam na nią wściekła. Nie.
- Jasne - uśmiechnął się 'szczerze', ale już długo go znam i wiem, że ten gest nie mógł być bardziej nieszczery.
Clifford podał mi rękę, a ja ujęłam ją niechętnie i podniosłam się z łóżka lekarskiego. Momentalnie zakręciło mi się w głowie i spadłam na chłopaka, ten jednak przytrzymał mnie, więc wymamrotałam podziękowania i pomachałam jedną ręką do pielęgniarki.
- Uważaj na siebie, Dianna! - krzyknęła za nami, kiedy wyszliśmy na korytarz.
Michael zamknął drzwi gabinetu i bez słowa ruszyliśmy ramię w ramię pod moją salę. Kiedy przechodziliśmy obok otwartego okna, zadrżałam z zimna. Przed 'wypadkiem' nie zdążyłam przebrać się ze swojego stroju sportowego, a miałam jeszcze tylko jedną lekcję, więc stwierdziłam, że to zbędne. Clifford musiał to poczuć, bo kazał mi stanąć. Po chwili zdjął swoją bluzę i założył ją na moje ramiona.
- Michael, nie...
- Zamknij się, Shenan. Po prostu weź ją, okej? - podał mi ramię, a ja ujęłam je i kontynuowaliśmy drogę do klasy.
---
Po południu, kiedy przyjechałam do domu, Ashton od razu zasypał mnie gradem pytań.
- Co się stało? Jak się czujesz? Mam kogoś zabić?
- Dostałam piłką, niespodziewanie dobrze, nie - odpowiedziałam spokojnie i przeszłam do kuchni. - Ale jestem niesamowicie głodna.
- Naleśniki? - uśmiechnął się, a ja skinęłam. Usiadłam na stole i wsadziłam ręce do kieszeni bluzy.
Zaraz, zaraz.
Bluza! Nie oddałam jej Michaelowi!
Już miałam wyjąć ręce z kieszeni, kiedy poczułam pod palcami karteczkę. Nie wierzę, nawet w jego własnej bluzie?
Droga Dianno,
całkiem fajnie się nam razem ćwiczyło. Kiedy już się obudzisz, możemy to powtórzyć. Bardzo przepraszam, że Cię zagadałem. Nie chciałem, żeby doszło do takiej sytuacji. Aha, no i dziękuję za pobudzenie mojej wyobraźni podczas rozciągania.
M.C.
Zgniotłam karteczkę i wyrzuciłam ją do kosza.
- Co to było?
- Ściąga na chemię - wzruszyłam ramionami. Gdybyś tylko wiedział, Ashton...
----------------------------
Jejku, bardzo dziękuję za wszystkie wyświetlenia, komentarze i głosy, yay <3
Ktoś już wymyślił pairing Dianny i Michaela - Dikey (czyt. Dajki, tak dla pewności).
A więc, shippujecie bardziej Dikey czy Diashtona (czyt. Dajaszton, ahhahaha XDDD)?
autorka
Ps. Byłoby dłużej, ale mama siedzi mi na głowie od ostatnich dwudziestu minut, bo piszę ten rozdział już cholernie długo.
- Michael! - krzyknęłam, a on zaśmiał się głośno. - Wcale nie musisz taki być, Mike! Może kiedyś pokocham cię takiego, jakim jesteś...
- Bzdury, Dianna! On zawsze będzie lepszy ode mnie. Zawsze wybierzesz jego ponad mną.
- Na pewno, jeśli będziesz taki, jak teraz.
- I tym właśnie jestem, naiwna Shenan. To jedyne, co mogę nazwać 'sobą'. Ten potwór, którego we mnie widzisz, to prawdziwy ja. I ten, który zabił Luke'a z miłości do ciebie, to też ja. Miałaś rację. Jestem pieprzonym psycholem. Kocham cię jak psychol, dlatego go zabiłem.
Zaniemówiłam. O. Mój. Boże.
- Nie zabiłeś go - pokręciłam głową, a on zaczął zbliżać się do mnie. Kiedy dzielił nas dystans jednego metra, stanął w miejscu.
- Właśnie, że tak, droga Dianno. Pójdę za to siedzieć, a ty uwolnisz się od psychopaty, który ciągle cię prześladował.
Moje oczy zaszły łzami. Nie, on tego nie zrobił. Nie, nie mój Mikey, nie on.
- Nie zrobiłeś tego, nie wierzę, że byłbyś zdolny zabić człowieka. Niemożliwe.
- Czy ty nadal tego nie rozumiesz?! Zabiłem twojego pieprzonego chłopaka z uczuć do ciebie! Jestem potworem, czy tego chcesz, czy nie, czy wierzysz w to, czy nie!
- Panno Shenan - usłyszałam nad sobą. Uniosłam głowę znad notatnika i spojrzałam na rozwścieczoną nauczycielkę.
- No co?
- Mam nadzieję, że to, co zapisujesz w swoim notatniczku, jest związane z tematem lekcji.
- Nie jest - rzuciłam, po czym zamknęłam notes i rzuciłam go na ławkę. - Zadowolona? - wypaliłam. Poczułam ból w lewej kostce. Oczywiście, że Ruby mnie kopnęła. Nie chciała, żebym dalej wygarniała tej starej...
- Będę, kiedy stawisz się na karze. Przez następne trzy dni.
Otworzyłam szeroko oczy. O nie, nie zrobiłaś tego, zdziro.
- Dobrze, proszę pani. - wysyczałam przez zaciśnięte zęby i usłyszałam śmiech z tyłu sali. Sama też się uśmiechnęłam. - Dzięki, Jade.
- Nie ma sprawy! - odkrzyknęła przyjaciółka, a pani westchnęła ciężko.
- Panno Clarks, jeszcze jedno słowo, a sama będziesz musiała odbywać karę.
---
Weszłam do szatni koło sali gimnastycznej i szybko przebrałam się w dresy i bokserkę. Włosy związałam z prędkością światła, dosłownie, po czym pobiegłam do grupy.
- Dużo się spóźniłam? - spytałam jakiegoś chłopaka w bluzie z kapturem. Faktycznie, dzisiaj było zimno, mogłam pomyśleć i sama jakąś wziąć.
- Nie, Shenan. Jeszcze nie przyszedł.
Zamarłam. No nie wierzę, naprawdę?
- Co ty tu robisz? Nie jesteś w mojej grupie.
- Ale dzisiaj mamy z wami zajęcia, cieszysz się? - Michael uśmiechnął się sarkastycznie i zdjął kaptur z głowy.
- Ustawcie się w dwuszeregu! Dziesięć sekund! - wykrzyczał trener na wejściu. Już miałam ulotnić się do dziewczyn, kiedy Clifford pociągnął mnie za ramię i postawił przed sobą. Pochylił się nade mną i zatrzymał swoje usta tuż koło mojego ucha.
- Dokąd chciałaś uciec, Dianno?
- Co ty, do cholery, robisz? - wyszeptałam wściekła.
- Kolejno odlicz! - usłyszałam komendę, więc westchnęłam i czekałam, aż przyjdzie moja kolej.
- Trzynaście - mruknęłam i odstawiłam lewą nogę trochę do przodu, tak jak to zawsze robiliśmy.
- W porządku. Dzisiaj będziemy ćwiczyć dwie godziny, więc przez pierwszą zrobimy zajęcia w parach, a podczas drugiej pogramy w dwa ognie. Pierwszy rząd odwraca się w tył.
Wykonałam polecenie i spojrzałam w oczy Michaela, który uśmiechnął się złośliwie.
- To są wasze pary - oznajmił mężczyzna, a ja momentalnie zaprotestowałam.
- Nie będę z nim ćwiczyć - wskazałam pogardliwie na Clifforda, a on zrobił smutną minę. Przewróciłam oczami.
- Niestety, Michael, ale musisz z nią ćwiczyć. Współczuję ci - odezwał się do chłopaka, a ja zaczerwieniłam się ze złości. Co za gnojek! - Dobra, najpierw rozciąganie. Najlepiej róbcie to w parach.
Zrezygnowana odwróciłam się do Michaela, a on spojrzał na mnie zwycięsko.
- Pierwszy i ostatni raz - zagroziłam mu palcem, po czym odszukałam wzrokiem ćwiczące razem Jade i Ruby. Obserwowały mnie z niepokojem, jednak uśmiechnęłam się do nich, mówiąc im bezgłośnie, że jest w porządku.
- Co najpierw? - zapytał Clifford, który już rozciągał swoje tricepsy, ciągnąc łokcie za głową. Nie mogę zaprzeczyć, że miał piękne ciało. Pokręciłam głową wyrzucając z niej tą myśl. Nie zaprzeczę, ale nie chcę o tym myśleć.
- Może nie powinnaś się tak na mnie gapić. Jeszcze się zakochasz.
Prychnęłam cicho i usiadłam w szerokim rozkroku, czekając aż zrobi to samo naprzeciwko mnie. Musiałam złapać go za ręce, co ani trochę mi się nie podobało. Musiałam jednak to zrobić, więc niepewnie ujęłam jego dłonie. Były takie, jakie je zapamiętałam - o wiele większe od moich, ciepłe, przyjemne w dotyku. Westchnęłam i pochyliłam się do tyłu, rozciągając Michaela. Pochylając się podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
- Podoba mi się ta perspektywa.
Momentalnie się wyprostowałam, a wtedy on powtórzył mój wcześniejszy ruch. Teraz to ja się rozciągałam.
- Ale ta jeszcze bardziej.
- Michael, czy możesz przestać? - spytałam poirytowana, a on wybuchnął śmiechem.
Wstaliśmy i ustawiliśmy się do siebie plecami. Złapaliśmy się pod łokcie i najpierw to on się zgarbił, wyciągając moje plecy. Potem przyszła moja kolej. Dobrze się ustawiłam i już miałam go podnieść, kiedy przechyliłam się w lewo i oboje upadliśmy na ziemię.
- Cholera, Shenan, to bolało! - zaśmiał się głośno, a ja nie mogłam się nie uśmiechnąć. Jestem taką fizyczną ofiarą.
---
- Hej, Di! - usłyszałam nawoływanie Jade i zaczęłam się za nią rozglądać. Zobaczyłam ją po prawej stronie boiska, więc się tam udałam. Przynajmniej teraz będę ćwiczyć z kimś normalnym. Po chwili przybiegła do nas też Ruby.
- O, cześć, Dianna. Dołączasz do nas?
- Zdecydowanie wolę wasze towarzystwo niż Clifforda.
- Oj tam, Shenan. Nie było aż tak źle, sama przyznać - odwróciłam się, żeby zobaczyć Michaela, który szedł w naszą stronę. Nie, proszę, nie. - Oczywiście, że się mnie nie pozbyłaś, naiwna Dianno. Jestem z wami.
Zacisnęłam wargi i bez słowa ustawiłam się z boku. Kątem oka zobaczyłam Clifforda podążającego za mną, jednak zignorowałam go całkowicie.
- Hej, nie złość się na mnie. Już nie jestem takim psycholem jak kiedyś.
- A tak się da?
- Co? - zmarszczył brwi.
- Da się przestać być psycholem, skoro raz się już nim by...
- Dianna, uważaj! - krzyknął naglę, a kiedy odwróciłam się w stronę drużyny przeciwnej, piłka uderzyła mnie w twarz z ogromnym impetem.
---
Obudziłam się w znajomym, pistacjowym pomieszczeniu. Gabinet lekarski. Przesiadywałam tutaj bardzo często, bo pielęgniarka była tylko kilka lat starsza od nas i bardzo dobrze się rozumiałyśmy. Jednak z powodu dolegliwości byłam tutaj chyba po raz pierwszy.
- Jak się czujesz, Di? - spytała z uśmiechem Tina, a ja się skrzywiłam.
- Głowa mi pęka.
- To normalne. Całkiem mocno oberwałaś. Miałaś szczęście, że odwróciłaś się w dobrym momencie, bo piłka uderzyła cię w czoło, a nie w skroń. Wtedy mogło być gorzej.
Pomyślałam o Cliffordzie. Chyba muszę mu potem podziękować.
- Ten chłopak... Ten, który był wtedy koło ciebie... - zaczęła Tina, jakby czytając mi w myślach.
- Michael.
- Właśnie, dziękuję. Przyniósł cię tutaj.
- Naprawdę? - zdziwiłam się. Co, do cholery? Przecież jego nie obchodzi nic poza nim samym.
- I nawet musiałam go siłą wyciągać z gabinetu! Ciągle powtarzał, że to jego wina, chyba ma wyrzuty sumienia, że cię zagadał.
- Dobra, uwierzę we wszystko, ale nie w to, że Michael Clifford ma wyrzuty sumienia - zaśmiałam się gorzko, a ona spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Nie lubicie się chyba, prawda?
- Nie przepadam - potwierdziłam, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem. W tym samym czasie do gabinetu wpadł Michael.
- O wilku mowa - uśmiechnęła się Tina, ale on ją zignorował, kiedy zobaczył, że jestem przytomna.
- O Boże, Dianna! - krzyknął i podbiegł do mnie. Złapał mój podbródek i oglądał moją głowę z każdej strony.
- Uspokój się, świrze - warknęłam i strąciłam jego rękę, a on skrzywił się, jakby moje słowa naprawdę go zabolały.
- Na pewno nie ścisnęłaś bandaża za mocno? A co, jeśli krew nie dopłynie do jej mózgu? - wypytywał pielęgniarkę, a ona wywróciła oczami.
- Tak, na pewno wszystko będzie okej.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że mam na głowie opatrunek. Dotknęłam go delikatnie, ale natychmiast odsunęłam dłoń, kiedy poczułam bolesne pulsowanie.
- Nie będziesz uczęszczać na zajęcia z wychowania fizycznego do końca semestru. Podczas wysiłku może strasznie boleć cię głowa - powiedziała Tina, a ja skinęłam lekko. To tylko miesiąc.
- A co z balem? - zainteresował się Michael.
- Bez większego tańcowania. I zero alkoholu - ostrzegła, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Czyli jednak pójdę na bal. Zaraz jednak zbladł, kiedy przypomniałam sobie, kto ma być moim partnerem.
- Michael, możesz zaprowadzić ją na lekcje? - spytała Tina, a ja spojrzałam na nią wściekła. Nie.
- Jasne - uśmiechnął się 'szczerze', ale już długo go znam i wiem, że ten gest nie mógł być bardziej nieszczery.
Clifford podał mi rękę, a ja ujęłam ją niechętnie i podniosłam się z łóżka lekarskiego. Momentalnie zakręciło mi się w głowie i spadłam na chłopaka, ten jednak przytrzymał mnie, więc wymamrotałam podziękowania i pomachałam jedną ręką do pielęgniarki.
- Uważaj na siebie, Dianna! - krzyknęła za nami, kiedy wyszliśmy na korytarz.
Michael zamknął drzwi gabinetu i bez słowa ruszyliśmy ramię w ramię pod moją salę. Kiedy przechodziliśmy obok otwartego okna, zadrżałam z zimna. Przed 'wypadkiem' nie zdążyłam przebrać się ze swojego stroju sportowego, a miałam jeszcze tylko jedną lekcję, więc stwierdziłam, że to zbędne. Clifford musiał to poczuć, bo kazał mi stanąć. Po chwili zdjął swoją bluzę i założył ją na moje ramiona.
- Michael, nie...
- Zamknij się, Shenan. Po prostu weź ją, okej? - podał mi ramię, a ja ujęłam je i kontynuowaliśmy drogę do klasy.
---
Po południu, kiedy przyjechałam do domu, Ashton od razu zasypał mnie gradem pytań.
- Co się stało? Jak się czujesz? Mam kogoś zabić?
- Dostałam piłką, niespodziewanie dobrze, nie - odpowiedziałam spokojnie i przeszłam do kuchni. - Ale jestem niesamowicie głodna.
- Naleśniki? - uśmiechnął się, a ja skinęłam. Usiadłam na stole i wsadziłam ręce do kieszeni bluzy.
Zaraz, zaraz.
Bluza! Nie oddałam jej Michaelowi!
Już miałam wyjąć ręce z kieszeni, kiedy poczułam pod palcami karteczkę. Nie wierzę, nawet w jego własnej bluzie?
Droga Dianno,
całkiem fajnie się nam razem ćwiczyło. Kiedy już się obudzisz, możemy to powtórzyć. Bardzo przepraszam, że Cię zagadałem. Nie chciałem, żeby doszło do takiej sytuacji. Aha, no i dziękuję za pobudzenie mojej wyobraźni podczas rozciągania.
M.C.
Zgniotłam karteczkę i wyrzuciłam ją do kosza.
- Co to było?
- Ściąga na chemię - wzruszyłam ramionami. Gdybyś tylko wiedział, Ashton...
----------------------------
Jejku, bardzo dziękuję za wszystkie wyświetlenia, komentarze i głosy, yay <3
Ktoś już wymyślił pairing Dianny i Michaela - Dikey (czyt. Dajki, tak dla pewności).
A więc, shippujecie bardziej Dikey czy Diashtona (czyt. Dajaszton, ahhahaha XDDD)?
autorka
Ps. Byłoby dłużej, ale mama siedzi mi na głowie od ostatnich dwudziestu minut, bo piszę ten rozdział już cholernie długo.
piątek, 8 sierpnia 2014
2
- Ashton? - spytałam lekko przerażona. Blondyn leżał na podłodze,
cały pobity. Z niektórych miejsc leciała krew, jednak byłam w zbyt
wielkim szoku, żeby działać. Cholera. - Ashton! - powiedziałam nieco
głośniej. Zero reakcji.
- Dianna, słońce! - odwróciłam się, żeby dostrzec jego. Oczywiście, mogłam się tego domyślić. Ten psychol nie zawahałby się przed niczym.
- Nie mów tak do mnie, wariacie - syknęłam, a on wciągnął powietrze z udawanym bólem.
- Ała, to zabolało! - dramatycznie złapał się za pierś, jednak po chwili wybuchnął śmiechem.
Popierdoleniec.
- Jesteś jakimś pieprzonym psychopatą! - wykrzyczałam, a on pokręcił głową. Co, do cholery?!
- O, nie, nie, naiwna Shenan. Byłbym psycholem, gdybym go zabił z miłości do ciebie. A ja po prostu pobiłem go do nieprzytomności, bo cię pragnę. I tylko w fizyczny sposób. - nonszalancko wzruszył ramionami, a ja poczułam, że się we mnie gotuje. Pieprzony gnojek!
- Szkoda, że nigdy mnie nie przelecisz - prowokowałam. Po co ja go prowokowałam?
- Nie bądź tego taka pewna, Dianno. Bywały bardziej uparte od ciebie. Z nimi też sobie poradziłem. - po tych słowach zaczął zbliżać się do mnie z parszywym uśmieszkiem. Nie, nie podchodź, chciałam krzyczeć, jednak moje usta odmawiały posłuszeństwa. Nie podchodź, nie podch...
- Dianna! Di, obudź się, proszę... - usłyszałam ciepły głos Ashtona, więc natychmiast otworzyłam oczy. Byłam w moim pokoju, wszystko stało na swoim miejscu. Oddychając ciężko, usiadłam na łóżku i próbowałam się uspokoić.
- Cholera - zaklęłam pod nosem, a blondyn usiadł koło mnie i mnie przytulił.
- Co się stało? Co ci się śniło? Strasznie krzyczałaś, mówiłaś, żebym nie podchodził...
- Wszystko z tobą okej? - spytałam, ignorując jego pytania, po czym wzięłam jego twarz w dłonie i obejrzałam każdy jej kawałek. Był cały i zdrowy. Wypuściłam powietrze. To wcale nie dzieje się znowu. Ashton jest tutaj, nic mu się nie stało. Dzięki Bogu.
- Dlaczego miałoby być nie w porządku? - zmarszczył brwi, a ja odwróciłam wzrok. - Oh. To jest właśnie to, co ci się śniło, prawda?
Spojrzałam w stronę okna, gdzie coś mignęło mi przed oczami, jakby ktoś siedział na parapecie. Zignorowałam głupie złudzenie i zwróciłam się do Asha:
- Nie chcę o tym mówić - ucięłam trochę zbyt nieprzyjemnie, więc od razu się zrehabilitowałam. - Przepraszam. To po prostu drażliwy temat jeśli chodzi o mnie.
- Nie szkodzi - uśmiechnął się, po czym znowu wziął mnie w ramiona i pocałował w czoło. - To był tylko sen, pamiętaj o tym. Po przebudzeniu już wszystko jest okej.
Chciałabym, żeby było, pomyślałam smutno. Chciałabym, żeby to nie wydarzyło się naprawdę, żeby Luke nadal był tutaj ze mną, żeby Michael nigdy nie stanął na mojej drodze. Chciałabym być normalną nastolatką, która potrafi zapomnieć o wszystkich troskach i po prostu żyć. I miałam nawet wrażenie, że tak jest, dopóki on nie wrócił. Zawsze wszystko niszczył.
Zastanawiało mnie jednak nadal, dlaczego nic mi nie zrobił wtedy przy szafkach?
Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej parę dresów i moją ulubioną bluzę, po czym szybko je na siebie narzuciłam. Zabrałam się za zakładanie vansów, kiedy usłyszałam głos Ashtona:
- Gdzie idziesz?
- Na spacer.
- O trzeciej nad ranem? - zdziwił się, więc posłałam mu jeden z moich najszczerszych fałszywych uśmiechów.
- To nawet lepiej.
Potem opuściłam mieszkanie. Szłam znaną mi już dobrze uliczką już dobrą chwilę, kiedy przypomniałam sobie, że mam przecież słuchawki w kieszeni bluzy. Ucieszyłam się w duchu i wyciągnęłam je, włączając MP3. Pierwszą piosenką, którą usłyszałam było Square One zespołu Coldplay, jednak szybko przerzuciłam utwór i do moich uszu popłynęły pierwsze takty Naive od The Kooks. Uśmiechnęłam się i nuciłam w duchu piosenkę, a kiedy zerwał się wiatr, wsadziłam ręce do kieszeni. Mój uśmiech zbladł, kiedy poczułam pod palcami kartkę papieru. O nie. Nie. Nie!
Wyjęłam ją drżącymi palcami i rozwinęłam liścik.
Droga Dianno,
cieszę się, że otrzymałem Twój nowy adres. Będę czasem do Ciebie wpadał, dobrze? Tak przy okazji, uwielbiam, kiedy krzyczysz przez sen. Wiem, że wtedy to ja Ci się śnię. Dobranoc, słodka, naiwna Shenan.
M.C.
- To są chyba jakieś żarty - powiedziałam sama do siebie.
- Ja nigdy nie żartuję - usłyszałam za sobą, jednak kiedy się odwróciłam, nikogo tam nie było. Zadrżałam wcale nie z zimna i rzuciłam się biegiem do mieszkania.
---
- I co? Tak po prostu uciekłaś? - spytała Jade, kiedy szłyśmy do jej szafki przed lekcjami. Skinęłam głową, a ona spojrzała na mnie morderczym wzrokiem. - Widzisz? Gdybyś została z Ashtonem, nic takiego by się nie wydarzyło.
- A podobno tak go nienawidzisz - wywróciłam oczami.
- Na pewno mniej niż Michaela.
- Rozmawiacie o mnie, drogie panie? - usłyszałam, a kiedy zerknęłam ponad ramię Jade, zobaczyłam nikogo innego jak Michaela Clifforda w całej swojej okazałości. Postanowiłam chwilkę się mu przyjrzeć. Zmienił się od naszego ostatniego spotkania, mam na myśli tego dwa lata temu, nie wczorajszego, oczywiście. Jego włosy były teraz całkowicie białe, w brwi widniał czarny kolczyk. I nie był ubrany tak jak kiedyś. Teraz miał na sobie czarne jeansy i koszulkę z logo jakiegoś zespołu, nie zwróciłam na to większej uwagi. Jego stopy schowane były w masywne i na pewno niesamowicie ciężkie buty. Wróciłam wzrokiem do jego twarzy i powiedziałam:
- Tak. Rozmawiałyśmy o tym, że zabierasz mnie na bal.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech, a ja myślałam, że zwymiotuję. Nienawidzę tego uśmiechu. Cholernie go nienawidzę.
- I jak? Cieszy cię to, Shenan?
- Jak nic innego - wyszczebiotałam sarkastycznie, a on przewrócił oczami, po czym rzucił:
- Widzimy się później, piękna.
I odszedł, odwracając się jeszcze przez ramię i mrugając do mnie.
Jade stała jak wryta całą rozmowę, patrząc tylko to na mnie, to na Michaela i nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu jednak odzyskała mowę i zwróciła w moją stronę:
- Co to było, Dianna?
- Krótka pogawędka z moją parą na bal - mruknęłam. Pociągnęłam ją za łokieć, więc znowu byłyśmy w drodze do jej szafki, gdzie już czekała na nas uśmiechnięta Ruby.
- Cześć, laski - mrugnęła, a mnie przeszły ciarki, bo pomyślałam o Cliffordzie robiącym dokładnie to samo chwilę temu.
- Nie mrugaj już nigdy więcej - burknęłam, jednak roześmiałam się, kiedy zrozumiałam, jak beznadziejnie to brzmi. - W sensie, że masz nie puszczać nam oczek.
- Co? Dlaczego? - Rub zmarszczyła brwi, a ja spojrzałam wymownie na Judy, niemo prosząc ją o streszczenie historii. Wzięła teatralny wdech i zaczęła mówić.
- W nocy Dianna miała koszmar o Michaelu i kiedy Ashton przyszedł ją pocieszyć, poszła na spacer, w bluzie znalazła liścik od niego i usłyszała jego głos za sobą, mimo że go tam nie było, a dzisiaj wpadł na nas na korytarzu i mrugnął do niej odchodząc - skończyła na jednym wdechu, a ja zaczęłam bić jej brawo. Imponujące.
- Oł - skwitowała Ruby i przygryzła wargę. - Sorry, Di.
- Dobra, koniec gadania. JJ, bierz już te książki, bo jeszcze musimy iść do mnie.
Judy szybko wpakowała wszystkie potrzebne podręczniki do torby i ruszyłyśmy w stronę mojej szafki. Im bliżej podchodziłyśmy, tym bardziej wściekła się stawałam. Bo im bliżej byłyśmy, tym wyraźniej widziałam białą karteczkę wetkniętą między metalowe otwory. Wyszarpnęłam ją ze złością. Clifford, zaczynasz mnie już wpieniać.
Droga Dianno,
czy nadal żywisz do mnie jakiekolwiek uczucia? Złość? Nienawiść? Miłość? Cokolwiek?
M.C.
- Co to ma, do cholery, być?! - spytała Jade czytając treść listu. Żebym to ja wiedziała, JJ...
Wcisnęłam liścik do torby i rzuciłam na niego podręczniki. Jak on mógł w ogóle pomyśleć, że cokolwiek do niego czułam? Nienawidziłam go, tak, byłam na niego zła, tak. Ale jak mogło mu przyjść do głowy, że go kocham? Jak można pokochać takiego psychola?
I dlaczego tak się tym przejmuję?!
------------------------------
Przed czasem! :D
Bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa, wyświetlenia i komentarze, jesteście niesamowite x Cieszę się, że 'Listy' się wam podobają :) to trochę dziwne, ale uwielbiam czytać, co sądzicie o rozdziałach i chciałabym mieć to w jednym miejscu, więc swoje przemyślenia możecie pisać w hashtagu #LettersFF (jolo, zróbmy sobie hashtag XD). Tymczasem przypominam:
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ
GŁOSUJESZ = MOTYWUJESZ
Wasza autorka
- Dianna, słońce! - odwróciłam się, żeby dostrzec jego. Oczywiście, mogłam się tego domyślić. Ten psychol nie zawahałby się przed niczym.
- Nie mów tak do mnie, wariacie - syknęłam, a on wciągnął powietrze z udawanym bólem.
- Ała, to zabolało! - dramatycznie złapał się za pierś, jednak po chwili wybuchnął śmiechem.
Popierdoleniec.
- Jesteś jakimś pieprzonym psychopatą! - wykrzyczałam, a on pokręcił głową. Co, do cholery?!
- O, nie, nie, naiwna Shenan. Byłbym psycholem, gdybym go zabił z miłości do ciebie. A ja po prostu pobiłem go do nieprzytomności, bo cię pragnę. I tylko w fizyczny sposób. - nonszalancko wzruszył ramionami, a ja poczułam, że się we mnie gotuje. Pieprzony gnojek!
- Szkoda, że nigdy mnie nie przelecisz - prowokowałam. Po co ja go prowokowałam?
- Nie bądź tego taka pewna, Dianno. Bywały bardziej uparte od ciebie. Z nimi też sobie poradziłem. - po tych słowach zaczął zbliżać się do mnie z parszywym uśmieszkiem. Nie, nie podchodź, chciałam krzyczeć, jednak moje usta odmawiały posłuszeństwa. Nie podchodź, nie podch...
- Dianna! Di, obudź się, proszę... - usłyszałam ciepły głos Ashtona, więc natychmiast otworzyłam oczy. Byłam w moim pokoju, wszystko stało na swoim miejscu. Oddychając ciężko, usiadłam na łóżku i próbowałam się uspokoić.
- Cholera - zaklęłam pod nosem, a blondyn usiadł koło mnie i mnie przytulił.
- Co się stało? Co ci się śniło? Strasznie krzyczałaś, mówiłaś, żebym nie podchodził...
- Wszystko z tobą okej? - spytałam, ignorując jego pytania, po czym wzięłam jego twarz w dłonie i obejrzałam każdy jej kawałek. Był cały i zdrowy. Wypuściłam powietrze. To wcale nie dzieje się znowu. Ashton jest tutaj, nic mu się nie stało. Dzięki Bogu.
- Dlaczego miałoby być nie w porządku? - zmarszczył brwi, a ja odwróciłam wzrok. - Oh. To jest właśnie to, co ci się śniło, prawda?
Spojrzałam w stronę okna, gdzie coś mignęło mi przed oczami, jakby ktoś siedział na parapecie. Zignorowałam głupie złudzenie i zwróciłam się do Asha:
- Nie chcę o tym mówić - ucięłam trochę zbyt nieprzyjemnie, więc od razu się zrehabilitowałam. - Przepraszam. To po prostu drażliwy temat jeśli chodzi o mnie.
- Nie szkodzi - uśmiechnął się, po czym znowu wziął mnie w ramiona i pocałował w czoło. - To był tylko sen, pamiętaj o tym. Po przebudzeniu już wszystko jest okej.
Chciałabym, żeby było, pomyślałam smutno. Chciałabym, żeby to nie wydarzyło się naprawdę, żeby Luke nadal był tutaj ze mną, żeby Michael nigdy nie stanął na mojej drodze. Chciałabym być normalną nastolatką, która potrafi zapomnieć o wszystkich troskach i po prostu żyć. I miałam nawet wrażenie, że tak jest, dopóki on nie wrócił. Zawsze wszystko niszczył.
Zastanawiało mnie jednak nadal, dlaczego nic mi nie zrobił wtedy przy szafkach?
Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej parę dresów i moją ulubioną bluzę, po czym szybko je na siebie narzuciłam. Zabrałam się za zakładanie vansów, kiedy usłyszałam głos Ashtona:
- Gdzie idziesz?
- Na spacer.
- O trzeciej nad ranem? - zdziwił się, więc posłałam mu jeden z moich najszczerszych fałszywych uśmiechów.
- To nawet lepiej.
Potem opuściłam mieszkanie. Szłam znaną mi już dobrze uliczką już dobrą chwilę, kiedy przypomniałam sobie, że mam przecież słuchawki w kieszeni bluzy. Ucieszyłam się w duchu i wyciągnęłam je, włączając MP3. Pierwszą piosenką, którą usłyszałam było Square One zespołu Coldplay, jednak szybko przerzuciłam utwór i do moich uszu popłynęły pierwsze takty Naive od The Kooks. Uśmiechnęłam się i nuciłam w duchu piosenkę, a kiedy zerwał się wiatr, wsadziłam ręce do kieszeni. Mój uśmiech zbladł, kiedy poczułam pod palcami kartkę papieru. O nie. Nie. Nie!
Wyjęłam ją drżącymi palcami i rozwinęłam liścik.
Droga Dianno,
cieszę się, że otrzymałem Twój nowy adres. Będę czasem do Ciebie wpadał, dobrze? Tak przy okazji, uwielbiam, kiedy krzyczysz przez sen. Wiem, że wtedy to ja Ci się śnię. Dobranoc, słodka, naiwna Shenan.
M.C.
- To są chyba jakieś żarty - powiedziałam sama do siebie.
- Ja nigdy nie żartuję - usłyszałam za sobą, jednak kiedy się odwróciłam, nikogo tam nie było. Zadrżałam wcale nie z zimna i rzuciłam się biegiem do mieszkania.
---
- I co? Tak po prostu uciekłaś? - spytała Jade, kiedy szłyśmy do jej szafki przed lekcjami. Skinęłam głową, a ona spojrzała na mnie morderczym wzrokiem. - Widzisz? Gdybyś została z Ashtonem, nic takiego by się nie wydarzyło.
- A podobno tak go nienawidzisz - wywróciłam oczami.
- Na pewno mniej niż Michaela.
- Rozmawiacie o mnie, drogie panie? - usłyszałam, a kiedy zerknęłam ponad ramię Jade, zobaczyłam nikogo innego jak Michaela Clifforda w całej swojej okazałości. Postanowiłam chwilkę się mu przyjrzeć. Zmienił się od naszego ostatniego spotkania, mam na myśli tego dwa lata temu, nie wczorajszego, oczywiście. Jego włosy były teraz całkowicie białe, w brwi widniał czarny kolczyk. I nie był ubrany tak jak kiedyś. Teraz miał na sobie czarne jeansy i koszulkę z logo jakiegoś zespołu, nie zwróciłam na to większej uwagi. Jego stopy schowane były w masywne i na pewno niesamowicie ciężkie buty. Wróciłam wzrokiem do jego twarzy i powiedziałam:
- Tak. Rozmawiałyśmy o tym, że zabierasz mnie na bal.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech, a ja myślałam, że zwymiotuję. Nienawidzę tego uśmiechu. Cholernie go nienawidzę.
- I jak? Cieszy cię to, Shenan?
- Jak nic innego - wyszczebiotałam sarkastycznie, a on przewrócił oczami, po czym rzucił:
- Widzimy się później, piękna.
I odszedł, odwracając się jeszcze przez ramię i mrugając do mnie.
Jade stała jak wryta całą rozmowę, patrząc tylko to na mnie, to na Michaela i nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu jednak odzyskała mowę i zwróciła w moją stronę:
- Co to było, Dianna?
- Krótka pogawędka z moją parą na bal - mruknęłam. Pociągnęłam ją za łokieć, więc znowu byłyśmy w drodze do jej szafki, gdzie już czekała na nas uśmiechnięta Ruby.
- Cześć, laski - mrugnęła, a mnie przeszły ciarki, bo pomyślałam o Cliffordzie robiącym dokładnie to samo chwilę temu.
- Nie mrugaj już nigdy więcej - burknęłam, jednak roześmiałam się, kiedy zrozumiałam, jak beznadziejnie to brzmi. - W sensie, że masz nie puszczać nam oczek.
- Co? Dlaczego? - Rub zmarszczyła brwi, a ja spojrzałam wymownie na Judy, niemo prosząc ją o streszczenie historii. Wzięła teatralny wdech i zaczęła mówić.
- W nocy Dianna miała koszmar o Michaelu i kiedy Ashton przyszedł ją pocieszyć, poszła na spacer, w bluzie znalazła liścik od niego i usłyszała jego głos za sobą, mimo że go tam nie było, a dzisiaj wpadł na nas na korytarzu i mrugnął do niej odchodząc - skończyła na jednym wdechu, a ja zaczęłam bić jej brawo. Imponujące.
- Oł - skwitowała Ruby i przygryzła wargę. - Sorry, Di.
- Dobra, koniec gadania. JJ, bierz już te książki, bo jeszcze musimy iść do mnie.
Judy szybko wpakowała wszystkie potrzebne podręczniki do torby i ruszyłyśmy w stronę mojej szafki. Im bliżej podchodziłyśmy, tym bardziej wściekła się stawałam. Bo im bliżej byłyśmy, tym wyraźniej widziałam białą karteczkę wetkniętą między metalowe otwory. Wyszarpnęłam ją ze złością. Clifford, zaczynasz mnie już wpieniać.
Droga Dianno,
czy nadal żywisz do mnie jakiekolwiek uczucia? Złość? Nienawiść? Miłość? Cokolwiek?
M.C.
- Co to ma, do cholery, być?! - spytała Jade czytając treść listu. Żebym to ja wiedziała, JJ...
Wcisnęłam liścik do torby i rzuciłam na niego podręczniki. Jak on mógł w ogóle pomyśleć, że cokolwiek do niego czułam? Nienawidziłam go, tak, byłam na niego zła, tak. Ale jak mogło mu przyjść do głowy, że go kocham? Jak można pokochać takiego psychola?
I dlaczego tak się tym przejmuję?!
------------------------------
Przed czasem! :D
Bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa, wyświetlenia i komentarze, jesteście niesamowite x Cieszę się, że 'Listy' się wam podobają :) to trochę dziwne, ale uwielbiam czytać, co sądzicie o rozdziałach i chciałabym mieć to w jednym miejscu, więc swoje przemyślenia możecie pisać w hashtagu #LettersFF (jolo, zróbmy sobie hashtag XD). Tymczasem przypominam:
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ
GŁOSUJESZ = MOTYWUJESZ
Wasza autorka
1
- I jak? - obróciłam się w miejscu, prezentując sukienkę w całej
okazałości. Bal debiutantów jest przecież tylko raz i trzeba się na nim
pokazać z jak najlepszej strony.
- Wyglądasz bosko! - rozpromieniła się Ruby, która stała ze swoją sukienką w drzwiach przymierzalni. - Jeszcze tamtą. Ona będzie jeszcze lepsza.
Spojrzałam w stronę różowej sukienki widzącej na wieszaku. Miała ładny, marszczony tułów z przylegającymi rękawami do łokci i rozkloszowaną ku dołowi spódnicę do kolan.
- Jesteś pewna? - skrzywiłam się. - Będę wyglądać jak jakaś pieprzona księżniczka - rzuciłam zgryźliwie, a ona przewróciła oczami.
- Dianna, to bal debiutantów. Tam wszystkie dziewczyny będą wyglądać jak księżniczki. Musisz się ładnie prezentować.
- Kiedy ta biała jest ładniejsza! - wskazałam zamaszyście na swoje ciało, które przykrywała tiulowa, prosta sukienka ze złotym, cieniutkim paskiem pośrodku.
- Po prostu ją przymierz, okej? - westchnęła wyraźnie zmęczona moją osobą. Burknęłam krótkie 'okej' i zamknęłam drzwi. Rozpięłam ubranie i wyszłam z sukienki, chwytając różową, żeby ją na siebie założyć. Wtedy wypadła z niej karteczka. Zamarłam, niepewna tego, czym była. Po chwili wahania podniosłam ją z miękkiego dywanu przymierzalni i zobaczyłam na niej swoje imię. Rozłożyłam papier. Oh, to list, pomyślałam. I jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ten jeden list wywróci moje życie do góry nogami.
Droga Dianno Sherman,
wraz z tym oto listem zapraszam Cię na bal debiutantów. Nie przyjmuję odmowy. Jeśli umówiłaś się z kimś, odwołaj go. Włóż kartkę z Twoim adresem do szafki 205. Drugie piętro, górny rząd.
Do zobaczenia na balu,
M.C.
- Dobry Boże - wyszeptałam sama do siebie i nieświadomie upuściłam kartkę.
On wrócił.
---
- Niemożliwe - zaprzeczyła natychmiast Jade, kiedy dołączyła do nas w kawiarni.
Kupiłyśmy tą księżniczkową sukienkę. Chociaż w sumie to bardziej Ruby ją kupiła, bo ja upierałam się przy białej. Nie mam jednak żadnej siły przebicia kiedy przychodzi do niej. Zawsze stawia na swoim.
- A jednak - skinęłam głową i wzięłam łyka swojej kawy. Muszę zapalić, pomyślałam, jednak odgoniłam od siebie tę myśl. Nie pal aż do balu, taka była umowa, przypomniała mi moja podświadomość, więc wróciłam do rozmowy z przyjaciółkami.
- Kiedy wrócił? I skąd masz pewność, że to on?
- Dwieście piątka? Naprawdę? Czy to wam nie wystarcza? - spojrzałam na blondynki z niedowierzaniem. Czasami miałam wrażenie, że ja i moje rude kudły do nich nie pasowałyśmy. Ruby i Jade były kuzynkami, jednak niesamowicie do siebie podobnymi, bo różniły je tylko oczy - ta pierwsza miała niebieskie, a druga - zielone. Super. Moje były szare. Tak cholernie nijako szare.
- Hej, Ziemia do Di! - Ruby pomachała mi ręką przed twarzą. Potrząsnęłam głową odrzucając od siebie głupie myśli. Przecież były moimi przyjaciółkami. Nie obchodziło ich, jaki kolor mają moje włosy czy oczy.
- Możecie powtórzyć? Przepraszam, zamyśliłam się - westchnęłam.
- Jak zwykle - mruknęła Jade, a Ruby zdzieliła ją łokciem w żebra. Uśmiechnęłam się na ten znajomy widok, jednak moje myśli znowu wróciły do listu. - Mówiłam, żebyś nie dawała mu tego adresu. Idziesz z Ashtonem, rozumiesz? Nie po to swatałam cię z kolesiem, którego szczerze nienawidzę, żebyś to odwołała.
- JJ, chyba nie rozumiesz - wyszeptała Rub, a Jade spojrzała na nią zaskoczona.
- Czego nie rozumiem?
- Mówimy o Cliffordzie.
Jade otworzyła szeroko usta, po czym przykryła je dłonią i pokręciła szybko głową.
- O mój Boże! - krzyknęła, kiedy informacja w końcu do niej dotarła. - Jeju, tak strasznie przepraszam, Di. nie wiedziałam, że chodzi o niego...
- Nie szkodzi - ucięłam. - Bardziej martwi mnie inna kwestia. Co ja mam teraz zrobić?
Kuzynki spojrzały po sobie niepewnie.
- Nie ryzykowałabym - powiedziała krótko Rub, a ja skinęłam, wiedząc o czym mówi.
Musiałam dać swój cholerny adres cholernemu Michaelowi.
---
Stałam na drugim piętrze przed rzędem szafek, bujając się niespokojnie na stopach. Czekałam, aż wszyscy uczniowie rozejdą się na lekcje, żeby wsadzić małą karteczkę do dwieście piątki. Co chwilę przygryzałam nerwowo wargę, rozglądając się, czy aby nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Jak zwykle, byłam całkowicie ignorowana. Tego dnia cieszyło mnie to jak nigdy.
Kiedy ostatni uczeń opuścił korytarz, zamykając za sobą drzwi do klasy, z wahaniem podeszłam do rzędu szafek. Oczywiście, że wiedziałam, która to 205. Mam z nią mnóstwo nieprzyjemnych wspomnień.
Szybkim ruchem wsunęłam liścik do szafki przez jeden z płaskich otworów. Odetchnęłam z ulgą mając to za sobą i już miałam się odwrócić, żeby wrócić na lekcje, kiedy ktoś przycisnął mnie do szafek.
- Widzę, że zastosowałaś się do poleceń - usłyszałam za sobą ochrypły głos i głośno przełknęłam ślinę.
- T-tak. Tak, jak prosiłeś - wyszeptałam przerażona. Michael odwrócił mnie tak, że teraz opierałam się plecami o szafki i głową o tą pieprzoną dwieście piątkę. Nie miałam jednak odwagi spojrzeć mu w oczy. Chwycił mój podbródek i całkowicie niedelikatnie podniósł go do góry.
- Patrz mi w oczy, Dianna - rozkazał, a ja zmierzyłam się ze spojrzeniem jego nieprzyjemnych, zimnych tęczówek. Wstrzymałam oddech, kiedy opuścił dłoń, przygotowana na wszystko, co tylko możliwe.
Oprócz uwolnienia mnie i odejścia bez słowa. Tego akurat się nie spodziewałam. Może ludzie mieli rację? Może naprawdę się zmienił?
Spojrzałam na jego sylwetkę znikającą za zakrętem korytarza.
Nie, Dianna. To nadal jest potwór. Zawsze nim będzie.
-------
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ
Dwójeczkę planuję dodać 11 sierpnia :) x
Tymczasem zachęcam do pisania, co sądzicie jak dotąd, na moim twitterze xx
- Wyglądasz bosko! - rozpromieniła się Ruby, która stała ze swoją sukienką w drzwiach przymierzalni. - Jeszcze tamtą. Ona będzie jeszcze lepsza.
Spojrzałam w stronę różowej sukienki widzącej na wieszaku. Miała ładny, marszczony tułów z przylegającymi rękawami do łokci i rozkloszowaną ku dołowi spódnicę do kolan.
- Jesteś pewna? - skrzywiłam się. - Będę wyglądać jak jakaś pieprzona księżniczka - rzuciłam zgryźliwie, a ona przewróciła oczami.
- Dianna, to bal debiutantów. Tam wszystkie dziewczyny będą wyglądać jak księżniczki. Musisz się ładnie prezentować.
- Kiedy ta biała jest ładniejsza! - wskazałam zamaszyście na swoje ciało, które przykrywała tiulowa, prosta sukienka ze złotym, cieniutkim paskiem pośrodku.
- Po prostu ją przymierz, okej? - westchnęła wyraźnie zmęczona moją osobą. Burknęłam krótkie 'okej' i zamknęłam drzwi. Rozpięłam ubranie i wyszłam z sukienki, chwytając różową, żeby ją na siebie założyć. Wtedy wypadła z niej karteczka. Zamarłam, niepewna tego, czym była. Po chwili wahania podniosłam ją z miękkiego dywanu przymierzalni i zobaczyłam na niej swoje imię. Rozłożyłam papier. Oh, to list, pomyślałam. I jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ten jeden list wywróci moje życie do góry nogami.
Droga Dianno Sherman,
wraz z tym oto listem zapraszam Cię na bal debiutantów. Nie przyjmuję odmowy. Jeśli umówiłaś się z kimś, odwołaj go. Włóż kartkę z Twoim adresem do szafki 205. Drugie piętro, górny rząd.
Do zobaczenia na balu,
M.C.
- Dobry Boże - wyszeptałam sama do siebie i nieświadomie upuściłam kartkę.
On wrócił.
---
- Niemożliwe - zaprzeczyła natychmiast Jade, kiedy dołączyła do nas w kawiarni.
Kupiłyśmy tą księżniczkową sukienkę. Chociaż w sumie to bardziej Ruby ją kupiła, bo ja upierałam się przy białej. Nie mam jednak żadnej siły przebicia kiedy przychodzi do niej. Zawsze stawia na swoim.
- A jednak - skinęłam głową i wzięłam łyka swojej kawy. Muszę zapalić, pomyślałam, jednak odgoniłam od siebie tę myśl. Nie pal aż do balu, taka była umowa, przypomniała mi moja podświadomość, więc wróciłam do rozmowy z przyjaciółkami.
- Kiedy wrócił? I skąd masz pewność, że to on?
- Dwieście piątka? Naprawdę? Czy to wam nie wystarcza? - spojrzałam na blondynki z niedowierzaniem. Czasami miałam wrażenie, że ja i moje rude kudły do nich nie pasowałyśmy. Ruby i Jade były kuzynkami, jednak niesamowicie do siebie podobnymi, bo różniły je tylko oczy - ta pierwsza miała niebieskie, a druga - zielone. Super. Moje były szare. Tak cholernie nijako szare.
- Hej, Ziemia do Di! - Ruby pomachała mi ręką przed twarzą. Potrząsnęłam głową odrzucając od siebie głupie myśli. Przecież były moimi przyjaciółkami. Nie obchodziło ich, jaki kolor mają moje włosy czy oczy.
- Możecie powtórzyć? Przepraszam, zamyśliłam się - westchnęłam.
- Jak zwykle - mruknęła Jade, a Ruby zdzieliła ją łokciem w żebra. Uśmiechnęłam się na ten znajomy widok, jednak moje myśli znowu wróciły do listu. - Mówiłam, żebyś nie dawała mu tego adresu. Idziesz z Ashtonem, rozumiesz? Nie po to swatałam cię z kolesiem, którego szczerze nienawidzę, żebyś to odwołała.
- JJ, chyba nie rozumiesz - wyszeptała Rub, a Jade spojrzała na nią zaskoczona.
- Czego nie rozumiem?
- Mówimy o Cliffordzie.
Jade otworzyła szeroko usta, po czym przykryła je dłonią i pokręciła szybko głową.
- O mój Boże! - krzyknęła, kiedy informacja w końcu do niej dotarła. - Jeju, tak strasznie przepraszam, Di. nie wiedziałam, że chodzi o niego...
- Nie szkodzi - ucięłam. - Bardziej martwi mnie inna kwestia. Co ja mam teraz zrobić?
Kuzynki spojrzały po sobie niepewnie.
- Nie ryzykowałabym - powiedziała krótko Rub, a ja skinęłam, wiedząc o czym mówi.
Musiałam dać swój cholerny adres cholernemu Michaelowi.
---
Stałam na drugim piętrze przed rzędem szafek, bujając się niespokojnie na stopach. Czekałam, aż wszyscy uczniowie rozejdą się na lekcje, żeby wsadzić małą karteczkę do dwieście piątki. Co chwilę przygryzałam nerwowo wargę, rozglądając się, czy aby nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Jak zwykle, byłam całkowicie ignorowana. Tego dnia cieszyło mnie to jak nigdy.
Kiedy ostatni uczeń opuścił korytarz, zamykając za sobą drzwi do klasy, z wahaniem podeszłam do rzędu szafek. Oczywiście, że wiedziałam, która to 205. Mam z nią mnóstwo nieprzyjemnych wspomnień.
Szybkim ruchem wsunęłam liścik do szafki przez jeden z płaskich otworów. Odetchnęłam z ulgą mając to za sobą i już miałam się odwrócić, żeby wrócić na lekcje, kiedy ktoś przycisnął mnie do szafek.
- Widzę, że zastosowałaś się do poleceń - usłyszałam za sobą ochrypły głos i głośno przełknęłam ślinę.
- T-tak. Tak, jak prosiłeś - wyszeptałam przerażona. Michael odwrócił mnie tak, że teraz opierałam się plecami o szafki i głową o tą pieprzoną dwieście piątkę. Nie miałam jednak odwagi spojrzeć mu w oczy. Chwycił mój podbródek i całkowicie niedelikatnie podniósł go do góry.
- Patrz mi w oczy, Dianna - rozkazał, a ja zmierzyłam się ze spojrzeniem jego nieprzyjemnych, zimnych tęczówek. Wstrzymałam oddech, kiedy opuścił dłoń, przygotowana na wszystko, co tylko możliwe.
Oprócz uwolnienia mnie i odejścia bez słowa. Tego akurat się nie spodziewałam. Może ludzie mieli rację? Może naprawdę się zmienił?
Spojrzałam na jego sylwetkę znikającą za zakrętem korytarza.
Nie, Dianna. To nadal jest potwór. Zawsze nim będzie.
-------
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ
Dwójeczkę planuję dodać 11 sierpnia :) x
Tymczasem zachęcam do pisania, co sądzicie jak dotąd, na moim twitterze xx
.
Spojrzałam za siebie. Nikogo tam nie było, a jednak ktoś mnie
obserwował. Czułam to. Ciarki przebiegły wzdłuż mojego kręgosłupa,
zostawiając po sobie nieprzyjemne wrażenie. Dotarłam do szafek. Zimny
pot oblał moją skroń, kiedy zobaczyłam papier wciśnięty w jeden z
płaskich otworów. To znowu on, pomyślałam.
To znowu on.
To znowu on.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)